Wiele razy miałem okazję grać na stadionie Legii, choć nigdy nie występowałem w warszawskim zespole. Grałem tu w barwach Górnika Zabrze, Schalke 04 Gelsenkirchen, czy w trykocie z białym orzełkiem na piersi. Ba! Przecież nawet strzeliłem gola Hiszpanii na Łazienkowskiej w meczu towarzyskim.
Najdziwniejszy mecz, w jakim brałem udział, odbywał się właśnie na Stadionie Wojska Polskiego - 15 czerwca 1994 roku, gdy występowałem jeszcze w Górniku. Przed rozpoczęciem rozgrywek nasz zespół wzmocnili tacy zawodnicy, jak: Jurek Brzęczek, Grzesiek Mielcarski czy Aleksander Kłak, którzy dwa lata wcześniej zdobyli srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Tak więc pakę mieliśmy całkiem niezłą.
Sezon był niezwykle udany, wygrywaliśmy większość meczów, jak choćby w przedostatniej kolejce, gdy wbiliśmy Stali Mielec pięć goli, nie tracąc żadnego. Przypomnę, że i ja wpisałem się na listę strzelców - w 36. minucie trafiłem z rzutu karnego. Runda wiosenna wcale jednak nie skończyła się po naszej myśli. Ostatni mecz - z Legią, decydujący o tym, kto zdobędzie tytuł mistrza Polski - pokazał, że na boiskach ekstraklasy nie ma sprawiedliwości.
Spotkanie prowadził pan Sławomir Redziński z Zielonej Góry i o dziwo, po tym meczu już nigdy nie pokazał się na ligowych stadionach... Jednym słowem - "drukował". Nie wiem, może z góry przy-szło zalecenie, by zrekompensować Legii utracony rok wcześniej tytuł mistrzowski? Nie mnie to oceniać, ale czuliśmy się pokrzywdzeni, a do tego pojawiła się znowu kwestia: cała Polska widziała.
Mistrzem mogliśmy zostać tylko w przypadku wygranej, Legii wystarczał remis. Spotkanie rozpoczęło się po naszej myśli, mieliśmy lekką przewagę i tuż przed przerwą, w 41. minucie, Marek Szemoński strzelił bramkę, która dała Górnikowi prowadzenie. Mecz był bardzo ostry, faul za faulem, jednak sędzia wyrzucał z boiska tylko naszych. I to aż trzech! Czerwone kartki obejrzeli Heniek Bałuszyński, Jacek Grembocki i Grzesiek Dziuk. Po prostu komedia. Przypominało to trochę jedną z niedawnych kolejek ligi hiszpańskiej, gdy podczas meczu Real - Valencia arbiter był, powiedzmy, zagubiony jak dziecko we mgle.
Upragniony tytuł był coraz bliżej, musieliśmy tylko zamurować bramkę. Każdy jednak wie, że aby wygrać mecz w dużym osłabieniu, trzeba liczyć na cud.
Dwadzieścia minut przed końcem spotkania legioniści wywalczyli rzut rożny. Broniliśmy się wtedy jeszcze w dziewięciu. Leszek Pisz dośrodkował, Jurek Podbrożny "strącił" piłkę, dopadł jej Adam Fedoruk i strzałem głową doprowadził do remisu. To był dla nas gwóźdź do trumny...
Tytuł mistrza Polski zgarnęli piłkarze Legii z 48 punktami w ligowej tabeli. GKS Katowice wygrał z Sokołem Pniewy 3:0 i zajął drugie miejsce, wyprzedzając nas o jedno "oczko". To słowo najlepiej tu pasuje, bo mecz na Łazienkowskiej w ostatniej kolejce sezonu 1993-94 należy traktować właśnie z lekkim przymrużeniem oka...
Felieton
Mój nadziwniejszy mecz
sobota, 28 lutego 2004 09:35
Tomasz Hajtoźródło: Życie