Baza sportowa w Kum Koy. Kilkudziesięciu mężczyzn wylewa pot na sąsiadujących ze sobą boiskach. Na jednym z nich, za linią autową, na żółtym materacu, polecenia lekarza klubowego wykonuje jeden z nich. To Jacek Zieliński, piłkarz który ma za sobą 351 spotkań w polskiej lidze, do niedawna filar defensywy reprezentacji Polski. Doktor Stanisław Machowski zaleca mu specjalne ćwiczenia na ścięgna. Wykonując je, piłkarz wyglądą co najmniej dziwnie. Fotoreporterzy sigają po aparaty. Panowie, nie, jeszcze ktoś pomyśli, że to ze starości, dokończę to ćwiczenie w pokoju - uśmiecha się obrońca.
Kiedy ma się 36 lat, to z pewnością jest się wciąż młodym człowiekiem. W futbolu to jednak taka chwila, w której wypada się zastanowić - co dalej z moim życiem? Nadchodząca wiosna miała być jego ostatnią rundą w lidze.
Hotel Kremlin Pałace jest w lutym miejscem, gdzie większość ludzi, to piłkarze lub... zamożni emeryci z Turcji, Niemiec i Rosji. Jacek Zieliński jest dzisiaj na pograniczu tych dwóch światów. Dla kibiców z Łazienkowskiej jest żywym pomnikiem i, choć zaczynał przygodę piłkarską w Dębicy, to kojarzy się go tylko z Legią. To z nią trzy razy świętował mistrzostwo Polski (sam twierdzi, że cztery - dolicza jeden odebrany tytuł mistrzowski), trzy razy Puchar Polski. To w niej zakończy karierę. Nawet, kiedy pojawiła się informacja, że odchodzi w czerwcu do Chicago Fire, jego fani nie mieli doniego żalu. Wręcz przeciwnie. - Niech jedzie i zarobi, należy mu się, jak nikomu innemu - pisali kibice. Ale „Zielu" nigdzie nie pojedzie.
Piłkarz to dziwny zawód, ma pan 36 lat, a emerytura tuż, tuż.
- Wiedziałem. Spodziewałem się takiego pytania, ale myślałem, że padnie trochę później. Powiem
jednak, że gra w piłkę sprawia mi jeszcze ogromną radość, chociaż są takie chwile, kiedy człowiek się zastanawia, ile można jeszcze pociągnąć, zwłaszcza teraz, w okresie przygotowawczym, kiedy czasem jest źle formą fizyczną, czasem z psychiczną.
To nie dziwne uczucie, zwłaszcza tutaj? Jak się człowiek napatrzy na emerytów spacerujących w hallu, to nie przychodzą do głowy jakieś dziwne myśli?
- Dziwne. Albo kiedy doktor Machowski zaleca przeróżne ćwiczenia i człowiek już zupełnie porusza się jak emeryt, śmiesznie to wygląda. Przychodzą takie myśli. Odganiam je, staram się ich pozbyć. Wrócę do domu, to odbuduję się trochę psychicznie, bo i głowa jest za to odpowiedzialna. Zaczną się rozgrywki ligowe, a wtedy wszystko powinno wrócić do normy.
Odmierza pan już jakoś czas do końca tej rzekomo ostatniej rundy w swojej karierze?
- Chcę powiedzieć, że ja nawet nie będę musiał decydować sam o zakończeniu kariery. Los zdecyduje. Mam bowiem świadomość, że zawodnik po trzydziestce jest oceniany przez pryzmat wieku. Dwa, trzy słabe mecze mogą sprawić, że się pójdzie do odstrzału i zakończą tę przygodę z piłką moi przełożeni (śmiech). Na pewno to kiedyś nastąpi.
Co zamierza pan robić potem? Niedawno jeden z piłkarzy powiedział, że będzie siedział na tarasie, pił piwo i palił fajkę...
