Niedawno gospodarze mistrzostw świata zorganizowali warsztaty dla uczestników turnieju finałowego. Zaproszony został sztab ludzi, którzy w każdej ekipie będą odpowiadali za stronę organizacyjną (administracja, bezpieczeństwo, kontakty z mediami), ale także sportową i medyczną. Obok szefa ekipy, Władysława Puchalskiego, w polskiej delegacji znaleźli się: Jerzy Engel, doktor Stanisław Machowski, Mirosława Kulesza i oficer BOR-u, którego personalia, póki co są utajnione.
- Całość zagadnienia można zacząć od przelotu i wjazdu na teren Korei - powiedział nam Władysław Puchalski. Dlatego ostatnio podjęliśmy decyzję, że polecimy czarterem. Sam przelot to jedno, ale pozostaje jeszcze kwestia wylądowania i przejścia odprawy celnej. Mamy informację, że w Cheongju, oddalonym od naszej kwatery trzydzieści minut drogi jest międzynarodowy port lotniczy, ale w tej chwili nie mamy tego na piśmie. Żaden z Koreańczyków, których spotkaliśmy w Japonii nie był w stanie powiedzieć, że w Cheongju jest międzynarodowy pasażerski port lotniczy. Wiem, że nasz samolot prezydencki będzie mógł tam usiąść, bo pas startowy jest wystarczająco długi, ale pozostaje jeszcze kwestia odprawy celnej. Poinformowano nas, że dodatkowy bagaż będzie oclony. Jeżeli zdecydujemy się na wwiezienie swojej żywności, potrzebne będą odpowiednie certyfikaty.
- Czy ta sprawa będzie nas dotyczyła?
- Nad tą kwestią będziemy dopiero rozmawiali z kucharzem kadry. Wiadomo, że nasi piłkarze na przykład spożywają dużo parmezanu. A w Korei będzie ciężko o ten produkt. Być może zamówimy go u Koreańczyków albo sami go przywieziemy.
- Jakie inne sprawy były poruszane?
- Przede wszystkim termin przyjazdu na finały. Organizatorzy określili, że opłacają pobyt od piątego dnia przed pierwszym meczem do drugiego po tak zwanym nokaucie, czyli wyeliminowaniu z imprezy. Przedstawiono procedury porozumiewania się z lokalnymi koordynatorami, którzy będą odpowiadać za poruszanie się poszczególnych ekip po Korei i Japonii. W zależności od miejsca pobytu, będziemy kontaktowali się z inną osobą. Dlatego przedstawiliśmy dokładny harmonogram przejazdów, włącznie z wyjazdem na ewentualny finał w Jokohamie. Każdy z uczestników dostanie pewien limit środków transportu do swojej dyspozycji. Chodzi tu o autokar, samochód do przewozu bagaży, minibus piętnastoosobowy i jakieś dwa samochody osobowe.
- Pewnie wolelibyście zmieścić się w tym limicie?
- Oczywiście, ale nie będzie to możliwe. Choćby z tego powodu, że KOWOC (organizatorzy ze strony koreańskiej) zacznie płacić za pobyt ekipy (400 franków szwajcarskich na głowę za dzień pobytu) dopiero na pięć dni przed pierwszym meczem. A jak wiadomo, trener Jerzy Engel będzie wolał znacznie wcześniej pojawić się w Korei. Chodzi tu przede wszystkim o konieczną aklimatyzację w innej strefie geograficznej i czasowej. Delegacja ma nie przekroczyć 45 osób, za każdą dodatkową personę, to już my płacimy.
- Czy tylko autokarem nasza reprezentacja będzie się poruszała po Korei?
- Właśnie ta kwestia była dość długo dyskutowana na spotkaniu w Japonii. Niektóre federacje wybrały pociągi, inne zdecydowały się na podróże samolotami. Biorąc pod uwagę odległości od lotnisk, pewne kłopoty związane z dotarciem do nich, doszliśmy do wniosku, że mniej czasu stracimy na podróż autokarem niż samolotem. Dlatego zrezygnowaliśmy z tego rodzaju transportu. Ewentualnie dopiero na finał do Jokohamy udamy się samolotem. Oby tak było.
- Wiceprezes Zbigniew Boniek stwierdził, że od strony organizacyjnej wszystko jest już zapięte na ostatni guzik.
- Bo tak jest. W zasadzie pozostało dogranie szczegółów, choćby takich, ile dokładnie miejsc należy zarezerwować w danym hotelu. Przecież wiadomo, że nawet w czasie fazy spotkań grupowych czekają nas wyjazdy, między innymi do Busan, gdzie zagramy z Portugalią. W razie awansu organizatorzy zapewnili już odpowiednie hotele, ponadto trzeba jeszcze ustalić takie kwestie, jak choćby to na ile dni przed finałem wybierzemy się do Jokohamy. Organizatorzy chcieliby, by nastąpiło to już 25 czerwca, z tego co wiem trener Engel wolałby 28, czyli na dwa dni przed meczem decydującym o złotym medalu. Oczywiście każda z ekip musi wcześniej ustalić taki harmonogram i zgrać go z wytycznymi organizatorów imprezy.
- Będziecie mieli osobę lub grupę ludzi, która pomoże reprezentacji w poruszaniu się po egzotycznym kraju?
- Tak, właśnie poznaliśmy młodego człowieka, ma 28 lat. Będzie kimś w rodzaju oficera łącznikowego. Nie pamiętam jego nazwiska, ale na imię ma Kim. Mówi po angielsku i po polsku. Niestety, Koreańczycy na ogół nie posługują się angielskim, dlatego taka osoba jest niezbędna. Chłopak nie studiował w Polsce, ale twierdzi, że był u nas trzy razy i kocha polski kraj. Najważniejsze, że swobodnie posługuje się naszym językiem. Kim będzie do naszej dyspozycji 24 godziny na dobę, mam nadzieję, że nie zamęczymy go.
- Wspomniał pan wcześniej, że do Korei wybierzecie się samolotem czarterowym, wcześniej jednak miał to być lot rejsowy. Skąd zmiana decyzji?
- Przede wszystkim wzięliśmy pod uwagę długość podróży. Niestety, przez Frankfurt trwałaby ponad dwadzieścia godzin. Poza tym te przesiadki to kolejny kłopot z bagażami. Ciągle zdarzają się pomyłki i nie chcieliśmy, by nasze rzeczy nagle znalazły się gdzieś w Ameryce. Będziemy mieli do dyspozycji prezydenckiego Tupolewa. To zupełnie inny komfort podróżowania, to jak taksówka powietrzna, która zawsze może na nas poczekać.
- Jednak są pewnie i minusy tego rodzaju podróży.
- Niestety, samolot ten ma mały zasięg. Nawet prezydent jak leci do Ameryki, musi mieć międzylądowanie. My w drodze do Korei usiądziemy z pięć razy. Między innymi w Kazachstanie i Chinach. Z drugiej strony będzie to o tyle dobre, że podróż nie będzie tak nużąca. Generalnie potrwa 13 godzin i jak widać znacznie krócej niż lotem rejsowym.