- Przez jednego idiotę cały nasz wysiłek poszedł na marne. Obawiam się, że po tym wybryku PZPN przez długie lata nie pozwoli nam zorganizować meczu reprezentacji - denerwuje się Grażyna Dziegiecka, kierownik do spraw bezpieczeństwa na stadionie Widzewa Łódź.
W 22. minucie towarzyskiego meczu Polska - Japonia na stadionie Widzewa jeden z kibiców rzucił na boisko petardę. Upadła obok bramkarza Polski Jerzego Dudka. Kiedy wybuchła, Dudek runął na ziemię. Trzymał się za ucho, wołał w kierunku ławki rezerwowych o pomoc. Mecz przerwano. Bramkarz po opatrzeniu przez lekarza wrócił do gry.
Sprawcę - 34-letniego Daniela W. z Łodzi - obserwowała przez resztę spotkania policja dzięki kamerom zainstalowanym na stadionie. - Złapaliśmy go, kiedy próbował uciec pod koniec meczu - mówi Sylwester Zubrzycki z agencji ochrony, która pilnowała porządku na stadionie. Twierdzi, że jego ludzie, przeszukując kibiców wchodzących na stadion, nie mogli znaleźć petardy. - Jest wielkości palca - tłumaczy.
Kibice Widzewa twierdzą, że Daniel W. to nie "ich" człowiek. - Szkoda, że przez osobę, która znalazła się na stadionie przypadkowo, straciliśmy dobrą opinię, na którą pracowaliśmy przez ostatnie lata - mówi Robert Potargowicz, kibic Widzewa.
A co na to PZPN? - Sama publiczność od razu negatywnie nastawiła się do tego, który rzucił. Ten człowiek na pewno nie chciał trafić w bramkarza. Pewnie nie mierzył w niego, tylko przed siebie - mówi Zbigniew Boniek, wiceprezes związku.
Jerzy Dudek: - Jeszcze nigdy w karierze nie zdarzyła mi się taka sytuacja. Ale cieszę się, że pozostali kibice zachowali się w porządku i przeprosili mnie.
Fani Widzewa zapowiadają wysłanie listu z przeprosinami do Dudka i PZPN.