- (śmiech) Faktycznie, to dobre zajęcie, ale może na miesiąc. Potem ciężko by było na tym tarasie wytrzymać. Człowiek jest przyzwyczajony, że latami ciągle coś się dzieje, że wyjeżdża. Rodzina do tego przywykła. I nie wiadomo nawet, co by z tego wynikło, gdybym nagle przestał wyjeżdżać (śmiech). Teraz jest tak, że ja tęsknię, oni tęsknią i te nasze związki się zacieśniają przez to.
Miał pan propozycję z Chicago Fire. Ponoć nie pojedzie pan jednak do Ameryki?
- Zastanowiłbym się poważnie i być może bym nawet pojechał. Natomiast ta sprawa jest już zamknięta. To miała być taka alternatywa dla przyszłości w Legii. Zostało mi pół roku kontraktu w Legii i trochę niepewna przyszłość.
Koledzy żartują, że po prostu nie chciałoby się panu. Tak jak pełnić obowiązki kapitana.
- Chciałoby się, naprawdę, mógłbym pograć jeszcze trochę, gdyby zdrowie dopisało, a ponadto zarobić też trochę. Ale nie było konkretów w tej sprawie. Co do opaski kapitana - trochę więcej odpowiedzialności za zespół powinni brać gracze młodzi, ale już doświadczeni. Ja zagram jeszcze rok, może dwa lata. Pamiętajmy, że to jest również promocja dla tych zawodników. To w końcu funkcja reprezentacyjna. Od spraw Legii nie uciekam jednak, choć przyznam, że bycie kapitanem pochłania trochę czasu. Rozmowy z prezesami, spotkania, ciągle coś się dzieje. Teraz tych obowiązków mam nieco mniej.
Kibice robią z Jacka Zielińskiego legendę Legii. A pan jest zwykłym facetem. Lubi pan łowić ryby, chce jak najmniej szumu wokół swojej osoby.
- To określenie mnie denerwuje, bo ono powinno się odnosić, po pierwsze do gwiazd światowej klasy, po drugie, do ludzi, którzy już w piłkę nie grają. Ja jeszcze nie skończyłem kariery i dlatego mi to przeszkadza. Na legendę trochę chyba za wcześnie. Legendą jest Kazimierz Deyna.
Myśli pan już czasem o pożegnalnym występie w Legii?
- Przyznam, że nie mam jeszcze na niego koncepcji.
Co pan powie na takie pożegnanie, jakie miał choćby w Monachium Lothar Matthaeus? Pan biegnący po bieżni, a z głośników „Time to say goodbye"...
- O, to byłoby chyba bardzo przyjemne. Piękna chwila. Ale do tej pory nad tym nie myślałem. Choć propozycja godna przemyślenia.
W reprezentacji było to wymarzone pożegnanie...
- Pożegnanie było przyjemne, chociaż z drugiej strony przykre. Przecież zamknął się pewien rozdział w moim życiu. Ale miałem to pożegnanie na własnym stadionie, przed własną publicznością, która skandowała moje imię i nazwisko. To było coś pięknego, czego się nie zapomina.
Ale nie lata panu noga, kiedy patrzy pan teraz w telewizji na grę kolegów? Nie ma takiej myśli, że może jeszcze rok dałbym radę?
- To nie było tak, że decyzję musiałem podjąć już. Kiedyś jednak to zrobiłem, trenerzy specjalnie nie protestowali.
Trener Janas nie namawiał pana do pozostania?
- Ja będąc trenerem i mając w perspektywie za dwa lata mistrzostwa świata, też bym tak postąpił. Bo nawet jeśli zawodnik 36tetni zagra jeden lub dwa mecze dobrze, to nie wiadomo, co się zdarzy później. Jedna kontuzja, nawet niezbyt groźna powoduje zakończenie kariery.
Z takimi Wyspami Owczymi to chyba byłby pan jeszcze profesorem.
- Nie można ganić za takie spotkania. Takie mecze też są potrzebne. Potem w grupie eliminacyjnej trafia się na takiego rywala i trzeba też umieć z nim wygrywać. Można poćwiczyć atak pozycyjny, sprawdzić dublerów, choć i to bywa ryzykowne, bo każda porażka to spadek w różnych rankingach, a to też jest niedobre dla reprezentacji.
Co pan w ogóle myśli o tej zwycięskiej ścieżce, którą kroczy Paweł Janas? Jest pan wciąż jej cząstką.
- Sądzę to co trener Janas. On ma zdrowe podejście, bo kiedy czytam wywiady z nim to pyta: Co wy mi mówicie o jakichś rekordach? Ważne będą eliminacje! Pewnie, że ważne kiedy się wygrywa. Piłkarze się przekonują do taktyki trenera, budują w sobie mentalność zwycięzców, ale nie możemy tych zwycięstw przeceniać.
Wróćmy do spraw Legii. Dziwna to była zima. Więcej się mówiło o pieniądzach, niż o graniu. Nie odbije się to na zespole?
- Ja w Legii przeżyłem troszkę takich sytuacji. Nie powiem, że się zupełnie nie stresowałem, bo na pewno jakaś nuta niepokoju w nas jest Jestem jednak przekonany, że tak jak w przeszłości Legia dawała sobie radę w różnych sytuacjach kryzysowych, tak będzie i teraz.
Nie dokonaliście żadnych, poza Piotrem Włodarczykiem, wzmocnień, a inni się zbroją, choćby krakowska Wisła.
- Jeśli pyta pan teraz, czy nadrobimy te cztery punkty do Wisły, to powiem - mam wątpliwości. Jesteśmy zmęczeni, ale nie wiem, na ile to jest sprawa głowy, że mamy takie samopoczucie. Natomiast, jeżeli spyta mnie pan o to samo w Warszawie, po kilku pierwszych kolejkach... Jeżeli będzie w porządku od strony fizycznej, to myślę, że będziemy zagrożeniem i dla Groclinu, i dla Wisły, oraz reszty drużyn z czołówki.
Młodsi koledzy zazdroszczą panu zdrowia, ale i ono jest tej zimy było jakieś nieprzychylne.
- Nie oszukujmy się, nie jest tak, jak kiedyś. Ale ja mam tylko problemy w okresach przygotowawczych. Kiedy jest runda, nie mam żadnych kłopotów. Jest mecz, a potem czas regeneracji i odpoczynku. Jeśli na niektórych obozach trenowaliśmy po cztery razy dziennie, a wszystko zawiera się w czasie sześciu, siedmiu godzin, to kiedy się można odpocząć? Potem są takie efekty, że dokuczają stawy skokowe, ścięgna, ale to wszystko minie kiedy się zacznie runda.
Nie czujecie się trochę „zajechani"?
- Jeździmy ze zgrupowania na zgrupowanie, to można mieć teraz takie wrażenie. Okaże się w meczu z Odrą.
Ma pan jakieś specjalne marzenia na tę wiosnę?
- Tak, ale może nie na wiosnę. Chciałbym zagrać w Lidze Mistrzów z tym zespołem. Czas ucieka, nie wiem, czy to będzie realne. Marzy mi się to jednak i jeśli zdrowie będzie mi dopisywało, to zagram jeszcze rok, może dwa lata. Mam nadzieję, że zbudujemy tu na tyle mocny zespól, że
awansujemy do tych elitarnych rozgrywek. I wtedy będę mógł się pożegnać.
A piłkarski oskar dla najlepszego obrońcy? Jest pan do niego nominowany.
- Ta nominacja mnie bardzo ucieszyła. Zawodnik jest z reguły oceniany przez dziennikarzy, trenerów, działaczy. Czasem dwa, trzy mecze złe i... odjazd. To jak gra w rosyjską ruletkę. Na razie miałem szczęście. Skoro mnie dodatkowo spotkało takie wyróżnienie, to tak, jakby los zakręcił nie bębenkiem rewolweru, tylko kołem fortuny.
Możemy zatem uspokoić kibiców, że to nie będzie ta ostatnia wiosna Jacka Zielińskiego?
- Ja bym bardzo chciał, żeby nie była ostatnia...