Reprezentacja gra mecz eliminacyjny w Warszawie. Na trybunach będzie komplet widzów. Aż chciałoby się zagrać na stadionie Legii, w której występowałeś.
Łukasz Fabiański: Na pewno bardzo przyjemnie było wystąpić przeciw Kazachstanowi, ale mam świadomość, że najbliżej wyjściowej jedenastki jest zdecydowanie Artur Boruc. Natomiast ja się cieszę, że jestem w kadrze, bo to bardzo duży zaszczyt i wyróżnienie. Nie pozostaje mi nic innego jak walka, żeby w przyszłości zakładać reprezentacyjną bluzę z numerem 1. Z kolei do tego niezbędne są regularne występy w klubie, a na dzień dzisiejszy nie jest mi to dane.
Nie przyjmujesz postawy jak Tomasz Kuszczak, który otwarcie mówi, że chce być pierwszym bramkarzem reprezentacji.
Owszem, też mam takie ambicje, ale muszę mieć mocny argument w ręku w postaci regularnych występów w swoim zespole, czy co tydzień, czy co trzy dni, jak to się gra w lidze angielskiej. Fakt, że Tomek zastępuje Edwina van der Saara, ale na jego korzyść przemawia fakt, że z powodu kontuzji Holendra, zaczął bronić w Manchesterze. Jednak ja się nie martwię, bo widzę po sobie, że czuję się dobrze na treningach i z optymizmem patrzę w przyszłość.
Wychodzi na to, że jesteś trzecim bramkarzem w kadrze Leo Beenhakkera. Podobnie sytuacja przedstawia się w Arsenalu, gdzie z miejsca miałeś być zastępcą Jensa Lehmanna, a gdy przyszło co do czego, to między słupki powędrował Manuel Almunia. Nie irytuje Cię ta sytuacja?
Jeżeli chodzi o Arsenal, to nikt nie użył w stosunku do mnie określenia, że jestem tam tylko trzecim bramkarzem. W Anglii wykorzystuję bardzo dobrze swój czas i wiem, że sztab trenerski jest zadowolony z mojej postawy oraz z pracy jaką wykonuję. Sam fakt, że miałem okazję zadebiutować przeciw Newcastle United w Carling Cup, świadczy o tym, iż trener wiąże ze mną nadzieje na przyszłość. Mam nadzieję, że ta przyszłość nie będzie zbyt odległa.
Byłeś zaskoczony kiedy Arsene Wenger zakomunikował, że wystąpisz w tym spotkaniu? Podbudowało Cię to w pewien sposób? Dodało Ci pewności siebie?
Czy dało mi pewność? Nie. Byłem na to przygotowany, że przyjdzie czas spotkań w Pucharze Ligi i jest duża szansa na to, żebym zaprezentował swe umiejętności. Wiadomo, że do momentu ogłoszenia wyjściowej jedenastki nie można być niczego pewnym, ale już na dwa dni przed tą potyczką boss powiedział mi, że mam być gotowy.
Przed wyjazdem do Londynu mówiłeś, że Twoim celem jest chęć pokazania się z jak najlepszej strony, że będzie to okres ciężkiej pracy. Czy mając za sobą trzy miesiące pobytu w Arsenalu Twoje założenia znacznie uległy zmianie?
Nastawienie z jakim tam pojechałem, z tego co widzę i słyszę na swój temat, zdało egzamin w 100 procentach. Nie mam zamiaru się zmieniać. Nadal będę na treningach ciężko pracował, bo to nie zostaje niezauważone przez sztab szkoleniowy, który daje mi odczuć, że to co robię, nie jest pracą syzyfową. Czuję się tam potrzebny.
W Anglii młodzi piłkarze, którzy mają zadatki na dobrych graczy, a nie mieszczą się jeszcze w składzie często są wypożyczani do innych klubów. Nie obawiasz się, że mimo ciężkiej pracy przyjdzie moment, że będziesz musiał zmienić barwy?
To wszystko zależy od możliwości grania. Nie można sobie pozwolić na to, żeby siedzieć kilka sezonów na ławce, skoro człowiek ma ambicje. Jeżeli jestem zawodnikiem Arsenalu i jest to moja pierwsza styczność z tym klubem, to najpierw chcę pobyć w tym zespole, zapoznać się z nim, poznać jak to wszystko funkcjonuje. Bezpośrednio do mnie nikt się nie zgłaszał, ale wiem, że do klubu wpłynęło osiem lub dziewięć propozycji wypożyczenia mnie do innego zespołu. Jednak Arsene Wenger powiedział stanowcze nie. A jak będzie później? Zobaczymy co życie przyniesie, ale na dzień dzisiejszy będę starał sie walczyć o jak najlepszą pozycję w Londynie.
Jest to dla Ciebie i dla Twoich kolegów niespodzianka, że tak dobrze rozpoczęliście sezon?
Może być to zaskoczeniem dla tych, którzy nie śledzili naszych przygotowań do sezonu. Owszem, wyniki już wtedy osiągaliśmy dobre, ale trzeba było spojrzeć również przez pryzmat jak graliśmy w piłkę. Osobiście byłem pod ogromnym wrażeniem i optymistycznie podchodziłem do pierwszych ligowych pojedynków.
Wygląda na to, że brak Thierry'ego Henry wyszedł zespołowi na dobre. Teraz pierwsze skrzypce gra Cesc Fabregas, dużo dobrej roboty robi również Robin van Persie. Gra Arsenalu jest bardziej oparta na drużynie, a nie na jednostce jaką był Henry.
Fakt, że nie byłem jeszcze graczem „Kanonierów”, kiedy w ataku grał wspomniany Francuz, ale z tego co wiem, to jest duża różnica pomiędzy obecnym zespołem, a tym, w którym grał Henry. Owszem, Cesc jest niemal pierwszoplanową postacią, ale to nie od niego wszystko zależy. Role w drużynie są rozpisane na każdego z nas. Na boisku stanowimy zespół. Wcześniej sporo było uzależnione od Thierry'ego. Kiedy drużynie nie szło, to wszyscy grali na niego, żeby pociągnął za sobą drużynę. Teraz siła Arsenalu jest bardziej rozłożona.
Czy Legia i Arsenal mają choćby jedną cechę wspólną? Czy funkcjonowanie obu tych klubów jest pod choćby pewnym względem na podobnym poziomie?
Legia i Arsenal jak na swoje warunki są jednymi z największych klubów w swoich ligach. Zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Wiadomo, że w Londynie krążą większe pieniądze począwszy od najdrobniejszych szczegółów, po ośrodek treningowy, a skończywszy na samych zawodnikach. Legia chce mieć jak najlepszych graczy jak na polskie warunki, a Arsenal dąży do pozyskiwania utalentowanych piłkarzy w odniesieniu nie tylko do Europy, ale i całego świata. To są porównania, ale zupełnie na innym poziomie.
Idąc dalej. W Polsce byłeś pod opieką Jacka Zielińskiego, Dariusza Wdowczyka, w reprezentacji był Paweł Janas, a i w dalszej przeszłości od niejednego trenera pobierałeś nauki. Znacznie różni się podejście do zawodu, filozofia futbolu, mentalność i rodzima myśl szkoleniowa w porównaniu do tego co jest obecnie w kadrze biało-czerwonych lub w Anglii?
Jeżeli chodzi o naszych trenerów, to nie chciałbym zbytnio rozwijać tematu. Natomiast Leo czy też Arsene, to są to dwie wyraziste osobowości z niebywałą charyzmą. Wenger jest postacią przespokojną. Nie słyszałem do tej pory, żeby na kogokolwiek podniósł głos. To chodząca oaza spokoju. Po meczu tylko się uśmiecha, wiadomo, że tylko po wygranym (śmiech). Może nie jest zbyt ekspresyjny, ale radość po zwycięstwie naprawdę bije od niego. Co do aspektów czysto piłkarskich, to ciągle powtarza, że bez względu na przeciwnika, wynik, sytuację na murawie, konsekwentnie grać swoje i realizować jego założenia przed spotkaniem. Kocha futbol ofensywny z dużą wymianą podań między zawodnikami, przetrzymanie piłki. A jak popełnisz błąd, to nie usłyszysz bury od trenera, bo on zdaje sobie sprawę, że każdy popełnia błędy i nie będzie miał do Ciebie pretensji, że coś chciałeś zrobić dobrze, a nie wyszło. Natomiast w Polsce zupełnie inaczej to wygląda.
Jeszcze nie tak dawno w Legii byliśmy świadkami podziałów, tworzenia grupek na obcokrajowców, starszych, młodszych i Bóg wie kogo jeszcze. Szatnia „Kanonierów” znacznie różni się pod tym względem?
Przede wszystkim czujemy się jak jedna wielka rodzina. Niby jest to angielski klub, a tylko Theo Walcott i Justin Hoyte są przedstawicielami Wysp Albionu, a cała reszta to istna grupa międzynarodowa. Jest spora część piłkarzy mówiących po francusku, ale nie oznacza to, że oni trzymają się tylko razem. Wszyscy są otwarci, pozytywnie nastawieni, nie ma problemu, żeby zamienić z kimś słowo.
Jak na razie wszystko przemawia na korzyść Arsenalu, ale nie powiesz, że fani „Kanonierów” biją na głowę legionistów pod względem tworzenia atmosfery na trybunach?
Na Emirates Stadium jest jeden mały sektor, w którym kibice cały czas śpiewają. Aczkolwiek określenia „młyn” bym tu nie użył, bo to za duże słowo. Kwestia jest teraz tylko czy pozostała część stadionu to podłapie, czy też nie. W Londynie nie ma długich przyśpiewek w stylu „Czarna eLka w kółeczku się mieni...”, czy też „Dziś zgodnym rytmem biją nam...”. Charakterystyczne dla tamtejszych kibiców jest skandowanie nazwy zespołu lub też tworzenie przyśpiewek dotyczących poszczególnych piłkarzy oraz trenera. Jednak trzeba przyznać, że jak cały stadion „załapie”, to robi to wrażenie. Oczywiście nie brakuje momentów totalnej ciszy, jak choćby w momencie kiedy debiutowałem. Na trybunach zasiadło 60 tysięcy widzów i momentami była cisza jak makiem zasiał.
To jedyne różnice między kibicami?
W Anglii nie ma chyba człowieka, który nie interesowałby się piłką nożną i nie miał jakiejkolwiek przynależności klubowej. Z kim nie rozmawiasz, to każdy jest fanem danego zespołu. W Anglii nie ma takiego kontaktu z kibicami jak w Polsce. Z fanami możemy się zobaczyć jedynie przy okazji meczów, kiedy oni siedzą na trybunach, a my gramy na boisku. To wszystko. W Legii miałem lepszy kontakt z kibicami niż obecnie w Londynie. Zresztą mam wrażenie, że tam te środowisko nie jest aż tak rozwinięte jak ma to miejsce w Polsce. Jest różnica, inny poziom. Jak szef scoutingu z Arsenalu był na meczach Legii, żeby mnie oglądać, to był pod wielkim wrażeniem warszawskich fanów, a szczególnie „Starucha”, który ma niestety zakaz stadionowy.
Wiem, że śledzisz wydarzenia na Łazienkowskiej. Nie obcy powinien być Ci temat konfliktu linii klub – kibice.
Cały czas jestem w kontakcie z kibicami. Dochodzą do mnie również wieści od piłkarzy. Mam na to pogląd z dwóch różnych perspektyw. Aczkolwiek z tego co wiem, to do tego jest bardzo długa droga. Jestem za tym, żeby na Łazienkowskiej znów zagościła atmosfera do jakiej wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni.
Na trybunach stadionu Wojska Polskiego dzieje się nie najlepiej, ale za to na murawie bardzo dobrze spisują się podopieczni Jana Urbana. Zaskoczony?
W Legii nastąpiła dość spora wymiana zawodników. Przyszedł nowy trener, poukładał to według własnego uznania i zdało to egzamin. Jak tylko mogę, to staram się oglądać poczynania kolegów i przyznam, że ich gra prezentuje się naprawdę dobrze. Chociażby w potyczce z Lechem, którą miałem ostatnio okazję widzieć. Fakt, że można przyczepić się do skuteczności, ale sama gra piłką bardzo mi się podobała. Zatrudnienie Jana Urbana może i było ryzykowne, ale dopóki czegoś nie spróbujemy, to się nie dowiemy. W tym przypadku trener swoimi wynikami dał odpowiedź na wszelkie wątpliwości co do jego umiejętności.
Przez dwa lata rywalizowałeś z Janem Muchą o rolę pierwszego bramkarza Legii. Teraz nadszedł czas Słowaka i z miejsca wyśrubował niezły rekord.
Wiedziałem, że Jasiu sobie poradzi. Miałem z nim dwa ciężkie lata rywalizacji i wiem doskonale na co go stać. Z racji tego, że dobro Legii leży mi na sercu, nie obawiałem się, że mój następca sobie nie poradzi. Byłem święcie przekonany, że będzie się solidnie spisywał i niezmiernie się cieszę, że tak dobrze mu idzie, jak i całej drużynie.
Stwierdziłeś, że bardzo stęskniłeś się za Warszawą. Aż tak źle jest w Londynie?
Tak na dobrą sprawę to nie mieszkam w Londynie, a jedynie na jego obrzeżach, więc to miasto w jakiś sposób na mnie nie oddziałuje. Warszawa jest bardzo sympatycznym miastem. Spędziłem tu dwa i pół roku i przeżyłem wspaniałe chwile. Poznałem wielu nietuzinkowych ludzi i sądzę, że to było moją tęsknotą. Poza tym to jest moja pierwsza wizyta w kraju po trzech miesiącach i od razu w stolicy, co sprawia mi wielką radość.
Niestety nie nacieszysz się długo pobytem w Warszawie. Gracie mecz z Kazachstanem, później z Węgrami w Łodzi i powrót do Anglii. Kiedy będzie okazja do dłuższej wizyty w stolicy?
Za miesiąc gramy z Belgią, ale to w Chorzowie, a kolejne spotkanie reprezentacji jest na wyjeździe, więc nie wiem czy będzie szansa na odwiedziny. Chciałbym zawitać na mecz Legii, ale w Anglii jest terminarz bardzo napięty i piłkarze mają mało czasu dla siebie, nie mówiąc już o podróżach.
Rozmawiali Fumen i Paweł Chrząszcz (WP)


