Co się stało z Legią w Poznaniu?
Dariusz Kubicki: To niewytłumaczalne, że oddaliśmy mecz bez walki. Mam zastrzeżenia do pierwszej połowy. Lech miał ogromną przewagę, jeśli chodzi o determinację, cechy wolicjonalne... Gdyby to się działo w drugiej połowie, można by mówić o braku sił. Byliśmy mało skoncentrowani, chyba za bardzo wierzyliśmy we własne umiejętności. I zostaliśmy ukarani. To była chyba najsłabsza połowa, odkąd jestem trenerem Legii.
Przed meczem piłkarze opowiadali, jak bardzo chcą zdobyć Puchar Polski, jak im zależy, jak są zdeterminowani...
- Czasem człowiek spodziewa się łatwiejszego meczu i z takim nastawieniem wychodzi na boisko. A kiedy zaczyna się nie układać, trudno to nastawienie natychmiast zmienić. Próbowałem coś zrobić. Pierwszego zawodnika zmieniłem przed przerwą, następnego - w przerwie. Właściwie to wszyscy pomocnicy nadawali się do zmiany. Padło na Jacka Magierę.
Czuł się Pan zawiedziony?
- Owszem. Sporo wysiłku kosztowało nas, by w tym finale się znaleźć. Dwóch podstawowych zawodników - Marek Saganowski i Tomek Jarzębowski - w pierwszym spotkaniu półfinałowym z Jagiellonią doznało kontuzji i nie grali potem przeciwko Wiśle Kraków. Wczoraj zawodnicy nie docenili wysiłku włożonego w poprzednie rundy. Pamiętam, że kiedyś, gdy w Legii był jeszcze Dragomir Okuka, w ostatniej minucie straciliśmy gola w Szczecinie. Było 2:2. I też wszyscy narzekali. Tymczasem za chwilę Wisła przegrała z Polonią i odrobiliśmy punkt, a potem wywalczyliśmy mistrzostwo.
Obieca Pan kibicom, że w rewanżu Legia będzie "gryźć" trawę, by odrobić straty?
- Nie muszę tego obiecywać. To oczywiste. Może ta porażka będzie korzystna? Może zmobilizuje zawodników? W Poznaniu przegraliśmy w środku pola. Mieliśmy tam przewagę liczebną, a nic z tego nie wynikało. Jeśli już - to złego.
Będą zmiany w składzie na ligowy mecz z Groclinem? Radosław Wróblewski po raz drugi wchodząc z ławki rezerwowych, zagrał bardzo dobrze.
- Jeszcze nie analizowałem gry... sobotniego rywala. Ale Radek po tym, co pokazał w meczach ze Świtem i w Poznaniu, ma spore szanse. Tomek Jarzębowski też być może wróci do składu, choć widać było jeszcze brak ogrania. Po kontuzji nie mógł wystąpić w rezerwach, bo mecz był akurat w Łomiankach, gdzie jest nierówne boisko. Bałem się, by tam nie odnowił mu się uraz.
Piłkarze Lecha w ligowym meczu nie wystawią tych zawodników, którzy - ukarani żółtą kartką - nie będą mogli wystąpić w rewanżu. Tak samo zrobili przed pierwszym spotkaniem. Czy Pan planuje podobny manewr?
- Ja mam czterech "zagrożonych". Są to Tomek Sokołowski I, Jacek Zieliński, Dickson Choto i Marek Jóźwiak. Nie wiem, czy przed tak ważnym meczem mogę sobie pozwolić na taki manewr. Niczego nie wykluczam [Prawdopodobnie wszystko zależy od piątkowego meczu ligowego Wisły w Łęcznej. Jeśli krakowianie wygrają, właściwie zapewnią sobie mistrzostwo, a wtedy w Grodzisku mogą nie grać "kartkowicze" - red.].
Jak minęła podróż do Warszawy?
- Przegrywamy i wygrywamy wszyscy. Nie zwalam winy tylko na zawodników. Najważniejsze, by nie stracili wiary we własne umiejętności, nie zaczęli myśleć o kryzysie i wątpić w to, co robią.
Pan powie na pocieszenie kibicom?
- Zaczekajcie do rewanżu. Spróbujemy odrobić straty, liczymy na wsparcie od pierwszej do ostatniej minuty. Powtarzam to, co powiedzieliśmy sobie z zawodnikami: jeszcze nie wszystko stracone, do ostatniego gwizdka 90 minut.
Rozmawiał Robert Błoński