Krzysztof Król, obrońca Realu Madryt B i młodzieżowej reprezentacji Polski, jest szcześliwy, że udało mu się wyrwać z polskiego piekiełka, w którym roi się od nieuczciwych menedżerów i pijanych działaczy. Swego czasu miał oferty z Wisły i Legii. Jak sam przyznaje do stolicy nie przeprowadził się ze względu na... Jacka Zielińskiego. Obecnie bardzo chętnie zagrałby w Legii prowadzonej przez Jana Urbana.
Król: Jeżeli wrócić to tylko do Legii
Ma pan zaledwie 20 lat. Nie czuł pana żalu tak szybko wyjeżdżając z ojczyzny?
- Proszę nie żartować. Kiedy zobaczyłem jak wygląda jeden z najlepszych klubów na świecie, zacząłem żałować, że nie wyjechałem pięć lat wcześniej. W Polsce nie widziałem dla siebie żadnej przyszłości. Innym naszym zawodnikom doradzam to samo - jeśli tylko mogą, niech wyjeżdżają za granicę!
Ale wielu pana kolegów dałoby się pokroić, żeby grać w Legii lub Wiśle. Pan odrzucił oferty obydwu klubów. Nie było chwili zawahania?
- Dyrektor sportowy Wisły Jacek Bednarz dzwonił do mnie po 20 razy dziennie. Chciał podpisać ze mną kontrakt na pięć lat. Powiedziałem mu: dasz pół miliona euro rocznie i dobry samochód, to podpiszę. Usłyszałem, że takich pieniędzy nie wydadzą i rozmowy szybko się skończyły. Z kolei, kiedy w Legii trenerem był Jacek Zieliński, nie chciałem zostać w stolicy. Ten szkoleniowiec po prostu nic nie wnosił do drużyny. Legia to moja ulubiona drużyna w Polsce i w obecnej, prowadzonej przez Jana Urbana, chętnie bym zagrał.