Robert Błoński: Co Pan powie kibicom Legii, którzy chcą iść na Jasną Górę modlić się o Pańskie ozdrowienie?
Marek Saganowski: Za późno. Już nawet modlitwa nie pomoże...
W środę mówił Pan, że jest jeden procent szans. A w czwartek?
- Zero. Nie gram przeciwko Wiśle, nie jadę do Krakowa, nie ma sensu, bym się tłukł 400 km w jedną stronę z opuchniętą nogą w specjalnym, usztywnionym bucie. Właśnie jestem po wszelkich możliwych badaniach i zabiegach. Nie ma szans, bym wyzdrowiał. Nie wiem nawet, kiedy wznowię treningi. Zdecyduje najbliższe kilka dni.
Co się Panu właściwie stało we wtorkowym, półfinałowym meczu Pucharu Polski z Jagiellonią Białystok?
- Zaraz na początku stanąłem na jakiejś kępce trawy. Za nią był dół, noga nie znalazła oparcia i skręciłem ją. Zszedłem, opatrzyli mnie lekarze i wróciłem do gry. Bo skręcenie zawsze boli, ale grać można [ze skręconą kostką Saganowski strzelił Jagiellonii gola i miał asystę przy drugiej bramce - red.]. Po 35 minutach ból był nie do wytrzymania. W przerwie poprosiłem o zmianę.
Może nie trzeba było grać z Jagiellonią?
- Zdenerwowałbym się, gdyby nagle okazało się, że w Białymstoku jestem rezerwowym. Bo w lidze jest tak mało meczów, że te w PP bardzo się przydają. Poza tym to była dobra okazja, by podtrzymać dobrą passę w zdobywaniu goli. A kontuzji nie da się przewidzieć. Nogę mogłem skręcić i na treningu.
Co wykazały badania?
- Naderwałem małe więzadło w kostce, pozostałe są mocno naciągnięte, podobnie torebka stawowa. Jasne, że mogę pytać: czemu teraz ta kontuzja, przed najważniejszym meczem sezonu, a nie tydzień później? Bardzo żałuję, ale... w pewnym sensie jestem przyzwyczajony. Już miałem takie sytuacje w życiu, że w najważniejszych momentach musiałem poddać się sile wyższej. Teraz "wypadam" z obiegu na dziesięć dni. Nie róbmy tragedii.
Mówiąc, że już Pan coś takiego przeżył, chodzi o wypadek na motorze?
- Tak. Widzę mnóstwo analogii. Wtedy jako piłkarz ŁKS byłem w dobrej formie, dostawałem powołania do kadry, a drużyna walczyła o tytuł. Nie było mnie w decydujących momentach, a mimo to koledzy dali radę. Wierzę, że w Legii będzie tak samo. Wierzę, że mój pech oznacza tytuł dla Legii.
Jakieś rady dla kolegów?
- Niech grają, jak grali ostatnio w lidze. Jeśli tak będzie, jestem o nich spokojny.
Co Pan sądzi o obronie Wisły? W pięciu meczach straciła siedem goli...
- To nie jest dobry wynik dla drużyny, która gra o mistrzostwo. Ale z Legią zagrają inaczej niż z jakąkolwiek inną drużyną. Mam jednak nadzieję, że po meczu z nami straty defensywy Wisły będą większe.
Kto powinien Pana zastąpić w ataku Legii? Radosław Wróblewski czy Manuel Garcia?
- Radek. Umie grać z Wisłą, kiedyś jej nawet strzelił gola. Pamiętam, że w poprzednim sezonie, kiedy do przerwy przegrywaliśmy na Łazienkowskiej 1:2, wszedł na boisko razem z Darkiem Dudkiem i odmienili losy spotkania, wygraliśmy 3:2. Radek jest szybki, waleczniejszy od Manuela. A defensywa Wisły ma problemy z szybkimi napastnikami.
Rozmawiał Robert Błoński
Wywiad
Będzie jak w ŁKS
czwartek, 15 kwietnia 2004 22:42
Marek Saganowskiźródło: Gazeta Wyborcza