-Rusza druga rudna Ligi Mistrzów. I już na początek Pana drużyna podejmuje na Anfield Road Barcelonę. W swoim czasie Katalończycy interesowali się Panem. Jest okazja udowodnić, że źle zrobili, stawiając na Argentyńczyka Bonano.
Jerzy Dudek: Ja nie muszę nikomu niczego udowadniać. Gram w świetnym klubie i nie mam prawa narzekać na los. Jeśli już, to będę chciał raczej odwdzięczyć się władzom Liverpoolu za to, że postawiły na mnie. O moim transferze do Barcelony dużo się pisało, ale do żadnych konkretnych rozmów nie doszło. Przynajmniej ja o tym nie wiem. Dla mnie spotkanie z Katalończykami to nie żaden rewanż, ale przede wszystkim kolejny bardzo ważny mecz w Lidze Mistrzów, który Liverpool będzie grał u siebie i powinien wygrać.
-Gwiazdy Barcelony to napastnicy Rivaldo, Kluivert, Saviola. Może Pan mieć sporo pracy.
- Brazylijczyk to bez wątpienia najlepszy obecnie piłkarz na świecie. Problem z nim taki, że musi być w dobrej formie i w humorze, inaczej gra Barcelony się nie klei. Od niego uzależnieni są i Kluivert, i Saviola. Ale jeżeli ta trójka ma dużo miejsca i swobody na boisku, cały zespół staje się niezwykle groźny. W ogóle uważam, że także Kluivert i Saviola należą do najlepszych na świecie na swoich pozycjach. Dzięki nim Barcelona to jedna z najlepszych drużyn Europy.
-Czy to, że w ubiegłym sezonie Liverpool pokonał Barcelonę w drodze po Puchar UEFA, znaczy, że teraz jest faworytem?
- Nie sądzę. Co innego rozgrywki grupowe, a co innego dwumecz, którego zwycięzca przechodzi dalej.
-Liverpool trafił do wyjątkowo ciężkiej grupy...
- To prawda - zdecydowanie najcięższej ze wszystkich. Na pewno będzie dla nas wielkim sukcesem, jeśli z niej awansujemy. Wiadomo, że i AS Roma, i Galatasaray to zespoły, które ciężko pokonać na wyjeździe. Żeby awansować, trzeba więc będzie zagrać na najwyższym poziomie we wszystkich sześciu meczach. Ale Liverpool bez wątpienia stać na to, żeby walczyć i wygrywać z najlepszymi.
-W lidze angielskiej też idzie wam świetnie. Wykorzystując potknięcie Leeds, Liverpool awansował na pierwsze miejsce w tabeli. Jak Pan się czuje jako pierwszy w historii polski lider Premier League?
- To wspaniałe uczucie. Oby trwało jak najdłużej, najlepiej do samego końca. Już przed sobotnim meczem z Blackburn rozmawialiśmy z chłopakami, że jest szansa wdrapać się na pierwsze miejsce. Zremisowaliśmy wprawdzie, Arsenal również i razem z zawodnikami z Londynu trzymaliśmy w niedzielę kciuki za Sunderland. Szczęście znów uśmiechnęło się do nas - Leeds przegrało 0-2. Był to dla nas prawdziwy zastrzyk euforii, dla naszych kibiców również. Wiadomo, że oczekiwania są przeogromne, zwłaszcza że Liverpool zdobył ostatnio pięć tytułów. Awans na pozycję lidera to kolejny symboliczny krok po pokonaniu Manchesteru United. Ale ja na razie nie chcę wybiegać w przyszłość, robić sobie nadziei na więcej. Przełomowe dla mistrzowskiego tytułu będą mecze w grudniu i styczniu. Po prostu trzeba będzie utrzymać tę formę.
-Ale Pańscy koledzy, np. Danny Murphy, już zaczęli odważnie mówić o zdetronizowaniu "Czerwonych Diabłów"...
- Do rozstrzygnięć zostało jeszcze wiele czasu i wiele spotkań. Liverpool na pewno będzie się liczył w walce o tytuł, ale oprócz nas równe szanse ma i Leeds, i Arsenal, i MU. U bukmacherów i innych fachowców wciąż kandydatem numer jeden są "Czerwone Diabły". Oni zdobywali ostatnio mistrzostwo Anglii tyle razy i mają tyle doświadczenia, że trudno się dziwić. Choć myślę, że cała Anglia jest już znużona tym monopolem. Ale jak mówiłem, do końca sezonu daleko, a to jest taka zacięta liga, że w każdej kolejce ostatnia drużyna tabeli może pokonać pierwszą. Tu nigdy nic nie wiadomo z góry i w każdym meczu trzeba dawać z siebie wszystko, żeby osiągnąć sukces.
-Od kiedy Wasz menedżer Gerard Houllier doznał ataku serca i przeszedł operację, jeszcze nie przegraliście spotkania...
- To prawda, że na każdy mecz mobilizujemy się dodatkowo. Choć nie widzimy go na co dzień, choć odprawy prowadzą jego asystenci, w każdym meczu gramy dla niego. No i najwyraźniej nasza gra mu nie zaszkodziła. Właśnie odbył pierwsze spotkanie z nami od operacji. Przyjechał na trening i muszę przyznać, że wyglądał świetnie. Nie było po nim widać śladu kłopotów, które przeszedł. Powiedział nam, że na razie zamierza być ostrożny i nie będzie się za bardzo angażował w pracę klubu, ale - jak mówią lekarze - jeśli wszystko pójdzie dobrze, wróci do codziennej pracy tuż po świętach.
-Nie chciał Pan wcześniej komentować tego, że trener Jerzy Engel nie powołał Pana na mecz z Kamerunem...
- Ale tylko dlatego, że dziennikarz z Polski spotkał mnie na ulicy i nie chciałem w tamtym momencie komentować niczego. Nie jestem na nikogo obrażony. Uzgodniłem z trenerem Engelem, że da mi w tym meczu odpocząć od kadry, bo też miałem w sobotę ważne spotkanie w Premier League. A trener chciał sprawdzić innych chłopaków.
-Do reprezentacji wrócił Adam Matysek. Po meczu w Oslo, gdzie obaj mieliście podobny status w dwóch silnych europejskich klubach, Wasze kariery potoczyły się w zupełnie przeciwnych kierunkach. Pan trafił do nieba, on do piekła...
- Bez przesady z tym niebem i piekłem. Moja kariera po prostu rozwija się do przodu i cieszę się z tego bardzo. Nie robię niczego na siłę, nikt mi niczego nie dyktuje, biorę to, co los mi daje, ale czy to niebo? Ja świetnie czułem się już w Feyenoordzie. Adam rzeczywiście miał paskudną kontuzję, która ciągnęła się bardzo długo. Całe szczęście, że już się skończyła. Życzę mu, żeby jak najszybciej wrócił do dawnej formy, bo stać go na bardzo dużo.
Rozmawiał Michał Pol
Wywiad
To nie jest rewanż
wtorek, 20 listopada 2001 11:01
Jerzy Dudekźródło: Gazeta Wyborcza