Maciej Baranowski: Gra Pan już 13. sezon w Legii. Stał się Pan legendą, symbolem klubu. Rozegrał Pan więcej meczów niż Kazimierz Deyna. Flaga z Pana podobizną wisi na "żylecie", a na takie względy może liczyć tylko Deyna i Dragomir Okuka. Ze Świtem zagra Pan mecz numer 400 w "wojskowych" barwach.
Jacek Zieliński: Jest to jakiś ewenement, że udało się na to wszystko zapracować, ale większym ewenementem jest to, że trener Okuka za bodajże dwa lata pracy dorobił się flagi. Oczywiście żartuję. To jest na pewno miłe. Co do tych liczb to ja zwracam na nie coraz mniejsza uwagę. Staram się o nich nie myśleć, bo przypominają mi, że bliżej mi do końca kariery. Same duże liczby się koło mnie ostatnio kręcą, a niespecjalnie mnie one grzeją.
Pamięta Pan debiut w Legii?
- To był mecz z Hutnikiem Kraków, nie pamiętam dokładnej daty. Wygraliśmy 2:1 i to był udany debiut, walczyliśmy wtedy o utrzymanie. Nie myślałem wtedy o tym, ile lat będę grał w Legii, nie wybiegałem tak daleko w przyszłość.
Pracował Pan z Januszem Wójcikiem, Pawłem Janasem, Dragomirem Okuką, z klubem walczył Pan o najwyższe cele, raz o utrzymanie - jak zmieniała się Legia, jej piłkarze, atmosfera przez te lata?
- Poza runda wiosenną w 1992 roku zawsze walczyłem z Legią o najwyższe cele. Futbol zmienił się strasznie na przestrzeni lat, przede wszystkim sposób gry, taktyka. Atmosfera nigdy nie była bardzo zła. Naturalnie czasem było niewesoło, ale najczęściej dobrze albo bardzo dobrze, kiedy były wyniki. Drużyn z różnych okresów nie da się porównać. Wielu zawodników z sezonu 1994/95 mogłoby sobie teraz nie poradzić w Legii i na odwrót. Na pewno kiedyś taktyka nie odgrywała takiej roli jak dziś. Większość drużyn pokonywaliśmy umiejętnościami. Teraz poziom się wyrównał i to już nie wystarcza. Trzy punkty trzeba wybiegać, ściśle trzymać się taktyki i przede wszystkim mieć dużo więcej siły.
Wspomina Pan, że Legia zawsze walczyła o najwyższe cele, ale dlaczego tak ceniony piłkarz jak Jacek Zieliński nigdy nie wyjechał sprawdzić się w silniejszej lidze? Interesowały się Panem Auxerre czy Besiktas.
- Tych propozycji to naprawdę nie miałem wiele i prawdę mówiąc, męczy mnie ten temat. Gdyby pojawiła się poważna oferta, z silnego klubu, to bym ją rozważył. Nigdy nie doszło do jakichś zaawansowanych rozmów. O niektórych propozycjach kupna Zielińskiego dowiadywałem się z dużym opóźnieniem, na przykład od prezesa, który odchodził.
Nie wierzę, że nie miał Pan kuszącej oferty w 1996 roku, kiedy po dobrych występach w Lidze Mistrzów odeszło wielu Pana kolegów.
- Wtedy faktycznie odeszło ponad pół drużyny - ale jakie to były kluby? Dół tabeli ligi greckiej czy druga liga austriacka - odejść, żeby tylko odejść, to nie było rozwiązanie dla mnie. Ja cenię stabilizację i pomyślałem, że w Legii też przyjdą lepsze czasy, jak nie teraz, to później. Nie chciałem odchodzić na wariata.
Grał Pan z wieloma klasowymi drużynami. Osiągał wielkie sukcesy. Co zapamiętał Pan najbardziej? Co uważa za największy sukces, a co za największy zawód?
- Z pamięcią u mnie słabo, ale debiutu chyba nie da się zapomnieć. Rok 1995, kiedy zdobyliśmy dublet, graliśmy z powodzeniem w Lidze Mistrzów. To były naprawdę miłe chwile. Grałem przeciw wielu świetnym napastnikom, zarówno w Legii, jak i reprezentacji. Alan Shearer, Chris Sutton czy ostatnio Christian Vieri. Nie chcę być nieskromny, ale nie pamiętam, by ktoś specjalnie zaszedł mi za skórę.
Każdy rok bez mistrzostwa to też jest zawód, a jest on jeszcze większy, gdy tytuł wymyka się tak jak w pamiętnych meczach z Widzewem Łódź. Prowadziliśmy, a mimo to przegrywaliśmy po golach w końcówce. Gdyby nie parę feralnych minut, byłyby dwa tytuły więcej dla Legii - i to boli.
Widzi Pan jakiegoś swojego następcę w Polsce?
- Na pewno Arek Głowacki z Wisły Kraków. Jest jeszcze młody, a już doświadczony, opanowany. Niech tylko kontuzje go omijają. To fajny chłopak i życzę mu wielu sukcesów.
W reprezentacji debiutował Pan dość późno, ale rozegrał mnóstwo
meczów, wywalczył awans na mistrzostwa świata. Czy to był szczyt
marzeń?
- To nie był szczyt marzeń i umiejętności. Ta drużyna zrobiła dużo, ale
można było więcej zrobić. Mnie sam awans nie zadowolił. Nie zgadzam
się z opinią wielu fachowców, że to było maksimum. Nie chcę robić
analizy, ale wiele rzeczy można było zrobić lepiej. Jest już jednak
po herbacie, a ja nie chcę nikogo obrazić, bo to nie jest nikomu
potrzebne.
Kariera w kadrze została definitywnie skończona?
- Mecz z Włochami był efektowny i myślę, że podświadomie nie chciałbym
chyba tego popsuć. Gdyby jednak trener strasznie mnie potrzebował, to
z pewnością bym nie odmówił. Okoliczności musiałyby być jednak
wyjątkowe, warte ryzyka.
W czerwcu podpisze Pan nowy kontrakt, ale pewnie już Pan myśli, co
będzie robił po końcu kariery. Kiedyś po meczu z Blackburn, który
oglądał Pan z ławki, padło stwierdzenie "trenerka to za dużo nerwów
jak dla mnie".
- Chcę jeszcze pograć dwa sezony, nie wiem, jaka będzie wola klubu.
Potem nie zamierzam robić sobie przerwy i od razu chcę wziąć się do
pracy. Mecz z Blackburn był dawno i człowiek się zmienia.
Czyli po zakończeniu kariery nie zrobi sobie Pan roku przerwy na
łowienie ryb?
- Mam nadzieję, że będę mieć mnóstwo czasu na łowienie na emeryturze. To nie zależy jednak ode mnie. Jeśli będzie ciekawa oferta, na pewno
ją rozpatrzę. Choć praca z młodzieżą przynosi dużo satysfakcji, ja
chciałbym pracować z seniorami. Pasjonuję się taktyką, układaniem
strategii, chciałbym te pasje spożytkować. Za dwa, trzy lata jako
trener będę i tak dziesięć lat do tyłu, więc na urlop nie mogę sobie
pozwolić.
Nowy prezes Piotr Zygo zapowiedział, że w klubie na pewno będzie
miejsce dla Zielińskiego.
- No co ja mogę powiedzieć, cieszy mnie ta deklaracja.
Czuje się już Pan warszawiakiem?
- Pasuje mi życie w Warszawie, polubiłem to miasto, poznałem.
Zaaklimatyzowałem się i jakoś nie wyobrażam sobie życia gdzie
indziej.
Rozmawiał Maciej Baranowski