Sytuacja Legii w ostatnich tygodniach ze złej przekształciła się w iście dramatyczną. Brak zwycięstwa od wielu spotkań, porażki w meczach z niżej notowanymi przeciwnikami, czy miesiąc bez szkoleniowca po rezygnacji z funkcji trenera Edwarda Iordanescu – brzmi jak fabuła piłkarskiej powieści science fiction? Nic bardziej mylnego – to niestety szara rzeczywistość, w jakiej znalazł się klub z Łazienkowskiej.
Jakby tego było mało, tuż przed rozpoczęciem sobotniej eskapady do Gliwic – wskutek wygranej Arki z lubelskim Motorem – okazało się, że nasz klub będzie przystępował do rywalizacji z Piastem jako drużyna zajmująca miejsce w strefie spadkowej. Czy naprawdę nikt nie ma w tym momencie déjà vu (vide sezon 2021/2022)?
Na ostatni w tym roku kalendarzowym ligowy wyjazd udaliśmy się kawalkadą samochodową przed godziną 15:00. Jako że ze stolicy wyruszyliśmy ze sporym zapasem czasu, a sama podróż przebiegała bezproblemowo, bez żadnych komplikacji zaparkowaliśmy nasze pojazdy na przystadionowym placu i całą grupą zameldowaliśmy się w sektorze gości na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Tu jednak należy zaznaczyć, że na wejściu część osób obszukiwano nad wyraz drobiazgowo i nieprzyjemnie oraz konfiskowali tak błahe przedmioty jak chociażby vlepki.
Gdy do meczu pozostawało niespełna pół godziny, gołym okiem dało się zauważyć, że miejscowym nie spieszyło się przesadnie, by zajmować miejsca na trybunach. Niektórzy mogli nawet pomyśleć, że to nie ekstraklasowe spotkanie, tylko jakiś sparing albo... mikołajkowy festyn muzyczny, jako że z głośników leciały m.in. „Feliz Navidad” czy „All I Want For Christmas Is You”. Absolutnie nie odczuwało się żadnej atmosfery piłkarskiego czy kibicowskiego święta. Jako że nie musieliśmy koncentrować się na „Piastunkach”, nasze zainteresowanie skupiliśmy na naszych zawodnikach, którzy trenowali w pobliżu naszego sektora i z których (a w sumie to z ich umiejętności) trochę kręciliśmy szyderę.
Na szczęście im bliżej pojedynku, tym stadion sukcesywnie wypełniał się kibicami, choć frekwencja na kolana nie powalała. Jednocześnie nasze uszy musiały się niestety zmierzyć z wrzaskami słynnego gliwickiego spikera, którego zapowiedzi pierwszej jedenastki Piasta mogły u niektórych z nas spowodować problemy ze słuchem.
My finalnie w sektorze gości pojawiliśmy się w 638 głów, a wśród nas obecna była 40-osobowa delegacja z zaprzyjaźnionego Sosnowca. Naszymi wokalnymi poczynaniami tego wieczora dyrygował „Szczęściarz”, który naprawdę robił, co mógł, aby zaangażować nas w dynamiczne śpiewy, a to zadanie – jak to w Gliwicach – do najłatwiejszych nie należało.

Gdy futboliści pojawili się na murawie, tradycyjnie zaintonowaliśmy „Mistrzem Polski jest Legia”, po czym systematycznie rozkręcaliśmy nasz doping. Pozdrowiliśmy nasze zgody, kładąc tym razem największy nacisk na naszą sztamę z braćmi z Zagłębia. Wraz z pierwszym gwizdkiem zaznaczyliśmy swoją obecność na górnośląskim obiekcie donośnym „Jesteśmy zawsze tam!”, po czym całkiem nieźle uskutecznialiśmy „Legiaaaaa! Legia Warszawa!”, a chwilę później hit z Wiednia z przysiadaniem.
O ile z boiska wiało nudą, o tyle paradoksalnie względnie jasny punkt pojedynku stanowiła minioprawa przygotowana przez fanów Piasta zasiadających na trybunie rodzinnej. Zaprezentowali oni małą sektorówkę ukazującą uradowanego ojca trzymającego na rękach dopingującego syna (obaj w klubowych barwach), którą dopełniały niebiesko-czerwony transparent o treści „Tu kibic rośnie od małego, Piasta kocha na całego!” oraz machajki w klubowych barwach. Jeśli zaś chodzi o młyn gospodarzy, to tym razem tworzący go kibice jakoś niespecjalnie popisali się zbytnim zaangażowaniem. Z naszej perspektywy gliwiczanie uaktywniali się sporadycznie i niemrawo, a zdecydowanie najgłośniej dało się ich słyszeć pod sam koniec pojedynku, kiedy adresowali w naszym kierunku kiepskiej jakości „pozdrowienia”. Tu warto zaznaczyć, że do tego momentu fani gospodarzy zupełnie nas nie interesowali.
W tej części konfrontacji przerobiliśmy niemal cały legijny repertuar i tu chapeau baux dla naszego wodzireja, który odpowiednio motywował nas do wytężonych śpiewów. Zdecydowanie najlepiej wychodziło nam wykonywanie „Jesteśmy zawsze tam!” w wersji z Lokeren, „Hej Legia goooool!” z przysiadaniem oraz – już na deser – „Ole, ole, ole, ola!”. Nie zapomnieliśmy także rozsławić „Żylety” oraz... odświeżyliśmy „serenadę” o „Haniorze”.
Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. W przerwie spotkania ogłoszono, że Jakub Czerwiński, który wiele lat temu występował w koszulce z eLką na piersi, przedłużył kontrakt z gliwickim klubem, co miejscowi przyjęli z entuzjazmem i przygotowali mu nawet okolicznościowy transparent, który wywiesili w swoim młynie.
Drugie 45 minut rywalizacji rozpoczęliśmy od hymnu naszego klubu, po czym przeszliśmy do przyśpiewki „Warszawska Legio, zawsze o zwycięstwo walcz!”, aby wesprzeć naszych zawodników, których morale już od wielu spotkań pozostają – o zgrozo! – bardzo niskie. Grajki wprawdzie próbowały, kombinowały, w jaki sposób pokonać Placha, ale niewiele z tego wynikało.
Świetnie i dość długo ponownie uskutecznialiśmy hit z Wiednia. Minuty mijały, a my nie zwalnialiśmy tempa, rozpędzając naszą „głosową” lokomotywę i wierząc, że nasze wokalne wsparcie odczaruje wreszcie „zakurzone” umiejętności legionistów. Rewelacyjnie wręcz i przez dobry kawał czasu wykonywaliśmy „Gdybym jeszcze raz miał urodzić się...”. Do obu przyśpiewek dołączyliśmy naturalnie przysiadanie na krzesełkach. Bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że tego wieczora doping stał na nieporównywalnie wyższym poziomie niż gra, jaką futboliści „raczyli” nas na murawie.
Legioniści mieli jedną, niemal stuprocentową szansę na objęcie w tym meczu prowadzenia. Niestety, Kacper Chodyna, który znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem Piasta, oddał fatalny strzał i zaprzepaścił sytuację, która zemściła się zresztą chwilę później, powodując eksplozję radości wśród gospodarzy, a zwłaszcza u ich spikera.

Mimo że do końca wierzyliśmy, iż legionistom uda się uratować w tej potyczce choćby remis, chwilę później poczuliśmy się, jakbyśmy dostali obuchem w łeb, bowiem po analizie VAR sędzia Łukasz Kuźma dopatrzył się faulu Recy i podjął decyzję o podyktowaniu rzutu karnego dla miejscowych. W ciągu kilku minut ze stanu 0-0 Legia przegrywała już różnicą dwóch bramek i stało się jasne, że Gliwice opuszczać będziemy na tarczy.
Wściekli na piłkarzy, zaczęliśmy wielokrotnie wykrzykiwać w ich kierunku „Legia grać, k**** mać!”, „Co wy robicie?! Wy naszą Legię hańbicie!”, „Biegać, walczyć i się starać, a jak nie, to wypie******!” oraz „Zejdźcie z boiska, nie róbcie z nas pośmiewiska!”. Chwilę później arbiter zakończył tę śląsko-warszawską konfrontację, po której grajki dość szybko udały się do szatni, a my ponownie musieliśmy pogodzić się z upokorzeniem, jakiego przez nich doświadczyliśmy.
Kibice Piasta z kolei dość długo świętowali wraz ze swoimi futbolistami odniesione zwycięstwo i twierdzili, że ich klub nigdy nie spadnie. Dodatkowo próbowali jeszcze nam wbić szpilę, jednak wyszło im to bardzo kiepsko.
Po niespełna półgodzinie mogliśmy opuścić stadion im. Piotra Wieczorka i udać się w podróż powrotną do Warszawy, w której zameldowaliśmy się w środku nocy.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że „Wojskowi” po raz kolejny nie tylko nie znaleźli sposobu na rozprawienie się z rywalami, lecz także nie zainkasowali nawet punktu. Porażka z Piastem sprawiła, że – przynajmniej do „rewanżowego” meczu z gliwiczanami przy Łazienkowskiej w najbliższą niedzielę, który de facto stanowi zaległe spotkanie z pierwszej kolejki – Legia musi zaznać smaku goryczy przebywania w strefie zagrożonej degradacją do niższej klasy rozgrywkowej. Zanim jednak nasi zawodnicy ponownie zmierzą się z „Piastunkami”, czeka ich jeszcze podróż do Armenii. W czwartek legioniści zagrają w ramach Ligi Konferencji z FC Noah Erywań i – o ile chcą kontynuować swoją przygodę w tych rozgrywkach – po prostu muszą wygrać, a w obecnej sytuacji to zadanie może okazać się iście herkulesowym wyzwaniem.
Liczba gości: 638 (w tym 40 osób z Zagłębia Sosnowiec)
Flag gości: 7 („Bródno”, „Ultras Legia”, „Legia to my”, „Warriors”, „Legia – Zagłębie”, „(L)” w wieńcu laurowym, „Saska Kępa”)
P.S. Nie zapomnieliśmy okazać wdzięczności braciom z Sosnowca za ich wsparcie na gliwickim obiekcie gromkim „Legia i Zagłębie, Zagłębie i Legia!”.
Hugollek
Piast Gliwice 2-0 Legia Warszawa - Woytek / 42 zdjęcia
