Wyjazd do Armenii zostanie nam w pamięci na lata. Nie tylko dlatego, że był to pierwszy mecz Legii w tym kraju. Pomimo zakazu wyjazdowego zawitaliśmy do Erywania w bardzo dobrej liczbie. Po drodze nie brakowało przygód, choć nie tylko tych przyjemnych. Weszliśmy na stadion dzięki pomocy ze strony gospodarzy (nie tylko z samego Noahu). Nasi piłkarze kolejny raz skompromitowali się i stracili szanse na awans do kolejnego etapu rozgrywek Ligi Konferencji - wyprzedzili ich piłkarze z takich piłkarskich potęg jak Malta, Gibraltar i z Armenii.
Już dawno, zaraz po losowaniu fazy ligowej Ligi Konferencji, Nieznani Sprawcy mobilizowali do licznego wyjazdu do Armenii. Liczba chętnych dobiła szybko do tysiąca. Tym samym przekraczając pojemność sektora gości. Po drodze złapaliśmy jeszcze zakaz wyjazdowy od UEFA za racowisko w Celje, więc daleki wyjazd za Kaukaz stanął pod znakiem zapytania. Oczywiście nie raz byliśmy już na różnych krańcach Europy na zakazie, często pod stadionem, nie zaliczając meczu. Wydawało się, że podobnie skończy się i ta, grudniowa wyprawa...

Nie po raz pierwszy swoje spotkanie rozgrywała w Azji, ale pierwszy raz w Armenii. O ile w przeszłości bywały wyjazdy, kiedy legioniści na tak dalekie wyjazdy jeździli drogą kołową (choćby Tbilisi, czy Gaziantep), ale tym razem wszyscy wybrali połączenia lotnicze. Najrozmaitsze, w zależności od możliwości finansowych i urlopowych. Bezpośrednie połączenia LOT-owskie z Erywaniem były wypełnione po brzegi. Sporo osób wybrało także łączone, znacznie tańsze podróże przez Rzym, Wiedeń, Tbilisi, Pragę, czy Larnakę. Liczyło się tylko to, by dotrzeć na miejsce i godnie reprezentować Legię. Jako że piłkarze od dawien dawna ch... grają, tym bardziej na nas spoczywa walka o to, by godnie reprezentować ukochane barwy.
Pierwsza grupa legionistów ruszyła już w weekend poprzedzający mecz. Większa grupa leciała także wieczornym poniedziałkowym połączeniem LOT-u z Warszawy do Erywania. Boarding przebiegał bez zakłóceń i zgodnie z planem ponad 60 fanatyków zajęło miejsca na pokładzie. Kiedy jednak zbliżała się godzina odlotu, dalej nie było wiadomo, dlaczego nie startujemy. Później poinformowano nas, że w Armenii jest gęsta mgła, która uniemożliwia lądąwanie, więc musimy uzbroić się w cierpliwość, czekając na następne komunikaty. Przez półtorej godziny sprawdzaliśmy alternatywne połączenia i sytuacja wyglądała bardzo nieciekawie, ze względu na obłożenie wszystkich kolejnych lotów do stolicy Armenii. Ostatecznie rzutem na taśmę, tuż przed zamknięciem warszawskiego lotniska, poinformowano nas, że spróbujemy dolecieć do celu. Nasz samolot wzbił się w powietrze, a my cali w nerwach próbowaliśmy złapać trochę snu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, po kilku okrążeniach nad lotniskiem w stolicy Armenii, okazało się, że warunki pogodowe nie pozwalają na bezpieczne lądowanie. W związku z tym kapitan poleciał na lotnisko w stolicy Gruzji, Tbilisi. Tu wylądowaliśmy bez problemu, ale nerwy zaczęły się chwilę później, kiedy usłyszeliśmy informację, że przepisy celne nie pozwalają, byśmy opuścili pojazd. "Zatankujemy i wszyscy wracamy do Warszawy" - usłyszeliśmy. Wkur...nie było niesamowite, co oczywiście usłyszeli wszyscy pracownicy linii lotniczych. W podobnej sytuacji, okazało się, byli także pasażerowie Lufthansy, którzy dotarli kilka minut wcześniej. Co ciekawe od razu po wylądowaniu, pod nasz samolot podstawiony został autobus. Niepewność była najgorsza. Naprawdę oczekiwanie na ostateczny werdykt dłużyło się niesamowicie. Powrót do Warszawy mógłby zakończyć dla wielu z nas wyjazd na mecz.
Kiedy okazało się, że jednak możemy opuścić samolot, nasza radość była wielka. Nawet pomimo faktu, że do pokonania mieliśmy niespełna 300 kilometrów przez góry. Przynajmniej nie trzeba było zawracać i kombinować od nowa całej wyprawy za Kaukaz. Tak każdy z nas ogarnął na własną rękę przejazd drogą lądową, głównie marszrutkami do Erywania. Czas przejazdu: od 5,5 godziny do 8 godzin. Na tą dłuższą załapali się ci, którzy jechali pojazdem przeznaczonym do... przemytu fajek, oprócz przewozu osób. Zresztą pogranicznicy doskonale znali kierowcę i wiedzieli co i gdzie przewozi. Można rzec, że dotarcie do celu w takich okolicznościach przyrody dodawało smaczku wyjazdowi. Oczywiście, można było się złościć, że przepadło nam to, czy tamto, że straciliśmy mnóstwo czasu. Ale w wyjazdach najważniejsza jest przygoda - to właśnie takie historie sprawiają, że po latach odróżniamy wypad do Erywania od piątej wycieczki do Kielc, czy Niecieczy.
Niestety, nie wszyscy podróżowali w wesołych nastrojach. Dla jednego z kibiców z warszawskiej Woli, wyjazd przez Larnakę okazał się ostatnim w życiu za Legią... A miał zaledwie 29 lat...
Rozmowy z Ormianami nt. wpuszczenia nas na stadion prowadzone były od dłuższego czasu. Do samego końca nie było jednak pewne, czy aby na pewno uda się nam dostać na stadion. Miejscowi wydali w międzyczasie informację, o zakazie sprzedaży biletów dla Polaków na sektory gospodarzy i zrobili blokadę do strony biletowej dla IP innych niż armeńskie.

W dniu meczu mieliśmy zaplanowaną zbiórkę pod pomnikiem Vardana Mamikonyana na trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Stamtąd sprawnie, bez śpiewów, przeszliśmy pod główne wejście na stadion Republikański im. Wazgena Sarkisjana (ok. 650m z miejsca zbiórki) - obiekt, na którym gra reprezentacja Armenii, a w europucharach także miejscowy Noah - klub założony raptem kilka lat temu. Ich stadion, na którym grają wszystkie mecze ligowe, znajduje się 6 km od obiektu republikańskiego. Miejscowi kibice z FAF-u (First Armenian Front) pomagali przy wejściu na stadion, witając każdego z nas z uśmiechem: "Witaj, Wahan". Następnie miała miejsce drobiazgowa kontrola osobista, po której zostaliśmy przeprowadzeni pod wejście na sektor gości. Tam jeszcze jedna kontrola osobista i można było zająć miejsca na trybunach.
Sektor gości, w którym zasiedliśmy, został przed meczem - obudowany kratami. Podobno ze względu na ostatnią wizytę fanów Sigmy Ołomuniec, by zwiększyć bezpieczeństwo na trybunach. Zainteresowanie spotkaniem ze strony gospodarzy było mniejsze niż wcześniejszymi spotkaniami Ligi Konferencji, kiedy na stadionie pojawiało się ok. 12 tys. fanów. Na meczu z nami, który był szansą na historyczny wynik - w przypadku wygranej Noahu, pierwszy w historii awans klubu z Armenii do fazy pucharowej europucharów, obecnych było ok. 8,5 tys. kibiców. Jeden z łuków był niemal w całości pusty, na drugim poza żołnierzami, było również sporo wolnych miejsc.

Mecz rozpoczynał się o godzinie 21:45 lokalnego czasu (18:45 w Polsce). Pogoda była zdecydowanie bardziej przyjemna o tej porze roku niż można się było spodziewać. Gospodarze wystawili młyn po lewej naszej stronie - na samym środku trybuny prostej. Tam też wywieszonych zostało kilka flag, w tym płótno "First Armenian Front". W Armenii bowiem FAF wspiera wszystkie kluby grające w europucharach, a także reprezentację narodową. Na wyjście piłkarzy zaprezentowali oprawę - podwieszaną sektorówkę przedstawiającą dwa pegazy na tle Araratu i flagi Armenii plus transparent "Till the End" (po angielsku i armeńsku) oraz parę rac.

