Legia Warszawa ugrzęzła w marazmie i nie może odbić się od dna. Tym razem stołeczna drużyna zremisowała na własnym stadionie ze znajdującą się w strefie spadkowej Lechią Gdańsk 2-2. Patrząc przez pryzmat całego meczu, legioniści mogą być względnie zadowoleni ze zdobytego punktu, bo to goście kreowali więcej klarownych okazji i zdecydowanie bardziej zasłużyli na zwycięstwo. Zapraszamy na tradycyjne plusy i minusy, jakie wystawiliśmy podopiecznym trenera Inakiego Astiza za ten mecz.
Bartosz Kapustka - Był jedynym promykiem nadziei na dobry wynik. Można mieć do niego sporo pretensji w kontekście rozgrywania piłki i zwalniania niektórych akcji, lecz trzeba się już przyzwyczaić, że Kapustka nie będzie wirtuozem i kreatorem akcji stołecznej drużyny. Nie można mu odmówić jednak wielkiej waleczności i zaangażowania na całej długości boiska. Był dobrym łącznikiem defensywy z ofensywą, angażując się w oba te aspekty gry Legii. W ataku błysnął szczególnie w 53. minucie. Kapitan "Wojskowych" wykorzystał wolną przestrzeń przed polem karnym i świetnym, plasowanym strzałem tuż przy prawym słupku pokonał bramkarza, doprowadzając do wyrównania, zdobywając swoją pierwszą ligową bramkę w tym sezonie. Uderzenia z dystansu spróbował także w doliczonym czasie drugiej połowy, lecz spudłował nad bramką. Chwilę później dobrze znalazł się na prawej stronie pola karnego i, chyba nieco przypadkowo, przedłużył dośrodkowanie Wahana Biczachczjana, notując asystę przy trafieniu Wojciecha Urbańskiego. Bez jego dotknięcia piłka nie miałaby szans dotrzeć do młodego pomocnika. Jeśli chodzi o obronę, to często schodził nisko pod własne pole karne, starał się asekurować ataki gości i pracował w odbiorze piłki. Łącznie wykazał się aż 9 skutecznymi przechwytami, wygrywając również 7 z 10 pojedynków z rywalami. Szczególnie zapamiętać można jego powrót i ofiarną interwencję wślizgiem z 62. minuty, kiedy powstrzymał jednego z zawodników Lechii przed wyjściem do sytuacji sam na sam z Kacprem Tobiaszem. Kapustka jako jedyny gracz stołecznej drużyny może swój występ zaliczyć do udanych.
Steve Kapuadi - Przede wszystkim trzeba zauważyć, jak ciężkie zadanie miał w tym meczu Kapuadi. Krył lewą stronę defensywy, która była niezwykle oblężona i narażona na zagrożenie przez poczynania defensywne Patryka Kuna. Reprezentant Demokratycznej Republiki Konga wielokrotnie musiał asekurować nie tylko swoją pozycję, ale również przestrzeń bocznego defensora i nie można powiedzieć, by nie poradził sobie z tym zadaniem. Oczywiście, zdarzały mu się proste błędy i momenty dekoncentracji, lecz z większości sytuacji wychodził skutecznie. Szczególnie w pojedynkach z Tomasem Bobckiem wypadał pozytywnie, a napastnik sprawiał największe zagrożenie, gdy był kryty przez innych defensywnych zawodników stołecznej drużyny. Stoper mógł zachować się lepiej przy drugim trafieniu gości - widząc Kamila Piątkowskiego, który miał dwóch zawodników do krycia, stał bezczynnie w polu karnym, za późno przesunął swoją pozycję i mimo wślizgu, nie był w stanie zablokować już strzału Aleksandara Ćirkovicia. Defensor brał czynny udział w rozegraniu, a jego długie podanie na prawe skrzydło przyspieszyło akcję i pozwoliło drużynie zdobyć wyrównującego gola w samej końcówce meczu. Był to nieco lepszy występ Kapuadiego niż w ostatnich meczach.
Kacper Tobiasz - Przez znaczną część meczu golkiper Legii trzymał koncentrację, dobrze reagował na akcje rozgrywane przez Lechię, wykazał się ważnymi interwencjami i reagował na przedpolu. W 40. minucie uratował zespół przed stratą gola. Golkiper pewnie wyszedł z linii bramkowej na 5. metr i intuicyjnie, lewą ręką wybronił strzał Tomasa Bobcka w sytuacji sam na sam. To była naprawdę fantastyczna interwencja bramkarza. Chwilę później niestety musiał wyciągać piłkę z siatki, nie mając najmniejszych szans przy świetnym strzale Iwana Żelizko. Zdecydowanie lepiej mógł się zachować przy drugim trafieniu gości. Tobiaszowi zabrakło pewności, nie był przekonany, gdzie uderzy zawodnik Lechii i miał problemy z odpowiednim ustawieniem. Zawahał się i ostatecznie podjął złą decyzję w ustawieniu na linii, przez co, mimo rzutu, nie był już w stanie skutecznie wybronić strzału Aleksandara Ćirkovicia. Ten błąd przekreślił jego dość udany występ.
Kamil Piątkowski - Defensor miał w tym meczu sporo dobrych momentów, ale także wiele chwil dekoncentracji. Przez to uczestniczył przy obu straconych przez drużynę golach. W 27. minucie po podaniu z prawej strony dał się wyprzedzić w polu karnym Tomaszowi Neugebauerowi, jednak podwójną interwencją zdołał zablokować strzał pomocnika i ostatecznie wybić piłkę. Rywalizację w "szesnastce" przegrał także w 40. minucie, kiedy nie zdołał doskoczyć pierwszy do piłki przed Matejem Rodinem, a obrońca Lechii dograł na sytuację sam na sam dla Tomasa Bobcka. Chwilę później Piątkowski przy dalekim wyrzucie z autu dał się pokonać słowackiemu napastnikowi, który urwał mu się spod krycia i dograł piłkę głową przed pole karne do Iwana Żelizko, notując asystę. Defensor Legii powinien zachować się w tym momencie zdecydowanie lepiej, lecz był całkowicie zdekoncentrowany i zagubiony. Podobnie było przy drugiej akcji bramkowej Lechii. Choć Piątkowski rzeczywiście nie miał łatwego zadania, bo miał obok siebie dwóch zawodników gości, to jednak nie zrobił nic, by przerwać tę akcję. Zamiast zaatakować agresywniej Bobcka, krył na radar, próbował jedynie zablokować jego podanie, co było złudne i nie miało prawa powodzenia. Poza prostymi błędami w defensywnie, obrońca Legii nie był dokładny również w rozegraniu - grał niedokładnie, przez co utracił posiadanie aż 16 razy.
Damian Szymański - Pierwsza połowa w wykonaniu defensywnego pomocnika była jeszcze całkiem niezła. Dość dobrze asekurował środek pola przy szybkich atakach gości, zablokował kilka strzałów i to w tej części wykonał większość ze swoich wszystkich 5 odbiorów. Po przerwie grał już zdecydowanie gorzej i brakowało mu koncentracji. Zostawiał mnóstwo wolnej przestrzeni w środku pola i przede wszystkim brakowało jego pomocy i zejść do niskiej defensywny. Szymański przy wielu akcjach Lechii był kompletnie zagubiony, nie potrafił się skutecznie ustawiać i dawał gościom wiele swobody. Szczególnie uwidoczniło się to w 80. minucie, kiedy defensywny pomocnik się na pole karne, lecz krył powietrze, zostawiając na skraju "szesnastki" całkowicie niepilnowanego Tomasa Bobcka i tylko niecelny strzał napastnika uratował drużynę przed stratą bramki. Mimo wszystko był to poważny błąd Szymańskiego. Pomocnik był w tym meczu bardzo niedokładny, brakowało jego pewności i agresji w doskokach, przez co wygrał zaledwie 2 z 11 pojedynków z przeciwnikami i utracił posiadanie aż 17 razy. Został zmieniony w 85. minucie.
