Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Króliczek

środa, 3 kwietnia 2002 03:00
Genezyp Kapen

Umykaj króliczku


Zakończenie półmetka rozgrywek grupy mistrzowskiej z siedmiopunktową przewagą nad Wisłą i sześciopunktową nad Amicą zadziałało na legionistów albo usypiająco, albo paraliżująco. Kwestię tę rozstrzygną najbliższe dwa mecze. Rozstrzygną... albo nie. Przypomnę tylko, że takim rozstrzygającymi pojedynkiem miał być ten z GKS. Mecz w Katowicach mógłby takim się okazać, gdyby nie zabrakło dwóch minut, ale na zupełnie innym boisku. Bo tyle zabrakło Pogoni do wywiezienia punktu z Wronek. Te dwie minuty zadecydowały, że nie tylko nic się nie wyklarowało, ale że się gmatwa...


Zadyszka króliczka


Sytuacja, w której Legia ucieka rywalom jest u nas na tyle egzotyczna, że piłkarze, a i niektórzy kibice mają prawo pogubić się w kalkulacjach. Nikogo nie gonimy i sprawa powiększania przewagi jest drugorzędna. Pierwszorzędne jest natomiast dowiezienie jakiejkolwiek przewagi do końca. Tak wyglądają fakty rachunkowe. Niestety, liga to nie matematyka i polega na tym, aby wygrywać mecze na boiskach. Gdyby zaś wszystkie dawało się wygrywać, liga byłaby nudna jak internetowe debaty kibiców. A w sytuacji liderowania - o tyleż radosnej, ileż nowej - legionistom wygrywanie przychodzi z coraz większym trudem, bo... nie ma kogo gonić.

Piłkarze zaczęli podświadomie bronić - czego jeszcze przecież nie zdobyli. W efekcie mecze, które miały ostudzić zapał rywali w gonieniu Legii, podgrzały atmosferę. Co gorsza rozbudziły apetyt polskich środowisk piłkarskich na wielkie emocji na finiszu ligi. Lubię emocje, lubię dramatyczne końcówki, ale tym razem wolałbym nudną ligę dogrywaną formalnie pod dyktando lidera. Niedoczekanie moje?

„Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma”. Jak koszmar chodzi za mną rok 1993, kiedy Legia ścigała się z Lechem, a kiedy poznaniaków wyprzedziła, niepostrzeżenie do rywalizacji włączył się nie wadzący wcześniej nikomu ŁKS i... się narobiło.

Dragomir Okuka powinien sięgnąć po specjalistów od hipnozy i w kilku seansach wpoić piłkarzom mniemanie, że oto drużyna ma trzy punkty straty do lidera i musi gonić. W pościgu nasi gracze spisują się lepiej niż w ucieczce. Pogoń odpowiada bardziej nie tylko legionistom mam wrażenie. Koronacja Wisły jeszcze w przerwie zimowej wychodzi krakowianom bokiem do tej pory i oby Legia nie uznała at hoc, że stan ten będzie trwał wiecznie. Teraz jest niepowtarzalna sytuacja zgubić najgroźniejszego rywala w walce o prymat i nie czekać do meczu w Krakowie. A tu stara śpiewka, legioniści dostosowują się do poziomu rywala i zamiast umykać rączo, zdają się czekać. Na przebudzenie Wisły?


Króliczek ma za dużą marchewkę


Kiedy napisałem, że następnym planem powinno być założenie zdobycia 6 punktów na boiskach krakowskim i wronkowskim, miałem na myśli dalszy rozwój gry, nie zaś doprowadzenie do sytuacji, gdy te akurat mecze będą rozstrzygającymi wszystko thrillerami. Gdybym miał pewność, ze thrillerami to one będą, ale z happy endem, może bym na to poszedł. Skoro takiej pewności nie mam, wolę ligową końcówkę w rytmie brazylijskiej telenoweli, za to z satysfakcjonującym finałem. Tymczasem i przewaga topnieje, i gra się rozsypuje. I nie jest to stan permanentny, tylko przypadkowy. To co grało jeszcze tydzień temu, po prostu nagle grać przestaje, a znowu za tydzień, od nowa wychodzi. Panowie futboliści, jak wam się nie chce za piłką w chłodzie ganiać, to zmieńcie zawód. Skoro gracie, to grajcie jak na zawodowców przystało. Hm, zawodowców - dobre sobie, ale to temat na inny felieton.

Nadmierny stan posiadania prowadzi do tego, co widzieliśmy przez większość czasu gry w Katowicach. Legia nie walczyła, grała za wolno, jednostajnie, monotonnie. Potem wystarczył zryw i na efekty nie trzeba było zbyt długo czekać. Zauważyłem, że drużyna wpadła ponownie w pewny cykle zrywów, jakie miały miejsce w jej grze na jesieni. Do 20-25 minuty gra nieźle. Tak było i z GKS i z Ruchem (niesłusznie uznano, ze Ruch dominował w pierwszej połowie. Owszem, dominował, ale w ostatnich 25 minutach pierwszej połowy - wcześniej Silvestre Czereszewski był dwa razy sam na sam z bramkarzem i Legia kontrolowała sytuację). Potem zazwyczaj jest piach, a drużyna budzi się w ostatnich 20-15 minutach. Drażni to tym bardziej, że bodaj dwie akcje przeprowadzone na przyspieszonych obrotach skończyły się zdobyciem trzeciego gola, a mogły jeszcze dwoma kolejnymi. Spektakularne zwycięstwo było zatem w zasięgu ręki, ale... lider roztrwonił w głupi sposób dwubramkową przewagę, a potem zbierał się 10 minut, żeby uderzyć na bramkę GKS i wyrównać straty przy stanie 3-2. Łatwiej byłoby się pogodzić z remisem w Katowicach, gdyby nie fakt, że przecież było już 2-0 dla naszych, gdyby nie to, że legioniści popełnili krocie błędów w obronie i w końcu, że oddali środek boiska bez walki praktycznie.
Powtórzę, ale uczynię to w imię lepszej sprawy. W lidze polskiej wygrywa ten bardziej zaciekły, zajadły, głodny. Umiejętności piłkarskie tzw. gwiazd są wciąż zbyt małe, by mogły one wygrywać mecze na luzie, nie walcząc do upadłego, tylko wykorzystując samą technikę. Barcelona na boisku Wisły w Krakowie wygrała w eliminacjach do Ligi Mistrzów, angażując tylko część potencjału. Dlatego jak najszybciej trzeba się przestawić na gonienie wyimaginowanego nawet rywala, żeby odzyskać rytm. W przeciwnym razie wprost proporcjonalnie będzie rosło destrukcyjne napięcie: Wskutek gubienia punktów nasi piłkarze będą odczuwać coraz większą presję i oddech zbliżających się rywali na plecach. A im bardziej wpadka jest brzemienna w konsekwencje tym bardziej paraliżuje ruchy i tym samym staje się bardziej prawdopodobna.


Faceci w czerni czyli czarny króliczek na Czarne Koszule


Dlatego teraz trzeba wygrać z Polonią. Pozwolić Amice, by udowodniła, że do meczów wyjazdowych ma awersję jeszcze większą niż kibice Legii do PZPN. Chodzi także o to, żeby we Wronkach mieć komfort zremisowania. W każdym razie bez zwycięstwa z Polonią mecz z Amicą może być grą zaliczaną do kategorii podwyższonego ryzyka. Dla nas, niestety.
Przeciwko Polonii ma zatem wyjść drużyna, która walczyła z Wisłą, a nie odrabiała pańszczyznę w Wodzisławiu. I proszę nie mówić, że w Wodzisławiu był drugi skład, że odpuszczono. Nawet jeśli tak, to po takim odpuszczeniu bardzo trudno pozbierać się do walki, więc było ono błędem. Czyli mówimy o porażce w kategoriach strategicznych. Gdyby okazało się, że duch walki jaki powalił Wisłę jest nie do odtworzenia - tak personalnie jak i spirytystycznie, trzeba rzucić odwody. Cokolwiek by pisać czy mówić o napastniku Yahaya – facet dysponuje precyzyjnym strzałem głową, niezłym dryblingiem i wobec braku Karwana można by zaryzykować grę Yahai w derbach w większym wymiarze czasowym. Cos mi mówi, że będzie miał dzień konia... Na wymianę z Czereszewskim, który do Polonii nie miał zbyt wielkiego szczęścia.

Wygrać derby jak i ligę powinniśmy z jeszcze jednej przyczyny. Otóż nad stadionem Legii zawisło widmo powrotu Marcina Mięciela, który postanowił zdaje się zafundować sobie przerwę w podbijaniu piłkarskiej Europy. Jak nie wygramy i nie pozyskamy sponsora, Mięciel ani chybi wróci, bo nie będzie pieniędzy na nikogo lepszego, a klubu nie będzie także stać na sprzedaż tego rasowego napastnika za niższą cenę i oddanie należnej części za Mięciela - Romanowskiemu. Tylko jeden facet grający w Legii kosztował mnie więcej nerwów niż pan Marcin. Nazywał się Turowski i potrzebował średnio czterech sytuacji sam na sam, żeby trafić do siatki. Najgorsze, że te sytuacje miewał, bo był piekielnie szybki i wybiegał oko w oko z bramkarzem niezmiernie często, poczym zazwyczaj w owego brakarza trafiał...


Rozdarty Poznań



Znalazłem pewną ciekawostkę pochodząca z rozmówek poznańsko-poznańskich. Otóż tamtejsza lokomotywa rozpędziła się w drugiej lidze na tyle, że coraz śmielej pohukuje kominem o podboju pierwszej ligi. Wzajemna tęsknota kibiców Legii i Lecha jest wielka, więc należy ufać, iż Lech pozostanie powitany w ekstraklasie z otwartymi ramionami. Przynajmniej przez warszawiaków. Zaintrygował mnie jeden kontekst trybunowo-kibicowski na linii Lech-Lech-Legia. Z pogwarek internetowych wywnioskowałem, że panuje w Poznaniu coś w rodzaju cichej umowy, zakazu, obyczaju czy jak to zwał dotyczącego nieużywania podczas meczów piłkarskich na Bułgarskiej słownictwa uważanego powszechnie za obelżywe. I teraz wobec mają tam kłopot, bo do 1 ligi zamierzają wejść na pewno i prawdopodobnie zagrać z Legią. Trwają właśnie ożywione debaty, czy w tym wyjątkowym przypadku, podczas meczu Lech-Legia w Poznaniu kibicom będzie wolno zanurzyć języki w rynsztoku czy zgodnie ze zobowiązaniem nie. Chciałbym mieć takie problemy.


PS. Żeby zadośćuczynić optymistom (to tacy niedoinformowani pesymiści) mógłbym napisać, że wszystko wskazuje na to, że Wisła już odpuściła. Nawet gdyby okazało się to prawdą, wcale nie jest powiedziane, że Legia dopuściła do siebie myśl o koronie. Układ spotkań jest taki, że nawet jak ktoś nie bardzo chce się liczyć w rywalizacji o prymat i trofea, może się w niej znaleźć mimo woli, wyrzucony siłą odśrodkową wyników z innych boisk.







Rafique:

Przeczytałem felieton o meczu Polska - Japonia - podobał mi się. Przeczytałem o Legii w roli lidera - też mi się podobał. W obu, w sposób
lekki, łatwy i przyjemny GK poddał krytyce to, czemu krytyka się należała.
Postanowiłem więc sobie nie żałowac i przeczytałem kolejne felietony
autorstwa GK, aż doszedłem do tego z 26.02.2002 "Apokalipsa według mnie".
Po jego przeczytaniu, z pewną taką nieśmiałością, postanowiłem postawić
pewien zarzut autorowi...

"Odpowiednie dać rzeczy słowo!"

Dopóki GK pisał o tym co było - było oki. Pisząc o tym co jego zdaniem
będzie, ujawnił się jako kolejny laik, który ukrywa swoją niewiedzę pod
pseudo intelektualnym bełkotem a la Zarzeczny. Konkrety? Prosze bardzo...
"...doniesienia o formie Kucharskiego nie napawają optymizmem. (...) Pewnym
punktem wydaje się natomiast Svitlica. (...) Chodzi mi także o brak ducha.
Bo Legia zamiast ekipy zdeterminowanej strącić z piedestału obecnego
mistrza, zaczęła przypominać trupę objazdową, przeznaczoną do wyprzedaży, a
nie do zdobywania laurów..." ...chyba wszyscy przyznają, że po tych kilku
rozegranych kolejkach powyższe cytaty same się dyskredytują.

I, żeby wszystko było jasne.

Lubie Zarzecznego, bo go rozumien. Facet bardzo by chciał pokopać piłkę ale ze względu na coraz bardziej słuszną wagę nie może więc rekompensuje to sobie krytykowaniem i wysmiewaniem tych co mogą (taki zabieg socjotechniczny żeby łatwiej przełknąć własną porażkę) Lubie też GK, choć go absolutnie nie rozumiem. Nie rozumiem bowiem kibica, który już na wstępie zakłada że jego drużyna jest do dupy (a jak wiemy do dupy jest papier toaletowy). Cieszę się natomiast kiedy ten sam kibic potrafi zauważyć FAKTYCZNE słabości swojej drużyny. Za to właśnie cenie GK i dla tego będę czytał jego teksty... a jak się czasem z czyms nie zgodzę to napiszę.





Skomentuj felieton wysyłając maila na adres: legia@futbol.pl

Podaj ten news dalej: