Grudzień 2025. Kończy się rok, który w historii Legii Warszawa powinien mieć dopisaną wyraźną notatkę: „Pod żadnym pozorem nie powtarzać w domu”. I nie dlatego, że wszystko poszło źle — to zbyt łagodne. Poszło źle absolutnie wszystko, co tylko mogło pójść źle. Od stycznia do grudnia oglądamy spektakl pomyłek, złudnych nadziei, błędnych decyzji i jeszcze gorszych występów na boisku.
Ten rok jest aberracją, zniekształconym zwierciadłem, które odbija same błędy w zwielokrotnionej formie. Najpierw — miesiące bez dyrektora sportowego, fatalne zimowe okienko transferowe. Potem telenowela z Goncalo Feio. Później wybór Edwarda Iordanescu w ostatniej chwili przed startem przygotowań. Następnie lekką ręką pozbyto się najlepszych zawodników poprzedniego sezonu i sprowadzono liczny nowy, sowicie opłacany zaciąg piłkarzy. Problem w tym, że żaden z nich nie kopnął jeszcze piłki, by część kibiców uznała tę rewolucję za sukces. A przecież takie rewolucje rzadko przynoszą natychmiastowy efekt. Mimo to nikt nie zakładał, że będzie aż tak źle. Dziś trudno wskazać choć jednego nowego gracza, który się obronił. Miało być lepiej. Jest gorzej. Znacznie gorzej.
Zgniłą wisienką na tym niejadalnym torcie jest fakt, że od zwolnienia Iordanescu Legia od 39 dni nie ma trenera. W środku sezonu. W środku europejskich pucharów. Klub, który aspiruje - z roku na rok mniej przekonująco - do miana lidera polskiej piłki.
A to dopiero część absurdu. Na etatach są dziś dwaj dyrektorzy sportowi: jeden, któremu ograniczono kompetencje, i drugi, ekspert zagraniczny, który — jeśli wierzyć części dziennikarzy — po doszedł do odkrywczego wniosku, że najlepszym kandydatem będzie trener, którego przeciętny kibic wskazałby po dwóch minutach zastanowienia.
Bardziej logiczne wydaje się to, że powrót do tego pomysłu jest po prostu decyzją Dariusza Mioduskiego. Mamy przecież w pamięci pierwszą sagę z Markiem Papszunem, z jesieni 2021, gdy klub tonął w kryzysie. I w tej decyzji aktualnego właściciela i prezesa Legii nie widzę nic złego, gdyby nie drobny szczegół: mijają kolejne tygodnie, kolejne mecze, sportowo staczamy się coraz niżej a Papszuna w Legii wciąż nie ma.
Drużyna jest porzucona w zasadzie już dwa miesiące. To nie błąd. To nie wpadka. To skrajny przykład niekompetencji. Legia nie wygrała w tym sezonie w Ekstraklasie dwóch meczów z rzędu. Ostatnie jakiekolwiek zwycięstwo zanotowaliśmy ponad dwa miesiące temu. Za chwilę możemy wyrównać, a następnie być może pobić najgorszą serię meczów bez zwycięstwa w historii klubu: dziesięć spotkań.
Atmosfera w szatni jest tak fatalna, że wlewa się do publicznej świadomości. Widać kłótnie, pretensje, frustrację, brak zaufania, paraliż w podejmowaniu ryzyka i odwagę na poziomie drużyny walczącej o utrzymanie, nie o puchary. Rezygnacja, obojętność, złość - to się czuje.
* * *
Wydawało się, że w sezonie 2021/22 mieliśmy do czynienia z jednorazową anomalią, którą ugasiła praca Aleksandara Vukovicia. Dzisiejszy obraz Legii to po prostu zwykła recydywa i to w jeszcze gorszym wydaniu, bo wówczas przynajmniej zapadły jakiekolwiek decyzje dotyczące trenera. Obecna sytuacja to potwierdzenie, że tamten chaos nie był przypadkiem, ale oznaką toczącej się choroby - od lat Legia sportowo zmierza w dół. Powoli, konsekwentnie, coraz głębiej.
Mamy prawo dziś czuć się oszukani i zwyczajnie zmęczeni. Gdy myślimy, że nic nas już nie zaskoczy, wtedy Legia wstaje i mówi: „Potrzymaj piwo”. To właśnie obserwujemy w drugiej sadze z Markiem Papszunem, w której Raków obnaża słabość Legii z chirurgiczną precyzją. Klub, którego jeszcze niedawno nikt nie traktował poważnie, dziś bawi się z warszawiakami w kotka i myszkę, sprowadzając ich do roli petenta. To nie jest porażka. To kompromitacja na całej linii. Nawet jeśli założymy, że Papszun i Legia mają w tym całym sporze z Rakowem sporze rację, to dla przeciętnego sympatyka futbolu wygląda to tak, jakby od kilku tygodni dziecko tupało nogami, bo mu rodzić nie pozwala spotykać się z nową dziewczyną. Jaki to ma dać efekt?
I jeszcze jedno w tym wszystkim zasługuje na komentarz: Od kilku tygodni nikt z zarządzających klubem nie ma odwagi wyjść do kibiców i powiedzieć, co się właściwie dzieje. Jaki jest plan. Jaka wizja. Cokolwiek. Cisza. Wszystkie głowy pochowane w piasek. To, że Astiz ma poprowadzić drużynę do końca rundy, nie zostało oficjalnie zakomunikowane. A przecież nawet Marek Papszun publicznie zajął stanowisko w tym temacie. Elementarny brak szacunku do kibiców, którym należy się jakiekolwiek wyjaśnienie.
* * *
Oczywiście, można powiedzieć: „Przyjdzie Papszun, posprząta, dostanie pełnię władzy, zadziała nowa miotła”. To możliwe. Ale równie możliwe, że potrwa to miesiące a nie tygodnie. Odbudowa mentalna drużyny nie będzie prosta i zakładam, że trener zdaje sobie z tego sprawę.
Papszun dostanie kontrakt na 4,5 roku - sytuacja bez precedensu w tym klubie, wieszcząca nadciągającą rewolucję. Kłopot w tym, że to nie pierwsza rewolucja za Mioduskiego. Wcześniej był trzyletni kontrakt Sa Pinto i słynne „W przyszłości pewnie będę twardszy. Dzisiaj naprawiam swój błąd”.
Dlatego zasadne jest pytanie: Czy w najbardziej niecierpliwym klubie w Polsce ktokolwiek dostanie czas na budowanie od zera? Może w gabinetach zakładają, że tak - ale tak samo zakładali już wielokrotnie. Prawda jest taka, że my sami - kibice - tego czasu nie damy zbyt wiele, nawet jeżeli teraz wielu stwierdzi, że nie ma innego wyjścia i potrzeba cierpliwości. Pewnie nie ma, pewnie potrzeba cierpliwości, ale skończy się tym, że wynik ma być tu i teraz, a nie za dwa-trzy sezony. Inaczej tego nie widzę.
Od lat Legia sportowo jest średniakiem, który w Europie gra tylko dzięki reformom, a nie jakości sportowej. Tymczasem nasze oczekiwania pozostają niezmienne: mistrzostwo. Jeśli je porzucimy, to damy przyzwolenie na tę bylejakość, pełzającą degradację - od klubu sportowego do biznesowego projektu, dla którego wynik sportowy staje się jednym z elementów, niekoniecznie najważniejszym.
Woytek
