Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Mój najdziwniejszy mecz

sobota, 1 maja 2004 09:18
Krzysztof Kosedowskiźródło: Życie

Może nie najdziwniejszy, ale najtragiczniejszy mecz. Tak, najtragiczniejszy mecz, na jakim byłem, ale nie pod względem sportowym. Po prostu brałem udział w niektórych, pozaboiskowych wydarzeniach. To była końcówka lata, schyłek wakacji - 24 sierpnia 2003 roku. Polonia Warszawa "podejmowała" na stadionie Wojska Polskiego Legię. Derby, trzeba przyznać, dość nietypowe. Wiadomo dlaczego - wtedy na Konwiktorskiej nie było oświetlenia. A teraz, lampy jak się patrzy.

Spotkanie było pełne dramaturgii, oczywiście z paroma wyjątkami. W 36. minucie Marek Jóźwiak, niczym Mario Kempes w siedemdziesiątym ósmym, wybił ręką piłkę z bramki. Oczywiście sędzia Mikulski wyrzucił "Bereta" z boiska i podyktował dla Polonii karnego, którego nie wykorzystał Igor Gołaszewski. Mecz zaczął się od nowa.

Wraz z innymi gośćmi zasiadłem w loży honorowej. O dziwo, kibice "Czarnych Koszul" zajęli miejsca, tak jak my, na trybunie krytej, niedaleko. W pewnym momencie zaczęli nam ubliżać, co mnie i reszcie gości bardzo się nie podobało, szczególnie że w loży przebywały również dzieci. Wszyscy jesteśmy wolnymi ludźmi, możemy robić wiele rzeczy, ale w jakichś granicach, bo o dobrym wychowaniu nie ma tu mowy. Nie może być tak, że jesteśmy obrzucani obelgami najgrubszego kalibru dlatego, że kibicujemy Legii! Przecież gdy gra Polonia, kibicuję i temu klubowi. Nie reagując wcześniej, chociaż byliśmy mocno zdegustowani zachowaniem kibiców, stanęliśmy okoniem i doszło do ostrej wymiany zdań. W naszym kierunku poleciały kamienie i butelka, która upadając rozprysła się i odłamki trafiły na lożę. To wręcz nie do pomyślenia! Kawałki szkła mogły zranić jakąś kobietę. Mój kolega przyszedł na mecz z dzieckiem i przestraszył się nie na żarty.

Nagle z prawej strony ktoś rzucił cegłówkę, mniejszym kawałkiem dostałem dokładnie nad oko! Złapałem się za czoło. Nie poczułem bólu, tylko duże ciepło. W tym momencie adrenalina wzięła górę, nie wytrzymałem i, gdyby nie kolega, który mnie złapał i ochroniarze, którzy stanęli między nami, poleciałbym w kierunku łobuzów. Po chwili zorientowałem się, że rana krwawi, więc zszedłem na dół, gdzie opatrzył mnie lekarz.

Nie mówię tego wszystkiego w celu oczernienia kogoś, bo jestem legionistą. Po prostu nigdy bym się nie spodziewał, że kiedyś pójdę na mecz i dostanę cegłówką w łeb. Mówię to w dobrej wierze, nie ukrywajmy, że takie sytuacje się zdarzają - jak choćby nie tak dawno w Białymstoku.

Wracając do meczu, sprawdziło się stare porzekadło, że niewykorzystane sytuacje się mszczą. Kwadrans przed końcem gola na wagę zwycięstwa strzelił Aleksandar Vuković.

Nie przeżyłem jeszcze takiego meczu, boli to też z tego powodu, że jestem zaprzyjaźniony z oboma klubami, odwiedzam szatnie i Legii i Polonii. Na drugi dzień kapitan drużyny z Konwiktorskiej, Igor Gołaszewski, przeprosił mnie za krewkich kibiców. Wiem, że nikt nie celował we mnie specjalnie, dlatego teraz inaczej na to patrzę - jednak fakt jest faktem.

Gdy dzisiaj wspominam ten żałosny moment - jedna myśl przychodzi mi do głowy. Szczęście w nieszczęściu: dobrze, że to ja - mówiąc żargonem sportowym - zostałem kontuzjowany, a nie jakieś dziecko czy kobieta. Nie wiadomo, gdzie mogła zostać trafiona inna osoba. A dzięki Bogu, moja głowa jest dosyć twarda...

Podaj ten news dalej: