Jacek Bednarz, rzecznik prasowy Legii: "Jest nam wstyd, że do czegoś takiego doszło na naszym stadionie. To było haniebne. Ale ja 12 lat grałem w lidze i wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Akurat za moich czasów to właśnie w Poznaniu było najgorzej. Wychodząc na stadion, nieraz dostawałem w zęby od ochroniarzy, którzy tam pracowali. I oni do dzisiaj w Poznaniu pracują. Był tam taki pan Surówa, który chodził sobie po boisku, i jak miał ochotę, to zwykle w trakcie rozgrzewki komuś przywalił. Czasem swojemu, czasem obcemu. Zawsze, gdy wygrywaliśmy, mieliśmy kłopoty z powrotem do domu. Pamiętam, jak w 1994 roku wyglądał autokar, którym podjechaliśmy pod stadion. Jak po ostrzale z karabinu. Kibice z kilku metrów rzucali w niego pełnymi butelkami z piwem. A po meczu przez dziesięć minut nie mogliśmy pokonać drogi z boiska do budynku. Leciało w naszym kierunku wszystko co było pod ręką. Nie życzę nikomu takiej "drogi śmierci". Chociaż to oczywiście nie usprawiedliwia tego, co stało się we wtorek w Warszawie. Ostatnie doświadczenia są głęboko bolesne i postaramy się, by do nich w przyszłości nie doszło. Ten scenariusz jest nie do przyjęcia."Jarosław Ostrowski, członek zarządu: "Ta historia zdarzyła się w najgorszym z możliwych momencie. Po raz pierwszy na meczu Legii był trzeci z właścicieli ITI - Bruno Valsangiacomo. Byli prezesi, sponsorzy aktualni i potencjalni, przeważnie z dziećmi. Także dziesięć osób z bardzo ważnego banku w Londynie. To, co się stało, było nie tylko naganne. Może także zaszkodzić rozwojowi klubu. Niezależnie od decyzji Wydziału Dyscypliny zastanawialiśmy się nad zamknięciem stadionu. Nawet za cenę strat. Z Łodzi na wtorkowy mecz z Widzewem przyjechaliby przecież kibice, dla których byłaby to ostatnia okazja, żeby zaistnieć. Wiemy, co kiedyś wymyślili, że przywieźli do stolicy narzędzia i odkręcali płoty. Nasza ochrona sprawdziła, czy płoty są dobrze przykręcone."