Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Warszawski matuzalem

piątek, 22 lutego 2002 12:06
Wojciech Królikźródło: Przegląd Sportowy

- Czy zamierza się pan ubiegać o wpis do Księgi Guinnessa?

Wojciech Królik: Nie snuję aż tak perspektywicznych planów. Gram, bo czuję się młodo i ciągle pozwala na to zdrowie. Klika lat temu nosiłem się z zamiarem zakończenia kariery. Grałem wówczas w trzecioligowym Piaście Cieszyn, moja żona zaś w pobliskim ROW-ie Rybnik. Tamtejszy klub występował wówczas w ekstraklasie. Niestety, sekcję rozwiązano i - po rodzinnej naradzie - postanowiliśmy wrócić do stolicy. Po powrocie skontaktowałem się z Legią. Wznowiłem treningi i... gram do dziś.


- Pański przepis na długowieczność?

- Przede wszystkim miałem dużo szczęścia, bo zawsze omijały mnie kontuzje. Wiele zawdzięczam także trenerom. Nie należę do wielkich chłopów, wszystkiego metr osiemdziesiąt sześć wzrostu. Szkoleniowcy odpowiednio dobierali mi metody treningów, nie pchali mnie bez potrzeby na siłownię.


- Dlaczego zdecydował się pan na koszykówkę?

- Urodziłem się w Warszawie, mieszkałem na Muranowie, kilkaset metrów od stadionu Polonii. Starsza o rok siostra trenowała tam kosza, była niezłą juniorką. Postanowiłem spróbować. Początki nie były łatwe, miałem już osiemnaście lat. To także jedna z przyczyn mojej długowieczności.


- Występował pan w reprezentacji Polski. Pamięta pan jakiś szczególny moment z tego okresu?

- Prawdziwy chrzest bojowy nastąpił podczas mistrzostw Europy w Rzymie przed jedenastu laty. Pierwszy mecz graliśmy z Bułgarami. Rzuciłem trzynaście punktów. W ostatniej sekundzie spotkania zdecydowałem się na rzut z własnej połowy. Ku mojej radości - piłka wpadła.


- Był pan kapitanem w reprezentacji, teraz przewodzi młodzieży w Legii. Najbardziej pożądane cechy u kapitana?

- Ciężka sprawa. Trzeba umieć łączyć kilka funkcji. To swoisty łącznik między resztą drużyny, trenerem i kierownictwem klubu. Kapitan powinien być dobrym politykiem, mieć autorytet. W Legii ta funkcja przypadła mi niemal z urzędu. Ze starego składu pozostałem właściwie tylko ja. Przyszła młodzież i... zostałem wybrany. Myślę, że jakoś się sprawdzam.


- Mówi pan - kapitan-łącznik. Czy kiedykolwiek znalazł się pan w takiej sytuacji, że musiał wybierać między interesem kierownictwa i kolegów z drużyny?

- Nie. Gdyby coś takiego się zdarzyło, zrezygnowałbym. Powiedzenie o wilku i owcach rzadko w życiu się sprawdza.


- Zamierza pan zostać trenerem?

- Ukończyłem AWF w Katowicach, oczywiście wydział trenerski. Mam zamiar pójść w ślady obecnego trenera kadry, Dariusza Szczubiała. Mówię o trenerce, niekoniecznie reprezentacji. Przed laty graliśmy razem w Polonii Przemyśl, kapitanował drużynie. Zawsze mi imponował, to bardzo dobry wzór do naśladowania.


Rozmawiał Grzegorz Pazdyk

Podaj ten news dalej: