
Zawsze i wszędzie robi wrażenie człowieka, który potrafi załatwić każdą sprawę. Kim jest Edward Socha, o którego zabiegają najlepsze polskie kluby?
Jego klucz do sukcesu to dobre rozeznanie piłkarskiego rynku, ale chyba przede wszystkim układy towarzyskie. On zna wszystkich w środowisku, jego też znają. Zawsze uśmiechnięty, potrafi rozładować sytuację. Brat łata po prostu.
Według Antoniego Piechniczka, u którego w reprezentacji Socha był w latach 90. kierownikiem, to człowiek odpowiedzialny, sumienny i słowny. - A przy tym skuteczny. Większość przeprowadzonych przez niego transferów kończyła się sukcesem i klubu, i zawodnika - mówi trener. Jak dotąd 49-letni Socha na ogół imponował wyczuciem w podejmowaniu decyzji. Z Górnika Zabrze (był tam zawodnikiem, a potem kierownikiem drużyny i sekcji) odszedł na początku lat 90., kiedy klub popadł w ogromne kłopoty finansowe. W Stali Mielec nie udało mu się wprawdzie zbudować - przy pomocy niemieckiego biznesmena Thomasa Mertela - futbolowej potęgi, ale szybko znalazł sobie kierowniczą posadę w reprezentacji Polski. A kiedy znowu zorientował się, że II-ligowe Aluminium Konin to nie jest wymarzone miejsce dla faceta z ambicjami, przeniósł się do Wodzisławia. I tak naprawdę dopiero tutaj mógł w pełni wykorzystać swoje menedżerskie talenty.
Wiosną 1999 r. jego zadaniem było uratować Odrę od spadku. Udało się i potem ani bogaty, ani przesadnie mocny piłkarsko zespół już nigdy nie miał podobnych problemów. Metoda Sochy była nadzwyczaj prosta. Budował zespół z wyczuciem i bez szastania pieniędzmi, wypożyczając stosunkowo tanich zawodników. Okazało się, że w polskiej lidze można w ten sposób zupełnie dobrze prosperować. Na dodatek wielu sprowadzonych przez Sochę piłkarzy: Grzegorz Rasiak, Marek Saganowski, Michał Chałbiński, Łukasz Sosin, Dariusz Dudek, Piotr Rocki czy ostatnio Marcin Nowacki, potrafiło się w Wodzisławiu wypromować. Na chwałę swoją, ale i rzutkiego menedżera.
Trzeba też przyznać, że zdarzały mu się niewypały. Kto bowiem jeszcze pamięta, z jakimi nadziejami angażowano do Odry napastnika Wojciecha Małochę? Albo podróż po Brazylii z notesem pełnym nazwisk utalentowanych graczy, z których żaden nawet nie dotarł do Wodzisławia. Solidnego piłkarza udało się jednak znaleźć znacznie bliżej. Transfer Radima Sablika z pobliskiej Ostrawy to jeszcze jeden sukces menedżera, który tuż przed angażem do ITI zdążył Czecha sprzedać go do Groclinu.
W ubiegłym roku Socha został też doradcą transferowym w IV-ligowej Koszarawie Żywiec. Tłumaczył, że to na prośbę mieszkającego w USA sponsora klubu. Wkrótce zawodnikami Koszarawy zostali zięć Sochy Sebastian Piechota oraz syn Bartłomiej.
Chyba właśnie tylko piłkarska kariera syna spędza sen z powiek menedżera. Tata zrobił jednak wszystko, aby umożliwić 23-letniemu Bartkowi karierę. Były młodzieżowy reprezentant Polski bez powodzenia grał w klubach związanych z ojcem: Stali Mielec, Aluminium, Odrze Wodzisław. Troskliwy Socha woził też syna na testy do zagranicznych klubów. Bez skutku. W Wiśle Kraków Socha pracował tylko kilka dni. Jest za ambitny na proponowane mu stanowisko poszukiwacza talentów na podkrakowskich boiskach. Zapewniał, że ma w Odrze wiele spraw do załatwienia, a jednak propozycja z ITI okazała się na tyle interesująca, że szybko zmienił zdanie. Ten transfer da odpowiedź na przynajmniej dwa pytania: czy metody Edwarda Socha sprawdzają się w każdych warunkach i czy to właśnie on był w ostatnich sezonach najsilniejszym punktem klubu z Wodzisławia. W Wiśle albo Legii nie zadowoli się przecież prezesów i kibiców, transferując - tak jak w Odrze - pakiet tanich graczy z Zamościa czy Radzionkowa albo przygarniając prawie już zapomnianych zawodników.
Edward Socha: Brat łata
środa, 18 lutego 2004 09:41
źródło: Gazeta Wyborcza