Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Analiza

Punkty po meczu z Widzewem Łódź

poniedziałek, 14 września 2026 18:08
Punkty po meczu z Widzewem Łódź
Jan Kuchta | fot. Maciek Gronau
Legionisci.com
Kamil DumałaLegionisci.com
4

Mogli wygrać i przegrać; lepsza taktyka; to może się udać; kurevsko nedobre novinky; cheesburger z restauracji pod złotymi łukami - to najważniejsze punkty po niedzielnym remisie 1-1 Legii Warszawa z Widzewem Łódź.

1. Mogli wygrać i przegrać

Jak mówi pewne powiedzenie: „Są dwa uda – albo się uda, albo nie uda”. I chyba trudno znaleźć lepsze określenie na obecną Legię. Stołeczny zespół może wygrać z niektórymi rywalami, ale równie dobrze może z nimi przegrać albo stracić punkty. Brzmi banalnie? Oczywiście. Tyle tylko, że właśnie to najlepiej oddaje obecną sytuację przy Łazienkowskiej.

Mecz z Widzewem dla bezstronnego kibica mógł być całkiem przyjemny do oglądania, choć trudno powiedzieć, że stał na szczególnie wysokim poziomie. Było kilka sytuacji podbramkowych, ale bez jakichś spektakularnych interwencji bramkarzy, do tego sporo rwanej gry i momentów, w których obie drużyny nie potrafiły dłużej przejąć kontroli nad spotkaniem. Legia zagrała jednak lepiej niż w kilku poprzednich meczach. Problem w tym, że tym razem poprawa nie przełożyła się na zwycięstwo, a jedynie na jeden punkt.

Patrząc na ostatnie spotkania, bilans również nie wygląda źle na papierze – jedno zwycięstwo i trzy remisy. Ktoś może powiedzieć, że przy obecnej jakości kadry to całkiem przyzwoity wynik. I trudno całkowicie się z tym nie zgodzić. Z drugiej strony Legia na początku sezonu miała całkiem korzystny terminarz i trudno oprzeć się wrażeniu, że wykorzystała go w pełni. A teraz zaczyna się etap, który może bardzo szybko zweryfikować stołeczny zespół.

 

Przed Legią mecze z mocniejszymi rywalami, którzy niekoniecznie będą potrzebowali tylu okazji, aby wykorzystać błędy legionistów. A tych w ostatnich tygodniach przecież nie brakowało. Przeciwko lepszym zespołom takie momenty mogą już nie kończyć się ostrzeżeniem, tylko stratą bramki. Podobnie będzie z kreowaniem sytuacji – rywale z większą jakością mogą znacznie lepiej wykorzystać przestrzenie, które Legia momentami im zostawia.

Na ten moment z dorobku punktowego można się cieszyć albo przynajmniej być umiarkowanie zadowolonym. Legia wciąż jest w grze i nie można powiedzieć, że wszystko wygląda źle. Tyle tylko, że prawdziwa odpowiedź na pytanie, na co stać ten zespół, dopiero nadejdzie. Bo to właśnie kolejne tygodnie pokażą, czy klubowe modlitwy o 4–5. miejsce w tabeli mają jakiekolwiek podstawy, czy też obecna Legia po prostu korzystała z tego, że na początku sezonu trafiała na rywali, którzy nie potrafili w pełni wykorzystać jej słabości. Na razie pozostaje więc klasyczne: albo się uda, albo nie uda.

2. Lepsza taktyka

Trzeba jasno napisać, że granie dwiema „10” jest obecnie zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla Legii. Co prawda nie mamy wtedy na boisku dwóch napastników, ale wbrew pozorom ofensywa wcale na tym nie traci. Wręcz przeciwnie - moim zdaniem zyskuje.

Ševčík i Szczepaniak znacznie częściej byli widoczni w okolicach pola karnego rywala, a także regularnie wchodzili w szesnastkę. Czech miał nawet świetną sytuację do zdobycia bramki. Dzięki takiemu ustawieniu jedyna „9” również dostaje więcej przestrzeni i może zdecydowanie lepiej poruszać się w ofensywie, zamiast być kolejnym zawodnikiem stojącym w polu karnym i czekającym na dośrodkowanie.

Najważniejsze było jednak coś innego - dwie „10” zdecydowanie poprawiły pressing Legii pod polem karnym Widzewa. Kilkukrotnie legioniści potrafili odebrać piłkę wysoko, a następnie od razu spróbować stworzyć z tego sytuację bramkową. To właśnie dzięki obecności Ševčíka i Szczepaniaka Legia miała więcej możliwości, aby agresywnie zaatakować rywala już na jego połowie.

Legia Warszawa - Widzew Łódź Mateusz Szczepaniak,mecz-3650
fot. Mishka / Legionisci.com

I właśnie dlatego, patrząc na kadrę, jaką obecnie dysponuje zespół z Warszawy, gra dwoma ofensywnymi pomocnikami daje moim zdaniem zdecydowanie więcej niż ustawienie z dwoma napastnikami. Przy dwóch „9” Legia często staje się statyczna, a jej ofensywa ponownie zaczyna opierać się przede wszystkim na wahadłach i dośrodkowaniach w pole karne.

A przecież im bardziej Legia uzależnia swoje ataki od wahadeł, tym łatwiej rywalowi ją rozczytać. Wystarczy odciąć Vinagre i Wszołka, a możliwości kreowania sytuacji dramatycznie się zmniejszają. Dwie „10” dają natomiast coś, czego Legii często brakuje - ruch między liniami, większą liczbę zawodników w okolicach pola karnego i przede wszystkim możliwość agresywniejszego pressingu. W obecnej sytuacji kadrowej właśnie ten wariant powinien być zdecydowanie częściej wykorzystywany.

3. To może się udać

Trener Marek Papszun w ostatnich meczach próbuje ustawiać Bartosza Kapustkę nieco niżej, w środkowej strefie boiska. I trzeba przyznać, że w takiej roli kapitan Legii wygląda zdecydowanie lepiej niż we wcześniejszych spotkaniach.

Każdy wie, że nie jestem wielkim fanem Kapustki i szczerze uważam, że w naprawdę mocnej Legii taki zawodnik byłby raczej graczem szerokiego składu, który pojawiałby się na boisku w określonych sytuacjach, a niekoniecznie jednym z liderów zespołu. Nie zmienia to jednak faktu, że Papszun chyba znalazł dla niego miejsce, w którym Bartek może dawać Legii zdecydowanie więcej.

Ustawiony niżej Kapustka jest bardziej odpowiedzialny za piłkę. Nie próbuje na siłę przyspieszać każdej akcji i przede wszystkim nie oddaje futbolówki bezmyślnie pod nogi rywala. Widać, że przed podaniem częściej podnosi głowę, szuka lepszego rozwiązania i stara się kontrolować tempo gry.

Legia Warszawa - Widzew Łódź, Bartosz Kapustka
fot. Mishka / Legionisci.com

Potwierdzają to również statystyki. W meczu z Widzewem Kapustka stracił piłkę tylko siedem razy, co jak na zawodnika mającego sporo kontaktów z piłką i pełniącego bardziej odpowiedzialną rolę w środku pola, jest całkiem przyzwoitym wynikiem.

I naprawdę zaczynam się zastanawiać, czy Kapustka ustawiony niżej nie jest rozwiązaniem, które może się Legii udać. Jest jednak jedno bardzo ważne „ale”. Obok niego musi znaleźć się ktoś odpowiedni.

Nie Szymański. Nie Arreriol. Nie Urbański. Legia potrzebuje nowego zawodnika do środka pola, który niekoniecznie będzie robił „wow” w każdym meczu, ale przede wszystkim będzie odpowiedzialny, będzie potrafił utrzymać się przy piłce i kilka razy w spotkaniu zagrać coś więcej - prostopadłą piłkę, podanie między liniami czy zagranie otwierające drogę do sytuacji bramkowej.

