- Jak się pan czuje na Cyprze - podczas kolejnego zgrupowania kadry?
Emmanuel Olisadebe: Cieszę się, że znowu jestem z kolegami z drużyny narodowej. To naprawdę przyjemne znaleźć się wśród znajomych twarzy, z którymi wspólnie wywalczyliśmy awans.
- Kibiców w Polsce interesuje pańska sytuacja w Panathinaikosie Ateny - czy mógłby pan ją przybliżyć?
- Zdarzają się wzloty i upadki, jak to w życiu. Gram w większości meczów - w części w pierwszej jedenastce, w części jako zmiennik. Szczerze mówiąc, nie wiem jakie plany ma w stosunku do mnie trener Markarian. Mam nadzieję, że wiąże ze mną określone nadzieje. Wcześniej musiałem występować na skrzydłach - na prawej, albo częściej na lewej stronie. Teraz mam występować na mojej ulubionej pozycji, a więc "na szpicy".
- Ile meczów zagrał pan jako wysunięty napastnik?
- Hm, jeśli miałbym się dobrze zastanowić.... W poprzednim sezonie ani razu nie grałem jako środkowy napastnik. Zawsze byłem delegowany na boku linii ataku, albo nawet w pomocy. Pod wodzą nowego trenera dotychczas byłem wysuniętym napastnikiem - w trzech czy czterech meczach.
- Jakie są różnice między poprzednim szkoleniowcem, Kirastasem, a obecnym, Markarianem?
- Sądzę, że to dwie odmienne osobowości. Nasze obecne treningi znacznie różnią się od tych wcześniejszych. Obecne zajęcia są bardzo intensywne. Markarian dużą wagę poświęca sprawom medycznym - przechodziliśmy między innymi dokładne badania serca. Każdy trener ma swój pomysł na grę.
- Jak traktuje pan występy w linii pomocy? Czy grę na lewej stronie środkowej formacji traktuje pan jak karę?
- Taka, a nie inna pozycja ma dla mnie znaczenie. Jestem napastnikiem - cała moja dotychczasowa kariera to gra w ataku. Również w Polsce stale występowałem jako wysunięty napastnik. Nie znaczy to, iż nie mogę wystąpić na prawej stronie ataku - to zależy od zadań, jakie przydzieli mi trener. Jest okey, jeśli szkoleniowiec powie, iż dwadzieścia procent energii mam wkładać w defensywę, a resztę przeznaczyć na akcje zaczepne. Co innego, jak trener mówi - daj z siebie tyle samo w ataku, co i w obronie. Wtedy mogę powiedzieć, że jest to dla mnie kara, że to bardzo trudne...
- W tym sezonie dla Panathinaikosu strzelił pan dwa gole w Lidze Mistrzów i siedem bramek w greckiej ekstraklasie - czy ten dorobek satysfakcjonuje?
- Jestem rozczarowany - myślę, że mogłem strzelić tych bramek więcej. Szczególnie pamiętam kilka sytuacji, których nie wykorzystałem w Lidze Mistrzów. Mogłem mieć więcej bramek również w lidze greckiej. Cóż - pracuję nad skutecznością. Mam nadzieję, że będzie lepiej.
- Mówi się, że w Panathinaikosie woli pan grać z Vlaovicem, niż z Konstantinou.
- To z kim występuję, nie zależy ode mnie. Na początku sezonu trener Kirastas powiedział, że ja i Konstantinou nie możemy występować razem. To trener bierze odpowiedzialność za wyniki - jest autorem sukcesu albo staje się ojcem porażki... Ja jestem od grania, naprawdę nie wiem, dlaczego nie mógłbym występować z Konstantinou.
- W drużynie narodowej chyba najlepiej rozumie się pan z Kryszałowiczem. Czy w Panathinaikosie takim piłkarzem jest Vlaović?
- Dla mnie nie jest ważne z kim gram, ważne, żebym grał swoje. Czasami wychodzi znakomicie, czasami trochę gorzej. Odnoszę wrażenie, że moimi atutami są szybkość i instynkt w polu karnym. Vlaović jest bardziej wszechstronny ode mnie - lubi schodzić na boki. Wydaje się, że Konstantinou bardziej przypomina mnie - woli mieć przed sobą piłkę i szarżować w pole karne.
- Czy mistrzostwo Grecji jest realne?
