Szefowie ITI po raz pierwszy spotkali się z piłkarzami Legii. Co to oznacza?
Jacek Magiera: Pojechaliśmy na ulicę Augustówka na godzinę 13. W japońskiej restauracji w siedzibie ITI podczas obiadu spotkali się z nami m.in.. Mariusz Walter i Jan Wejchert czyli najbardziej wpływowe osoby koncernu. Legię reprezentowali prezes Trylnik, trener Kubicki oraz Łukasz Surma, Marek Jóźwiak, Artur Boruc i ja. Jedliśmy głównie ryby, rozmowa była luźna. Obejrzeliśmy film o osiągnięciach obchodzącego 20-lecie kojarzonego z sukcesami koncernu. Najważniejsze dwa zdania jakie usłyszeliśmy to, że ITI prowadzi rozmowy z Pol-Motem w sprawie przejęcia 80 proc. akcji spółki. I, że wszystko jest na dobrej drodze, by w Warszawie powstał klub, który sukcesami nawiąże do tradycji. Czyli ćwierćfinału Ligi Mistrzów albo półfinału Pucharu Europy. Spotkanie trwało niespełna dwie godziny.
Kto mówił najwięcej?
- Panowie Wejchert i Walter zapewnili, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie. Apelowali o spokojne przygotowywanie się do sezonu. Rozmawialiśmy prawie o wszystkim, ale nie o pieniądzach, nie o długach...
A jak w ogóle piłkarze Legii skomentowali to spotkanie?
- Potraktowaliśmy je jako dodatkowy bodziec do pracy. Nie mieliśmy wcześniej okazji widzieć się z szefami ITI. Powiało trochę optymizmem. Są jakieś perspektywy. Może i dla nas nadejdą czasy, że będziemy mogli koncentrować się tylko na graniu w piłkę. I przestaniemy w końcu myśleć o tym, czego nie ma, czyli pieniądzach. Chcemy robić, co do nas należy - czyli grać i trenować.
Marek Jóźwiak powiedział kilka tygodni temu, że "jeśli ITI przejmie udziały w Legii, to będzie to kolejny cud nad Wisłą". Czy teraz, w połowie lutego wciąż trzeba to rozpatrywać w kwestiach cudu, czy jest to bardziej realne?
- Widziałem wypowiedź Marka i też chciałbym, żeby Legia znowu była pierwsza w Polsce. I w tabeli, i - jeśli chodzi o organizację. Spotkanie z szefami ITI, choć nie padło na nim ani jedno słowo więcej niż to, o czym pisała prasa dodało nam nadziei. Myślę, że wszystko jest na najlepszej drodze, by Legia wróciła tam, gdzie jej miejsce. Czyli na szczyt.
Jeśli ITI nie odkupi akcji podobno prezes Trylnik zaproponuje zawodnikom mniejsze kontrakty.
- Nic mi o tym nie wiadomo.
A jeśli taka sytuacja nastąpi? Jak Pan zareaguje na to, by zarabiać mniej?
- Umówmy się, że nie było tego pytania.
Zmniejszyły się zaległości?
- Ostatnio - nie. Wciąż nie mamy wypłaconych 70 proc. premii za mistrzostwo Polski sprzed półtora roku. Kontrakty mamy zapłacone do połowy września, czyli zaległości wynoszą pięć miesięcy. Premii nie dostaliśmy za kilka spotkań rundy wiosennej poprzedniego sezonu oraz niemal wszystkie rundy jesiennej.
Jak Pan przyjął odejście Stanko Svitlicy?
- Przykro mi. Miałem z nim świetny kontakt od pierwszego dnia, w którym trafił do Legii. Podczas obozu w Austrii mieszkałem z nim w jednym pokoju. Pomagałem mu "wejść" do zespołu, potem kilka razy był u mnie, prywatnie, w Częstochowie. Wiem, że chciał spróbować czegoś więcej niż gry w polskiej lidze. Ale ciężko będzie go zastąpić, strzelił mnóstwo ważnych goli, które zwykle decydowały o punktach. Ciężko zapełnić po nim lukę. To był ewenement w naszym futbolu, bo kto jeszcze w 60 ligowych meczach strzela 40 goli?
Czyli - ze sportowego punktu widzenia Legia wiosną będzie słabsza?
- To się okaże. Jestem optymistą. Piotrka Włodarczyka znam od dziesięciu lat i mam nadzieję, że jak Stanko będzie strzelać decydujące gole.
To bardziej się Pan cieszy, bo pieniądze z transferu Serba zostaną przeznaczone na spłatę zaległości, czy smuci jego odejściem?
- Wolałbym, żeby nie było zaległości i żeby Stanko był z nami. Widać nie było to możliwe. A wszelkie decyzje ocenią kibice, ja jestem od grania i trenowania.
Za miesiąc i dwa dni pierwszy mecz rundy wiosennej. W jakiej formie jest Legia?
- Dla nas forma liczyć się będzie od 13 marca do połowy czerwca. W naszej drużynie nikt nie lubi przegrywać. Każdy mecz, nawet sparing, chcemy wygrać. I potem przenieść tę mentalność na boiska ligowe. Obojętnie, z kim i gdzie gramy, trzeba zwyciężyć. Bo to jest Legia. Forma nie jest najwyższa, pracowaliśmy nad siłą i wytrzymałością, teraz czas na przygotowanie szybkościowe. Trenerowi Kubickiemu ufamy.
Pod względem transferowym w Legii było tej zimy ubogo...
- Liczy się to, kto jaki ma zespół, a nie ile przeprowadził transferów. Legia wciąż ma wielki potencjał. Kadrowo nie jesteśmy gorsi ani od Wisły, ani od Groclinu. Nawet po ich transferach.
Ale w kadrze na lutowe mecze ze Słowenią i Wyspami Owczymi nie ma ani jednego legionisty. A przecież w tym drugim spotkaniu zagra skład krajowy...
- Tak zdecydował trener Janas. Ja, gdybym był selekcjonerem, powołałbym pewnie innych zawodników.
Wracając do Legii. W sparingach na Pana pozycji, defensywnego pomocnika występował Tomasz Jarzębowski.
- Tak było w pierwszych czterech spotkaniach, potem wrócił na boczną, lewą obronę. Obaj jesteśmy uniwersalnymi zawodnikami. Ważne, że trener Kubicki ma w kim wybierać. Jest nas 20, będzie grało 11. Na razie nie wiadomo, kto.
Tęskni Pan już do ligi?
- Każdy tęskni. Mecze o punkty, w porównaniu ze sparingami to święto. A już te przy Łazienkowskiej, przy tych fantastycznych kibicach, to naprawdę coś wyjątkowego. Dlatego tak nie możemy ich się doczekać Mecze o stawkę, poniedziałkowe analizy: gazet, tabeli, innych wyników to nasza pasja. Brakuje nam tego i nie chcemy już więcej grać 13 meczów w rundzie. Chcemy więcej.
Rozmawiał Robert Błoński
Wywiad
Trochę optymizmu
wtorek, 10 lutego 2004 22:14
Jacek Magieraźródło: Gazeta Wyborcza