Wtedy Kapustka, jako zawodnik ustawiony niżej, będzie mógł skupić się na tym, co wychodzi mu najlepiej. Nie musi być głównym kreatorem gry. Wystarczy, że będzie odpowiedzialnym łącznikiem między obroną a ofensywą i będzie pomagał kontrolować środek pola.

Problem w tym, że bez odpowiedniego partnera nawet najlepsze ustawienie Kapustki niewiele zmieni. A właśnie dlatego pozyskanie jakościowego pomocnika do środka pola powinno być dla Legii jednym z priorytetów.

4. Kurevsko nedobre novinky

Gdy zobaczyłem Jana Kuchtę w pierwszym składzie, trochę się przeraziłem. W poprzednim meczu napastnik Legii był momentami ciałem obcym dla pozostałych zawodników i niestety z Widzewem wyglądało to bardzo podobnie.

Pamiętam, że po jego pierwszym spotkaniu chwaliłem Kuchtę. Wtedy naprawdę było widać zaangażowanie, biegał, zasuwał w pressingu, wychodził na pozycję i dawał sygnał, że może być napastnikiem pasującym do tego, czego oczekuje Marek Papszun. Z Widzewem niestety tego zabrakło. O samym wychodzeniu na pozycję złego słowa jednak nie napiszę, bo Kuchta faktycznie często pokazywał się z przodu i szukał miejsca.

Widać również, że czeka na podania od Michala Ševčíka. Problem pojawia się jednak w momencie, gdy Czech rzeczywiście próbuje posłać swojemu rodakowi prostopadłą piłkę. Kłopotem jest wtedy sam Kuchta, który nie potrafi jej odpowiednio opanować. Piłka często mu odskakuje, plącze się gdzieś między nogami albo po prostu ucieka spod kontroli. A przy takich podaniach trzeba zrobić z nich użytek, bo właśnie w ten sposób można stworzyć sobie przewagę i znaleźć się w sytuacji bramkowej.

Legia Warszawa - Widzew Łódź Jan Kuchta
fot. Maciek Gronau

Doświadczony napastnik miał jednak swoją znakomitą okazję. Po dośrodkowaniu uderzył piłkę głową w polu karnym, ale obok bramki. Takich sytuacji napastnik Legii nie może marnować, jeśli chce wywalczyć sobie miejsce w pierwszym składzie.

Dlatego mam nadzieję, że w kolejnym meczu z Jagiellonią swoją szansę otrzyma Łukasz Zjawiński. Na dziś to właśnie on wydaje mi się pewniejszą opcją na „9”. Nie tylko daje zespołowi więcej w walce fizycznej, ale przede wszystkim daje to, czego od napastnika oczekuje się najbardziej - bramki.

Kuchty oczywiście nie skreślam. To dopiero początki jego przygody z Legią i trudno po kilku spotkaniach wydawać ostateczny wyrok. Uważam jednak, że powinien być spokojnie wprowadzany do zespołu, zamiast z automatu dostawać miejsce w pierwszej jedenastce. Na dziś pierwsze mecze w wyjściowym składzie nie dały mu zbyt wielu argumentów, a Zjawiński swoją postawą po prostu zapracował na kolejną szansę.

5. Cheesburger z restauracji pod złotymi łukami

Miał powstać o tym osobny tekst, ale szczerze mówiąc, nie chciałem ani Was, ani siebie dodatkowo denerwować. Trzeba jednak przyznać jedno: Legia działa po omacku. Szczególnie było to widać podczas letniego okna transferowego.

Od bardzo dawna było wiadomo, że z zespołu odejdą Jurgen Elitim i Radovan Pankov. I co zrobiła Legia, żeby odpowiednio zastąpić obu zawodników? W zasadzie niewiele.

Oczywiście ktoś powie: przecież przyszli Robert Deziel i Zoran Arsenić. Tylko bądźmy poważni. Deziel dopiero stawia pierwsze kroki w seniorskiej piłce, a od razu został wrzucony na poziom, na którym każdy błąd może kosztować zespół punkty. Arsenić natomiast jest już po drugiej stronie rzeki i trudno oczekiwać, że nagle stanie się zawodnikiem, który rozwiąże wszystkie problemy Legii w defensywie.

Przy kontuzji Kamila Piątkowskiego robi się więc poważna dziura w obronie. I nie, nie wierzę w zapewnienia, które nie mają większego pokrycia w rzeczywistości, że tę defensywę można spokojnie załatać Arseniciem, Recą czy Szymańskim. To są po prostu za słabi zawodnicy, nawet jak na obecną Legię.

Jeszcze większy problem mamy w środku pola. Za Elitima nie przyszedł nikt. I tutaj naprawdę trudno zrozumieć sposób myślenia ludzi odpowiedzialnych za budowę zespołu. Zamiast wzmocnić pozycję, na której brakowało jakości, sprowadzano kolejnych napastników. Ostatnim był Bohdan Wjunnyk - do niedawna rezerwowy Lechii Gdańsk, a przede wszystkim zawodnik praktycznie identyczny profilem do pozostałych napastników Legii.

Każdemu z nich trudno odmówić zaangażowania, walki i chęci zostawienia zdrowia na boisku. Tylko że żaden nie jest typowym goleadorem. Legia potrzebowała jakości, a dostała kolejnego zawodnika o podobnej charakterystyce.

Legia Warszawa - Widzew Łódź Sebastian Staszewski Fredi Bobić
fot. Mishka / Legionisci.com

I właśnie dlatego kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie wzmocniono dwóch tak ważnych pozycji - środka obrony i środka pola. Zamiast załatać największe dziury, działano trochę tak, jakby ktoś rzucał lotkami do tarczy z zawiązanymi oczami.

Wiem, że Bohdana Wjunnyka bardzo chciał trener Marek Papszun. Nie wierzę jednak, że Papszun nie chciał również porządnego środkowego obrońcy i pomocnika. To nie są przecież problemy, które pojawiły się wczoraj. One były widoczne jeszcze przed rozpoczęciem sezonu.

I nie zmienią tego teksty wyssane z palca w stylu: „Legia może wydać 2 miliony euro, ale po co?”. Można oczywiście cieszyć się z obniżenia budżetu płacowego, tylko warto pamiętać, dlaczego ten budżet wcześniej był tak wysoki. Fredi Bobić rok temu również uczestniczył w budowie tego zespołu i miał duży wpływ na to, że niektórzy zawodnicy trafili do Warszawy oraz otrzymali takie, a nie inne kontrakty. Nie można więc dzisiaj przedstawiać oszczędności na płacach jako wielkiego sukcesu, jeśli wcześniej samemu doprowadziło się do sytuacji, w której trzeba te koszty ciąć.

Legia od lat działa po omacku i pod rządami Dariusza Mioduskiego trudno oczekiwać, że nagle wszystko zacznie funkcjonować jak w dobrze zarządzanym klubie. Najbardziej dziwi mnie jednak zachwycanie się tymi „sukcesami”, podczas gdy coraz więcej klubów Ekstraklasy może zaoferować więcej nie tylko za wykup zawodnika, ale również w kwestii jego pensji.

To jest przecież Legia Warszawa. Klub, który powinien być miejscem, do którego zawodnicy przychodzą, bo jest to dla nich sportowy awans. Dzisiaj coraz częściej trzeba się zastanawiać, czy Legia w ogóle jest w stanie finansowo rywalizować z ligową konkurencją.

Kucharze z Legii przez lata próbowali stołować się w drogich restauracjach. Często brali na krechę, nie patrząc nawet na niskie oceny lokalu. Dzisiaj rachunki zostały i okazuje się, że stać ich już tylko na cheeseburgera z restauracji pod złotymi łukami.

Smutne? Owszem. Ale niestety to jest dzisiejsza rzeczywistość Legii Warszawa.

Kamil Dumała

Podaj ten news dalej:
Oceny legionistów
Komentarze (4)
Zdobywaj rangiWłasny awatar i profilZarezerwuj swój nick
lub komentuj jako gość