Legionisci.com
LEGIONISCI.COM

Bałem się Warszawy

wtorek, 7 sierpnia 2007 00:32
Maciej Korzymźródło: własne

Trochę dorosłeś i masz 19 lat. Uważasz się już za dojrzałego piłkarza?
Maciej Korzym: Może za dojrzałego to jeszcze nie, ale na pewno zebrałem trochę doświadczeń przez ten czas, który spędziłem w pierwszej lidze. Wiadomo, że człowiek uczy się przez całe życie i nadal zbieram doświadczenie. Na razie jestem jednak zadowolony z tego, co już umiem.


Jesteś młodym zawodnikiem, a twoje nazwisko jest znane kibicom od kilku lat. Kiedy zdecydowałeś, że stawiasz na piłkę?
- Od najmłodszych lat powtarzałem, że piłka jest moim całym życiem. Gdy mieszkałem w Nowym Sączu dochodziła do tego jeszcze szkoła. Nie byłem złym uczniem, ale zawsze stawiałem na piłkę. Mama ganiała mnie do nauki, ale bardziej ciągnęło mnie na trening. Wolałem iść dwa razy na zajęcia do klubu, niż raz do szkoły, ale nie udawało mi się to (śmiech).


Twoi rodzice pogodzili się już z tym, że ostatecznie wybrałeś piłkę?
- Teraz już się cieszą z tego, co robię. Wiadomo przecież, że nie każdy w wieku 19 lat gra w Legii. Mi się to udało. Zadowoleni byli także, gdy mając 16 lat trafiłem do Warszawy.


Do Legii przyszedłeś bardzo wcześnie i zostałeś jej najmłodszym zawodnikiem w historii. Pamiętasz swój debiut?
- Jak mógłbym zapomnieć. Najpierw zagrałem w pucharach z Dinamo Tibilisi. W lidze pierwszy raz zagrałem zaś na Łazienkowskiej przeciwko Polonii. Nie było tak źle, bo nawet zaliczyłem asystę przy golu Marka Saganowskiego.


Kilka lat grasz w piłkę zawodowo. Czy z perspektywy czasu nie żałujesz swojego wyboru?
- Zawsze chciałem grać w piłkę i jestem zadowolony, że udało mi się to.


Twoja dziewczyna też jet zadowolona, że wybrała sobie piłkarza?
- Musiała się przyzwyczaić (śmiech). Może i za często nie ma mnie w domu, ale jak mamy zgrupowania to Angelika jedzie do Nowego Sącza. Jak wracam do Warszawy, to przyjeżdża do mnie i mieszkamy razem.


Mało kto o tym pamięta, ale jesienią 2003 r. grałeś w Lechu Poznań.
- To był mały epizod w juniorach. Nie chciałem jednak zostawać w Poznaniu. Miałem wtedy 15 lat i po pół roku postanowiłem wrócić do Sandecji. Tam zadebiutowałem w seniorach i dwa tygodnie później byłem już w Warszawie.


Twoje pierwsze podejście do gry w Legii nie było jednak za dobre. Zagrałeś tylko w kilku meczach. Jak wspominasz swój pierwszy pobyt na Łazienkowskiej?
- Nie przesadzajmy, bo wcale nie było tak źle. Nigdy nie liczyłem, że tak szybko będę mógł zagrać w barwach Legii. Po przyjściu do Warszawy, rozmawiałem z tatą i jako cel postawiłem sobie przebicie się do składu w ciągu dwóch lat. Wówczas Legia była zupełnie inną drużyną. W obronie grał jeszcze Jacek Zieliński i Marek Jóźwiak. Oni powoli kończyli swoje kariery, a ja przy nich byłem jak dzieciak.


I jak 16-latek poradził sobie w pierwszych dniach gry w Legii?
- Do szatni wprowadzał mnie Mariusz Piekarski. Znał się zarówno z moim menadżerem, jak i z wszystkimi piłkarzami. Dzięki temu nie miałem aż tak wielkiej tremy, chociaż wiadomo, że lekko nie było.


Przedstawiałeś się jak nowy uczeń w klasie?
- Nie. Mariusz Piekarski powiedział, że jestem młody i trzeba się mną zaopiekować. Nie było jednak aż tak źle, jak wcześniej myślałem. To w końcu lekki szok, gdy wchodzisz do szatni i widzisz, np. Marka Saganowskiego czy Piotra Włodarczyka. Tego samego Saganowskiego i Włodarczyka, których dwa miesiące wcześniej widziałeś tylko na ekranie telewizora. A tu nagle wchodzisz do szatni i możesz im powiedzieć „Cześć”. Na początku nie wiedziałem jak się zachować i każdemu powiedziałem „Dzień dobry”. Przecież niektórzy z zawodników mieli wówczas po 37 lat. Ale jakoś przeżyłem ten pierwszy dzień.


Zamiast w Legii mogłeś jednak grać w Monaco lub Chelsea. Byłeś tam na testach, ale ostatecznie wybrałeś Legię. Dlaczego?
- Monaco to był sprawdzian, co mnie może czekać zagranicą. Podobnie było z Chelsea. Taki test, co mnie może czekać w wieku dwudziestu kilku lat, gdybym chciał wyjechać za granicę. Zobaczyć jakie jest tam podejście do zawodników, bazy sportowe. Głównym celem było zaś przyzwyczajenie się do wyjeżdżania z rodzinnego miasta i życia na własną rękę. Wiadomo przecież, że grając w Legii nie będę co dwa tygodnie jeździł do Nowego Sącza.


Trudno było ci się przyzwyczaić do życia w Warszawie?
- Szczerze muszę przyznać, że bałem się Warszawy. Przerażały mnie odległości i to, że nie wiedziałem, jak dojechać na trening i ile czasu może mi to zająć. Dlatego przez pierwsze dni byłem godzinę przed treningiem i siedziałem sam, nie wiedząc, co się dzieje (śmiech). Teraz jest lepiej, bo mieszkam na Ursynowie i na stadion mam niecałe 10 km. W 15 minut jestem wiec na treningu.


Na początku jeździłeś jednak metrem i autobusami.
- Rzeczywiście, jak nie miałem z kim przyjechać na Legię, to jeździłem metrem do Politechniki. Tam brałem taksówkę, albo wsiadałem do autobusu i jechałem na Łazienkowską.


A nie czułeś się samotny w wielkim mieście?
- Nie. Mieszkałem z opiekunem od menadżera, żeby do wszystkiego się przyzwyczaić. Potem chciałem już jednak zamieszkać sam.


Przez pewien czas mieszkałeś też z Dawidem Janczykiem.
- To było niedawno. Po moim powrocie z Wodzisławia mieszkaliśmy razem przez pół roku.


To prawda, że Dawid uwielbia słodycze?
- Oj lubi, lubi. Powiem tak - nie odmawiał sobie (śmiech).


Wspomniałeś o Wodzisławiu. Czy przenosin do Odry nie potraktowałeś jak zesłania z Warszawy?
- Nie, bo moim celem w Wodzisławiu było ogranie się i zdobycie ligowego doświadczenia. Jestem zadowolony, że dostałem tam szansę. Wystąpiłem w prawie wszystkich meczach. Strzeliłem pierwsze bramki w lidze.


Nie nudziłeś się w tym niewielkim mieście?
- Nie i dostałem tam niezłą szkołę. Zobaczyłem jak wygląda życie w biedniejszych klubach. To da się odczuć i na płaszczyźnie sprzętu, i jeżeli chodzi o sprawy organizacyjne. Pod tymi względami w Wodzisławiu było gorzej niż w Warszawie. Można więc dziękować Bogu, za to gdzie się gra.


Czyli w Wodzisławiu odliczałeś dni do powrotu do Legii?
- Śledziłem co się dzieje w Warszawie, ale koncentrowałem się na mojej grze w Odrze. Chciałem strzelać bramki i pokazać się z dobrej strony, żeby wrócić do Legii. Musiałem więc grać, jak najwięcej, żeby się ogrywać. W Odrze trafiłem też na kolonię legionistów. Był tam wówczas Marcin Smoliński, Darek Zjawiński, Darek Dudek i Irek Kowalski.


Po roku wróciłeś do Legii. Jakie cele stawiałeś przed sobą wracając do Warszawy?
- Oczywiście granie. Ciężko jest jednak wrócić z Wodzisławia i od razu wejść do składu drużyny, która dopiero co zdobyła tytuł mistrza Polski. Chciałem dostawać więcej szans na grę. Wchodzić na ostatnie 25-30 minut, żeby nadal się uczyć. Wiadomo, że Legia to klub, na którym zawsze jest duża presja. Nie ma więc takiej sytuacji, że od młodszych zawodników wymaga się mniej. Jeżeli grasz, to musisz spełniać wymagania trenera.


Patrząc na twoją postawę na treningach, można powiedzieć, że spełniasz te wymagania. Ale podczas meczu twoja dobra gra gdzieś ulatuje.
- Nie można porównywać treningu do meczu. Przecież na treningu gramy między sobą i bardziej szanujemy swoje nogi. Na meczu gra idzie zaś na całego i obrońcy nieraz tną równo z trawą. Kolega z drużyny może mi odpuścić, ale na meczu nie ma taryfy ulgowej.


Skoro mówisz o kolegach z drużyny. Pomagają ci starsi zawodnicy?
- Zwracają mi uwagę na sprawy, które mają mi pomóc podczas meczu. Jak się zachować, kiedy zgrać. To jednak nic nadzwyczajnego. Sam też mogę starszemu podpowiedzieć, gdy coś lepiej widzę. Nieraz starsi nieźle na mnie nakrzyczą, ale w czasie meczu to norma. Nie przenosimy tych emocji do szatni. Osobiście czuję się nawet podbudowany, gdy ktoś na mnie nakrzyczy i zwróci mi uwagę. Bo czasem jeden drugiego po prostu musi opieprzyć.


W Legii młodzi zawodnicy są pod czujną opieką Jacka Magiery. Jak oceniasz tą współpracę?
- Bardzo dobrze. Dogadujemy się.


Jak z dobrym bratem czy jak z surowym policjantem?
- Na pewno nie jak z policjantem. Wszyscy młodzi zawodnicy, mają dobre układy z trenerem Magierą. Jest dyscyplina, ale ja jestem z tego zadowolony.


Ostatnio głośno było o twoim powołaniu na mistrzostwa świata U-20? Nie chciałeś reprezentować Polski na mundialu w Kanadzie?
- Mówienie, że nie chciałem polecieć na mistrzostwa świata to nieprawda. Mówiłem już i powtarzam to po raz kolejny, że moja odmowa dotyczyła tylko wcześniejszych konsultacji w Jordanii. Nie wiem skąd się pojawiła inna informacja. Może trener Michał Globisz chciał w ten sposób zrobić komuś na złość. Jeżeli tak, to trudno. Z drugiej strony chyba nawet sam szkoleniowiec nie podejrzewał, że cała sprawa może zostać tak rozdmuchana.


Ale Globisz sam nie pozwalał by sprawa przycichła. Apelował nawet do selekcjonera Leo Beenhakkera, by za karę nie powoływał zawodników, którzy odmówili gry, do dorosłej reprezentacji.
- To trochę dziwnie zachowanie, ale jeżeli trener Globisz uważa je za słuszne, to trudno.


Nie próbowałeś wyjaśnić z nim całej sprawy?
- Nie czuję się winny, żeby coś wyjaśniać. Naczytałem się już wystarczająco komentarzy, że jestem gówniarzem, który odmawia gry w kadrze. Problem jest jednak w tym, że ja nigdy nie odmówiłem gry. Grałem w reprezentacjach młodzieżowych od kadry U-14. Zawsze jeździłem, gdy trener Andrzej Zamilski mnie powoływał. Nigdy nie mówiłem, że nie dam rady i nie przyjadę. Zresztą gdy reprezentacja spotyka się w terminie wyznaczonym przez UEFA, to nie ma problemu, żeby klub zwolnił swojego zawodnika. A do gry to ja zawsze jestem chętny.


To dlaczego odmówiłeś wyjazdu do Jordanii?
- Zadzwoniłem do trenera Globisza i powiedziałem, że jestem trochę przemęczony. Trzy tygodnie wcześniej razem z moją grupa wiekową byłem na turnieju eliminacyjnym do mistrzostw Europy U-19 w Izraelu. Miałem za sobą także sezon ligowy. Myślałem, że trener wszystko zrozumiał, bo rozstaliśmy się w dobrych stosunkach. Dwa dni później otworzyłem jednak gazetę i okazało się, że jestem gówniarzem, który odmówił gry na mundialu.


To prawda, że trener Globisz dowołał cię w trybie awaryjnym przed północą w przeddzień wyjazdu?
- Rzeczywiście tak było, co już jest dla mnie niezrozumiałe. Później trener powiedział w jednym z wywiadów, że i tak bym nie grał w pierwszym składzie. Taką wypowiedzią sam sobie strzela samobója.


W podobnej sytuacji jak ty był Dawid Janczyk. On jednak pojechał na mundial i po dobrym występie w Kanadzie przeniósł się do CSKA Moskwa. Nie żałujesz, że nie jesteś na jego miejscu?
- Absolutnie nie i nadal podtrzymuję moją decyzję. Tak postąpiłem i tyle.


Tylko czy ta decyzja nie zamknie ci drogi do reprezentacji?
- Mam nadzieję, że nie będzie tak źle. Są jeszcze drużyny młodzieżowe i ze spokojem oczekuje na powołania.


A pierwsza reprezentacja?
- A niby dlaczego miałbym rezygnować z gry w reprezentacji? Trzeba sobie stawiać wysokie cele.


Jeden cel to reprezentacja. A inne cele?
- Czas pokaże. Mając 10 lat marzyłem o grze w pierwszej lidze. Tak samo dziś mogę marzyć o występach w Lidze Mistrzów w zagranicznym klubie. Nie wiadomo jednak czy te marzenie się spełni, bo nie wiadomo, gdzie będę za dwa lata.


Może w Legii. Kontrakt masz ważny aż do 2012 roku. To najdłuższa umowa. Aż tak cię cenią działacze?
- Nie wiem. Może rzeczywiście tak jest.


Rozmawiał Tomek Janus

Podaj ten news dalej: