Wszystkie bilety na mecz z Rakowem zostały wyprzedane, a ostatecznie na stadionie stawiło się niespełna 25 tys. kibiców. Przy Łazienkowskiej zaprezentowana została efektowna oprawa nawiązująca zdo obecnej sytuacji w jakiej się znalazł nasz klub. Przed nami walka o utrzymanie i wszyscy muszą walczyć na całego, by zrealizować cel - jakże inny od tego, jaki zakładaliśmy przed początkiem rozgrywek...
Mecz z Rakowem poprzedził pokaz świetlny "Z miłości do Warszawy" przygotowany przez Wodociągi Warszawskie z okazji Światowego Dnia Wody. Na trybunach dało się usłyszeć, że warto, by klub postarał się przede wszystkim o lepszą prezentację sportową na murawie, aniżeli kolejne światełka. W niedzielny wieczór mocniej na murawie świeciły lasery aniżeli nasze gwiazdeczki. Od meczu z Rakowem klub zapowiedział zdecydowanie lepszą jakość sygnału internetowego i telefonicznego, nawet przy komplecie na trybunach.
Kibice Rakowa do Warszawy przyjechali autokarami w 271 osób, w tym Lechia (4). Na stadion dotarli na ostatnią chwilę - tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Mieli ze sobą dwie flagi ("RKS Raków" i "Raków do końca!") oraz trzy płótna PDW. Parę dni wcześniej mieli okazję wspierać swoich piłkarzy w Sosnowcu podczas rewanżowego meczu z Fiorentiną, na którym zaprezentowali oprawę. W niedzielę ich wizyta przy Ł3 raczej nie zapadnie nam w pamięci pod żadnych względem. Z naszej strony liczba uprzejmości nie była zbyt wielka.
Na wyjście piłkarzy Nieznani Sprawcy zaprezentowali oprawę, nawiązującą do aktualnej, trudnej sytuacji klubu, w której trzeba się odnaleźć i walczyć na całego. Na Żylecie rozciągnięta została malowana sektorówka przedstawiająca żołnierza w hełmie, na którego twarzy widać ślady walki, a poniżej transparent "Maszeruj albo giń", który oczywiście można powiązać z filmem o tym samym tytule. Prezentację uzupełniły czerwone i zielone chorągiewki po bokach wycinanej sektorówki oraz ok. 100 rac odpalonych po odliczaniu. Aby przesłanie było bardziej czytelne, z trybun niosło się głośne "Warszawska Legio zawsze o zwycięstwo walcz".

Naszym przyjaciołom z Hagi pogratulowaliśmy awansu do Eredivisie, wywieszając transparent "FC Den Haag Gefeliciteerd broeders!". Od początku spotkania ruszyliśmy z głośnym dopingiem, który - wierzyliśmy - pomoże Legii wygrać i wygrzebać się wreszcie ze strefy spadkowej (dzięki wynikom innych drużyn). Na gnieździe przez cały mecz, wraz z legijnymi bębniarzami, rytm wybijał młody bębniarz zaprzyjaźnionej Olimpii Elbląg. Szybko, bo już w szóstej minucie, na prowadzenie wyszli goście. W pierwszej połowie próbowaliśmy rozruszać kibiców z pozostałych trybun, śpiewając m.in. na dwie strony "Warszawę". Tak, by później pieśń rozpoczęli fani z trybuny Deyny.

W trakcie spotkania piłkarze z Częstochowy non stop pokładali się na murawie, symulując, kradnąc czas, wytrącając legionistów z rytmu (jeśli o takowym można było mówić). Ale przede wszystkim swoim zachowaniem wkur...li niemiłosiernie warszawską publiczność. Po kolejnej takiej sytuacji stadion gwizdał niemiłosiernie. "Wstawaj, wstawaj, ch... nie udawaj" oraz "Hej Legio, jazda z k..." - niosło się po chwili w kierunku kolejnego pokładającego się grajka Rakowa. Mimo naszych starań, do przerwy wynik nie uległ zmianie.
Chociaż wynik na boisku był dla nas niekorzystny, dalej wspieraliśmy drużynę. Kiedy ci wychodzili na drugą połowę, krzyczeliśmy donośnie "Hej Legio tylko zwycięstwo!". Licząc, że i oni uwierzą, że trzy punkty cały czas można wyrwać. Żyleta nie zapomniała o właścicielu klubu, którego wszyscy chcieliby już od dawna pożegnać. "Mioduski! Co? Wyp...j!" - dialog tej treści miał miejsce pomiędzy trybunami, by po chwili wszyscy razem śpiewali "On jest temu winien, on jest temu winien, wyp...ć stąd powinien".

Chyba najgłośniej w drugiej połowie wychodziła nam pieśń "Nie poddawaj się...". W końcu po jednej z akcji sędzia, po weryfikacji VAR (amator - sam, bez technologii, nie potrafił podjąć prawidłowej decyzji), wskazał na wapno. Już wtedy była pierwsza radość, ale po chwili zaczęło się czarnowidztwo, czy aby na pewno Nsame zdoła zamienić jedenastkę na bramkę. Jak się okazało - niepotrzebne. Strzelił, my mieliśmy powody do radości, a Kameruńczyk ciesząc się... doznał kontuzji i musiał opuścić plac gry. Przed ostatnich 20 minut wspieraliśmy głośno piłkarzy, by walczyli o strzelenie zwycięskiego gola. "Legia walcząca, Legia walcząca do końca" - skandowali kibice.

Minuty upływały w przyspieszonym tempie, a na murawie nic się nie zmieniało. Z perspektywy czasu możemy się cieszyć, że skończyliśmy ten mecz z jednym punktem, bowiem Raków, na nasze życzenie, miał dwie dogodne okazje do strzelenia zwycięskiej bramki. Zdobyliśmy punkt, który w obecnej sytuacji w ogóle nie cieszył. Na moment udało się jedynie wydrapać ze strefy spadkowej, ale popełniając takie błędy, jak w niedzielny wieczór, nie możemy być spokojni o zakończenie sezonu w Ekstraklasie.

Przed nami przerwa na kadrę, po której wracamy do gry o utrzymanie wyjazdowym meczem w Szczecinie, gdzie przyjdzie nam jechać w Lany Poniedziałek. Jako, że kibicem się jest, nie tylko od święta - nie ma wymówek. Lecim na Szczecin!
P.S. Na Żylecie wywieszone zostały transparenty "Ś.P. Rafał Zarzyk, spoczywaj w pokoju" oraz "Nowek jesteśmy z Tobą".
Frekwencja: 24 788
Kibiców gości: 271
Flagi gości: 2
Autor: Bodziach