- Tak, chociaż w ostatnich meczach, nie grając najlepiej, mieliśmy sporo szczęścia, strzelając decydujące bramki w ostatnich minutach. Wcześniej mieliśmy nawet dwanaście punktów straty.
- Panathinaikos stać na awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów?
- To jest możliwe, chociaż grupa z Realem Madryt, FC Porto i Spartą Praga jest naprawdę ciężka.
- Zimą do Panathinaikosu trafił Robert Jarni - wreszcie będzie w kadrze typowy lewy pomocnik, co z pewnością pana ucieszyło.
- Nowy trener ma nową wizję gry i zdecydował się na wypożyczenie Jarniego. Chorwat jest szybki i bardzo dobrze dośrodkowuje. Jestem przekonany, że może nam pomóc.
- Jak ocenia pan występ Nigerii w Pucharze Narodów Afryki?
- Jestem trochę rozczarowany. Nigeria jest jedną z najlepszych, o ile nie najlepszą reprezentacją w Afryce. Jednak podczas turnieju w Mali nie pokazała swoich walorów.
- Czy to nie problem mentalności - czasami odnosi się wrażenie, że Nigeryjczycy na boisku są znudzeni futbolem?
- Znudzeni? Ha, ha... Nie sądzę! W piłce nożnej nic nie jest stałe. Kilka lat temu wszyscy zachwycali się Nigerią, a słabsze dni miał Kamerun. Z kolei teraz na topie jest Kamerun. Z pewnością ostatni Puchar Narodów Afryki spowodował, że moi rodacy są mocno zawiedzeni - liczyli na dobry występ w kontynentalnych mistrzostwach. Teraz są mniejsze nadzieje na dobry występ w finałach mistrzostw świata.
- Ludzie w Polsce chcieliby wiedzieć, jak wygląda życie Olisadebe w Atenach.
- To ciepłe miejsce do życia. Samo miasto jest pełne życia. Wiele miejsc wypada zwiedzić. W Atenach czuję się szczęśliwy, podobnie jak moja żona Beata.
- Jak znajomość języka greckiego?
- Greckiego? Po grecku mówię gorzej niż po polsku. Tak naprawdę to nie uczę się po grecku. Może jeśli zostanę dłużej w Grecji, to przyłożę się do znajomości tego języka. W tej chwili nie mam jednak na to czasu.
- Wstydzi się pan mówić po polsku?
- Nie chodzi o wstyd - to tak, jakby Polak musiał się nauczyć japońskiego. Dla mnie język polski jest niesłychanie trudny. Czasami staram się rozmawiać z żoną po polsku, ale z kolei Beata chce płynnie mówić po angielsku. Więc przechodzimy na angielski - dla jej dobra. Mój polski i tak się poprawia, bo muszę rozmawiać z mamą Beaty. To motywujące, abyśmy mogli się porozumiewać bez problemów.
- Teściowa jest najważniejsza!
- Naprawdę chcę się nauczyć języka polskiego - właśnie dla teściowej. Zanim zacznę udzielać wywiadów po polsku, chciałbym dobrze poznać ten język.
- Jakie jest najtrudniejsze słowo?
- O, jest ich wiele. Próbuję powiedzieć "Brzedżyszczykiewicz", czy coś takiego.
- "Brzęczyszczykiewicz" - to z filmu "Jak rozpętałem II wojnę Światową".
- Uczę się tego słowa od roku... Jest niesłychanie trudne. Do żony zwracam się po polsku: "Moje słoneczko". Podoba mi się ten zwrot, tak jak i przypadł do gustu Beacie.
- Czy małżonka woli, gdy mówi pan do niej po polsku?
- Tak, ponieważ w języku polskim jest więcej emocji niż w angielskim.
- Jaki powinien być cel naszej drużyny narodowej?
- Celem jest pojechać na mistrzostwa świata i po każdym meczu móc powiedzieć, że graliśmy z honorem. Jeśli przegramy, to także honorowo. Byłoby oczywiście wspaniale, gdyby udało nam się awansować do fazy pucharowej. Teraz jesteśmy na fali, ale turniej jest zawsze wielką niewiadomą... Tak jak niewiadomą była postawa reprezentacji Polski przed eliminacjami.
- Mógłby pan zostać królem strzelców mistrzostw świata?