Naszym dopingiem po raz pierwszy od kilku miesięcy kierować mógł "Staruch". Widać było, że stęsknił się za swoją "robotą". Podobnie jak kibice zebrani na sektorze w 710 osób. W naszym sektorze, zgodnie z ustaleniami z miejscowymi, nie wywiesiliśmy flag. A doping prowadziliśmy w asyście bębna. Zaczęliśmy od głośnego "Ch... z zakazami, hej Legio jesteśmy z Wami" oraz "Lalalala f...k UEFA". Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że tylko remis przedłuży nasze nadzieje na awans do 1/16 finału rozgrywek. I niespodziewanie spotkanie rozpoczęło się po naszej myśli - już w 3. minucie nasi piłkarze wykorzystali błąd rywali i wyszli na prowadzenie.
Doskonale niosło się głośne "Ceeeee" inicjowane przez gniazdowego. Dobrych kilka razy śpiewaliśmy też "Żyleta, Żyleta, Żyleta" - aż osiągnęliśmy zadowalający poziom. Nie mogło zabraknąć pozdrowień dla bezdomnego - "Hanior cw..." - niosło się głośno nt. spasionego koronnego świniaka. Na murawie przeważali gospodarze, ale legioniści strzelili drugiego gola - tylko niestety tym razem nasza radość była przedwczesna. Sędzia dopatrzył się przewinienia i w dość kontrowersyjny sposób gola nie uznał. Później zaś wszystko potoczyło się tak jak w Celje. Po przerwie nasze gwiazdy straciły dwie bramki, a zachowanie defensorów do spółki z bramkarzem przy golu numer dwa, to istny piłkarski kryminał. Akurat śpiewaliśmy wtedy "Nie poddawaj się, ukochana ma...", kiedy gospodarze zadali nam ten bolesny w skutkach cios. Warto dodać, że Ormianie po obu bramkach odpalali po kilka rac. Bez żadnego przebierania, maskowania i tym podobnych ceregieli. Kwadrans przed końcem odśpiewaliśmy hymn narodowy.

Jeszcze po straconym drugim golu mieliśmy, z doliczonym czasem, 10 minut na odwrócenie losów spotkania. Piłkarze grali jednak w taki sposób, że nawet gdyby mecz miał trwać jeszcze ze trzy godziny - nie doprowadziliby do wyrównania z tak mocnym przeciwnikiem. W ostatnich minutach śpiewaliśmy "Legia to my, Legia to my, ejaeja Legia to my" oraz "Legia to my" (na melodię "Hej Legia gol"). Tuż przed końcem meczu, a także po końcowym gwizdku, kiedy grajki podeszły pod nasz sektor, śpiewaliśmy "Hej Mioduski, co zrobiłeś? Wszystko tu rozpier...łeś!", "On jest temu winien, on jest temu winien, wypier...ć stąd powinien!" oraz "Sprzedaj klub i spier...j!".

Wynik osiągnięty w Erywaniu pozbawił Legię szans na awans do kolejnego etapu rozgrywek. Nasz zespół wyprzedzili nie tylko Ormianie, ale także zespoły z Islandii, Kosowa, Macedonii i Gibraltaru. Za tydzień szansę na przegonienie Legii mają nawet Maltańczycy. Fani Noahu długo świętowali wygraną, która zapewniła im awans - historyczny moment w historii armeńskiej piłki klubowej. Dla nas to koniec europejskiej przygody na przynajmniej półtora roku. No dobra, na pożegnanie przyjdzie czas podczas fantastycznego meczu z gibraltarskim Lincolnem, który 18 grudnia zagramy o 21:00. Z pewnością przy komplecie publiczności...
Po meczu musieliśmy odczekać około pół godziny na wyjście ze stadionu. Brawami podziękowaliśmy gospodarzom za pro-kibicowską postawę. Z ich strony również pojawiły się oklaski. "F... UEFA" - niosło się później z naszej strony. Kilkanaście minut po północy opuściliśmy stadion. W asyście policji udaliśmy się na miejsce przedmeczowej zbiórki. W nocy zaś na mieście działo się jeszcze sporo i mało kto szybko poszedł spać. Również ci, którzy wracali pierwszym porannym lotem z Erywania do Warszawy. A do Warszawy wracaliśmy na różne sposoby także w kolejne dni. Ostatnie osoby mają wykupione loty na niedzielę, by zdążyć na mecz z Piastem. Na nim bowiem planowane były kibolskie obchody 20. urodzin Nieznanych Sprawców. Zamiast tego, w związku z zaistniałą sytuacją sportową, odbędzie się wspólne dziękowanie właścicielowi za profesjonalne prowadzenie klubu i palenie milionów na potęgę. Urodziny NS-ów zostały z kolei przeniesione na "lepsze czasy".
Frekwencja: 8500
Kibiców gości: 710 (na zakazie)
Flagi gości: 0
Autor: Bodziach
FC Noah Erywań 2-1 Legia Warszawa - Woytek / 159 zdjęć
