Powoli milkną echa niedzielnego meczu z Niemcami i uwaga zainteresowanych przenosi się na spotkanie z Austrią. Warto na moment jednak wrócić do nieszczęsnej porażki, by spróbować wyciągnąć wnioski. Trener i część piłkarzy, a za nimi niektórzy dziennikarze, odtrąbili, że biało – czerwoni rozegrali przyzwoite zawody i są powody do optymizmu. Rzeczywiście, oglądając grę Polaków można było odnieść wrażenie, że nie jest tak źle, jak choćby dwa lata temu. Pojawia się pytanie, czy owa dostateczna ocena występu zespołu, to zasługa naszych piłkarzy i trenera?
Mecz za nami, mecz przed nami
Przyglądając się wnikliwie w przebieg gry widać pewną prawidłowość. Niemcy atakowali z pasją przez pierwsze 20 minut i osiągnęli swój cel – wyszli na prowadzenie. W tym czasie pozwolili naszym na stworzenie jednej, świetnej okazji, ale strzał Jacka Krzynówka lepiej przemilczeć. Lukas Podolski i spółka grali pomysłowo, zaskakiwali naszych niekonwencjonalnymi rozwiązaniami w ofensywie.
Gdy wyszli na prowadzenie, nieco spuścili z tonu, a do głosu, od czasu do czasu, zaczęli dochodzić Polacy. I znów stworzyli sytuację strzelecką. Tym razem zawiódł Maciej Żurawski. Podopieczni Joachima Loewa tymczasem ograniczali się do kontrataków, nie dopuszczając naszych nawet w obręb własnego pola karnego. Biało – czerwoni przez cały mecz nie wykonali żadnego rzutu wolnego z odległości 20 – 30 metrów od bramki Jensa Lehmana, z którego można byłoby bezpośrednio uderzyć! Trzecia drużyna świata spokojnie kontrolowała grę i, niestety, nie miała szczególnych powodów do nerwów. Niemcy cierpliwie czyhali okazji na dobry kontratak i w drugiej połowie z zimną krwią wykorzystali gapiostwo Pawła Golańskiego.
Po golu na 0:2, nasze orły poddały się i zupełnie zaniechały walki. Przy jedno bramkowej stracie była jeszcze nadzieja, zespół walczył na miarę swych skromnych możliwości. Zabrakło jednak przebłysku liderów. Zawiedli wszyscy ci, którzy mieli ciągnąć ten wózek: Żurawski, Krzynówek i Euzebiusz Smolarek. Ponownie okazało się, że w najważniejszych turniejach nie można na nich liczyć. Polski atak nie istniał. Smolarek był wolny i najwyraźniej spięty. Żurawski zagrał jak zawsze na takich imprezach, czyli ze strachem w oczach. A Krzynówek tracił niemal każdą piłkę, nawet nie atakowany. Za to, z jak najlepszej strony pokazał się legionista – Roger Guerreiro. Naturalizowany Brazylijczyk dał bardzo dobrą zmianę. Radził sobie z Niemcami, nie bał się podejmować ryzyka i nie odstawiał nogi. Irytował też tym samym, co znamy z Legii, czyli brakiem gry prawą nogą i szukaniem na siłę lepszej – lewej. Mimo to, możemy być praktycznie pewni, że wystąpi z meczu z Austrią i zagra bardzo dobrze. Pochwalić też wypada Wojciecha Łobodzińskiego (zwanego Filipem przez Dariusza Szpakowskiego), który, po długim okresie piłkarskiego marazmu, zagrał odważnie i udanie radził sobie na prawym skrzydle. Z kolei Mariusz Lewandowski i Dariusz Dudka nie dali stłamsić się Michaelowi Ballackowi i Torstenowi Fringsowi w środku pomocy. Ta para to, oprócz świetnego Artura Boruca, obecnie nasz największy atut.
Niestety, martwi postawa linii obrony. Już mecze kontrolne z USA, z Albanią czy Danią obnażyły słabość tej formacji. Przeciwnicy zbyt często swobodnie poczynali sobie w naszym polu karnym i jego okolicy. Za Niemcami natomiast nie nadążał, leciwy już, Jacek Bąk, a przy obu golach zawinili boczni – Marcin Wasilewski i wspomniany Golański. Ciekawostką jest, że trener Leo Beenhakker przyznał na konferencji prasowej, że drużyna miała nie zastawiać pułapek ofsajdowych. Przy szybkich, świetnych taktycznie i sprytnych napastnikach rywali nie miało to racji bytu. Mimo to, parokrotnie byliśmy świadkami prób łapania Niemców „na spalonego”. Zazwyczaj były to nieporadne podejścia, a ich efektem były dwie sytuacje dla przeciwników już w pierwszych 20 minutach. Jedną wykorzystali…
Po meczu otwarcia, zgodnie z przewidywaniami kibicowskiego żartu, przed nami mecz o wszystko. Austria to zupełnie inna półka i niewątpliwie jest to ekipa do ogrania. Ich atutem jest przede wszystkim siła fizyczna. Mają wysokich i dobrze zbudowanych piłkarzy. Podobnie jak my, po porażce z Chorwacją, są pod ścianą i zagrają o zwycięstwo. A, że potrafią, pokazali w drugiej połowie niedzielnego meczu. Niepodzielnie dominowali na boisku, spychając słabo przygotowanych fizycznie Chorwatów do głębokiej defensywy. Inna sprawa, że Austriacki atak nie prezentował się zbyt okazale i z ich przewagi nic nie wynikło.
Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, trener szykuje zmiany w kadrze. Podobno do ataku szykowany jest Marek Saganowski. Ma on wygrać walkę z rosłymi rywalami i stwarzać miejsce dla zawodników wchodzących z głębi pola. Wydaje się, że niezbędna jest jeszcze jedna zmiana. Bardziej odważnie muszą zagrać boczni obrońcy. Na lewej stronie tej roli mógłby sprostać Kuba Wawrzyniak, który jest jedynym nominalnym zawodnikiem na tę pozycję. Oczywiście, można się spierać czy na Euro pojechali wszyscy najlepsi, ale poczekajmy. Miejmy nadzieję, że wyniki dwóch najbliższych meczów pozwolą wygłosić formułę: zwycięzców się nie sądzi.
Wydaje się, że powinno być dobrze. Piłkarze wiedzą, o co grają i na pewno nie zlekceważą gospodarzy. Wprawdzie w XXI wieku, po porażkach 0:2 w pierwszych meczach, reprezentacja odpadała z turniejów, ale wówczas mecze o wszystko grała z najsilniejszymi rywalami. Teraz terminarz ułożył się inaczej i tak naprawdę wszystko jeszcze przed nami. Oczywiście, martwi porażka z Niemcami i forma liderów, ale ten zespół stać na więcej. Jeśli zagramy tak, jak planuje holenderski szkoleniowiec, nie pomogą im nawet ściany.
Więcej aktualności o reprezentacji i Euro 2008 znajdziecie na "Biało-czerwonej Legia LIVE!"