- Jeśli chcesz być najlepszym snajperem takiej imprezy, to musisz awansować do półfinału lub finału, a to będzie niezwykle trudne. Będę się cieszył z choćby jednej bramki w Korei, no, dwóch goli. Na początek najważniejsze, strzelić tę pierwszą bramkę.
- Czy odczuwa pan już presję związaną z turniejem finałowym. Kibice liczą na pańskie gole, po tym jak strzelił pan aż osiem bramek w drodze do Azji. Nie obawia się pan niemocy? Nie obawia się pan, że nie zdobędzie żadnego gola?
- Tak bywa w piłce - czasami takie sytuacje wywołują nawet uśmiech, ale dla samego zawodnika nie jest to zabawne. Czasami uzyskuje się gole z dziecinną łatwością. Czasami przychodzi mecz, w którym ma się mnóstwo sytuacji, a piłka nie chce wpaść do siatki. Jeśli chodzi o presję, to jestem pod taką samą presją, jak pozostali zawodnicy.
- Wydaje się, że lubi pan wielkie mecze, że rozróżnia pan spotkania o punkty i mecze towarzyskie. Trener Jerzy Engel był zawiedziony pańską postawą w spotkaniu z Kamerunem. Czy ma pan problem z motywacją w takich meczach?
- Nie, nie mam problemu z motywacją. Z Kamerunem zagrałem tylko czterdzieści pięć minut - czego można oczekiwać po tak krótkim czasie? W przerwie zostałem zmieniony, aby inni piłkarze mogli dostać swoją szansę. Może gdybym zagrał dłużej, to opinie o mojej grze byłby inne? Sam nie byłem zadowolony, kiedy w Poznaniu schodziłem do szatni na przerwę. Wiadomo, że człowiek nie zawsze gra na sto procent, czasami na pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, czasami na osiemdziesiąt.
- Myśli pan o zmianie klubu?
- Na razie nie chcę się wypowiadać na ten temat. Zobaczymy, co się zdarzy za pięć, sześć miesięcy. Może zostanę w Panathinaikosie, a może powędruję gdzieś indziej. Na razie nie wiem...
- Co to znaczy szczęście?
- Udane życie - żeby żona była szczęśliwa, cała rodzina. Żeby nie mieć problemów z zawodnikami, z trenerem, po prostu, żeby nie mieć z nikim problemów. Lubię iść rano na trening, nie mając żadnych problemów. Oczywiście, że w życiu ważne są finanse. Żyję z futbolu, więc muszę na to zwracać uwagę.
- Pochodzi Pan z dobrej nigeryjskiej rodziny - wcześniej marzył pan o studiach.
- Tak, a nie myślałem o zawodowej grze w piłce. Kiedy otworzyła się szansa, to po prostu podążyłem tą drogą. Jestem Polakiem, gram w reprezentacji - koncentruję się na futbolu.
- Czego pan sobie życzy?
- Powodzenia i to wszystko. Najważniejsze, aby nie było żadnych kontuzji. To co media piszą o moich urazach, to nie ma nic wspólnego z prawdą. Bo jeśli tak naprawdę popatrzymy na moje dolegliwości, to można się przekonać, że występuję nawet z kontuzjami. Nigdy nie zdarzyło się, abym nie miał kontuzji i nie grał. Natomiast zawsze, kiedy odczuwam ból, to mówię o tym. Piłka to nie golf, tutaj często zdarzają się urazy. Prasa wyolbrzymia moje kontuzje - od razu pojawiają się tytuły w gazetach: "Olisadebe znowu kontuzjowany". Tymczasem różne urazy, czy dolegliwości są normalną sprawą. W kadrze prawie na każdy mecz kogoś brakuje z powodu kontuzji. Przez ostatni rok nie miałem poważnego urazu. Tymczasem z moich kontuzji robi się sprawę i pisze: "Oli co cię boli"...
- Nie lubi pan dziennikarzy?
- Ależ skąd! Wiem, że robią to, co muszą. Dziennikarze i zawodnicy powinni współpracować. Niestety, większość ludzi szuka złych stron. Rozumiem, że to interesuje publiczność, że to sprawia, iż sprzedają się gazety. Ale z drugiej strony często różne informacje ranią osobę, której dotyczą. Jeśli naprawdę wybucha skandal, to nie ma sprawy. Jeśli jest to prawdą, to należy informować. Nie można jednak samemu tworzyć historii.
Rozmawiali Mateusz Borek i Roman Kołtoń