Paweł Wszołek - Prawy obrońca całkowicie przeszedł obok tego meczu. Od samego początku nie było widać po nim zaangażowania, do którego przyzwyczaił w większości meczów. Znacznie rzadziej podłączał się wyżej, praktycznie w ogóle nie pokazywał się pod polem karnym przeciwników. Brakowało mu intensywności, obiegów za plecy rywali i prób dograń na pole karne. Nie był także szczególnie zaangażowany w budowanie akcji, a szczególnie w pierwszej połowie popełniał w rozegraniu bardzo dużo błędów, które napędzały kontrataki gości. Miał mniejsze problemy w obronie niż Patryk Kun, lecz także nie radził sobie szczególnie dobrze - dawał się wyprzedzać, przegrywał pojedynki i pozostawiał dużo wolnej przestrzeni. W 63. minucie przegrał walkę o dośrodkowaną z rzutu rożnego piłkę z Maksymem Diaczukiem i pozwolił obrońcy na oddanie bardzo groźnego strzału z 5. metra, na szczęście nad bramką. Mógł się także znacznie lepiej zachować przy drugim straconym golu. Wszołek gonił w środku pola wyprowadzającego piłkę Bohdana Wjunnyka, ale długo pozwalał mu na sprint, nie naciskał szczególnie Ukraińca i dawał mu dużo swobody, co poskutkowało podaniem na lewą flankę, gdzie zabrakło prawego obrońcy Legii. Wszołek, choćby faulem, mógł przerwać tę akcję znacznie wcześniej. Widać było po nim duże zmęczenie i mniejszą chęć do gry.
Patryk Kun - Dla lewego obrońcy był to pierwszy występ od prawie czterech miesięcy i rozegranego 3 sierpnia spotkania z Arką Gdynia. Wystawienie Kuna w wyjściowym składzie było więc bardzo zaskakujące i budziło wiele obiekcji. Obawy niestety się sprawdziły, szczególnie w kontekście defensywy. Znaczna większość groźnych akcji Lechii przechodziła właśnie przez jego stronę. Kun ustawiał się wysoko, starał się pressować rywali, jednak robił to nieporadnie, był kompletnie zagubiony i pozostawiał mnóstwo wolnej przestrzeni za swoimi plecami, co goście skrzętnie wykorzystywali. Był także bardzo słaby w pojedynkach szybkościowych i fizycznych z rywalami, którzy wyprzedzali oraz przepychali go jak chcieli. Nieco lepiej wyglądał w ofensywie. Szczególnie na plus można zapisać mu dobry, wysoki doskok z 53. minuty, dzięki któremu odzyskał piłkę na połowie rywala, co doprowadziło następnie do strzału i gola Bartosza Kapustki. Pozytywnie wyglądały także jego dośrodkowania - starał się posyłać płaskie piłki na pole karne, które były na dobrej wysokości, ale jego partnerom nie udało się z nich skorzystać. Nie można mu odmówić zaangażowania, jednak widać było jego brak ogrania i zgrania. Zszedł z boiska w 85. minucie.
Kacper Chodyna - Trener Inaki Astiz na konferencji pomeczowej stwierdził, że skrzydłowy otrzymał miejsce w pierwszej jedenastce, gdyż w ostatnich dwóch tygodniach dobrze prezentował się na treningach. Jeśli wyglądało to tak samo, jak w meczu z Lechią, to zaczynamy coraz bardziej martwić się o jakość jednostek treningowych stołecznej drużyny. Chodyna był kompletnie poza grą, nie dał żadnych sygnałów, że w jego formie cokolwiek się zmieniło. Popełniał dodatkowo fatalne błędy - przy 46 kontaktach z piłką utracił jej posiadanie aż 19 razy. Jedno z jego nieudanych zagrań, a dokładnie podanie wprost pod nogi przeciwnika w akcji ofensywnej, spowodowało napędzenie drugiej akcji bramkowej gości. Nie dość, że nie dawał żadnych atutów, nie pokazał ani krzty zaangażowania, to jeszcze prostymi stratami wspomagał przeciwników. Hiszpański szkoleniowiec jest kolejnym trenerem, który z jakichś powodów nabiera się na umiejętności Chodyny, który po prostu nie zasługuje na grę. Opuścił murawę w 85. minucie.
Ermal Krasniqi - Kosowianin w ostatnich tygodniach zaczął się rozkręcać i wyrastać na lidera warszawskiej ofensywy, ale w sobotnim meczu zagrał po prostu fatalnie. Był jednym z najaktywniejszych zawodników, jednak nic z tego nie wynikało. Wielokrotnie zabierał się z piłką, podejmował indywidualne rajdy, lecz nie było w tym żadnego pomysłu. Skrzydłowy biegł przed siebie jak jeździec bez głowy, co kończyło się licznymi stratami, których zaliczył najwięcej z całej drużyny - aż 32. Nie miał najmniejszych szans w pojedynkach z rywalami, wygrywając zaledwie 4 z aż 23 podjętych starć, co jest po prostu fatalną statystyką. Mimo przestawienia po przerwie z lewej na prawą stronę ofensywny, w jego grze i efektywności nie zmieniło się kompletnie nic, a skrzydłowy nadal zawodził i nie zapewniał w ofensywie żadnej przewagi. Zaskakujące jest to, że Krasniqi nie został zmieniony i rozegrał całe spotkanie, na co zupełnie nie zasłużył.
Mileta Rajović - Trzeba jedno Duńczykowi oddać - był bardziej zaangażowany grę niż w ostatnich kilku swoich występach, lecz to tylko pokazuje, w jak fatalnej formie obecnie się znajduje. Więcej pracował dla drużyny, wchodził w pojedynki z rywalami i starał się walczyć o piłkę, jednak wychodziło mu to z dość niską skutecznością. Jak zwykle jednak zawodził w najważniejszym aspekcie - w polu karnym był niewidoczny. W zasadzie piłkę w "szesnastce" dotknął chyba tylko raz, w 72. minucie dopadł do odbitej futbolówki przez obrońcę i momentalnie uderzył w komfortowej sytuacji, ale spudłował obok bramki. Duńczyk skupił się w tym meczu także na strzałach z dystansu, których oddał łącznie dwa. Można go pochwalić za uderzenie z 21. minuty - po podaniu obrócił się z piłką w okolicach 25. metra i uderzył ile sił na lewy słupek, jednak świetną interwencją popisał się bramkarz Lechii. Podobne uderzenie z drugiej połowy należy już przemilczeć. Choć było go w grze minimalnie więcej, nadal nie dał większych argumentów, by na niego stawiać, a dodatkowo przedłużył swoją serię bez gola, która trwa już ponad 600 minut.
Claude Goncalves - Portugalczyk był w tym meczu po prostu nijaki. Momentami można było właściwie zapomnieć, że w ogóle na boisku jest. Był skryty, nie angażował się w budowanie akcji, jakby nie chciał na siebie wziąć odpowiedzialności i ciężaru rozegrania piłki. Po przespanej pierwszej połowie przypomniał o sobie w 53. minucie, wystawiając piłkę do Bartosza Kapustki przed polem karnym i notując swoją pierwszą "liczbę" w tym sezonie. To jednak było jedno z nielicznych otwierających podań w wykonaniu Portugalczyka, który poza dużą liczbą strat zanotował tylko 64-procentową celność podań i zaledwie 59-procentową skuteczność zagrań na połowie rywala. Został zmieniony w 75. minucie.
Zmiennicy
Wojciech Urbański - Wszedł na murawę w 75. minucie. Przez długi czas nie potrafił odnaleźć się na boisku. Przegrywał starcia z rywalami w środku pola, nie potrafił się zbytnio utrzymać przy piłce i przebić z nią wyżej. Z minuty na minutę jednak rozkręcał się i dawał coraz więcej korzyści i przewagi w środkowej strefie murawy. Jego zaangażowanie przyniosło korzyści w doliczonym czasie gry. Urbański, jak rasowy napastnik, świetnie znalazł swoje miejsce w polu karnym, w walce o górną piłkę przepchnął obrońcę i wolejem uderzył na bramkę, zapewniając drużynie jeden punkt, który w końcowym rozrachunku może okazać się bardzo ważny. Należy pochwalić pomocnika za to zachowanie, którym po raz kolejny pokazał, że nawet wchodząc z ławki, zapewnia więcej korzyści niż niektórzy, więcej grający zawodnicy. Być może ta sytuacja i zachowanie w polu karnym pokaże, że przy formie obu napastników Legii, warto byłoby sprawdzić go na tej pozycji.
Rafał Augustyniak, Wahan Biczachczjan, Ruben Vinagre - Pojawili się na boisku w 85. minucie. Grali zbyt krótko, by ocenić ich występ.
