Bohaterami meczu z Polonią byli wszyscy legioniści, wszyscy rozegrali bowiem wspaniałe spotkanie. Zadanie kolegom ułatwił jednak Sylwester Czereszewski, który zdobył pierwszego gola. I spełnił tym samym przedmeczowe zapowiedzi.
- Wysoki wynik jest w pełni zasłużony - stwierdził uradowany "Czereś". - Po pierwszej połowie nie wyglądało może wszystko za ciekawie, ale po zmianie stron przejęliśmy inicjatywę w środku pola i w pełni kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń na boisku.
- Mógł pan znacznie wcześniej zadowolić kibiców. Sytuacja była bardzo klarowna, ale z 6 metrów kopnął pan nad bramką. Rzadko marnuje pan podobne sytuacje.
Sylwester Czereszewski: Sam nie wiem jak udało mi się zmarnować tak wielką szansę. Nie mam pojęcia czy za bardzo się odchyliłem, czy uderzyłem nieczysto. Podobno sędzia pokazał spalonego, ale to i tak nie ma znaczenia. Skoro stałem tylko sześć metrów przed bramką, to powinienem trafić. Muszę jeszcze raz dokładnie obejrzeć tę sytuację w telewizji.
- Wyglądało tak, jakby pan nie spodziewał się, że Andrzej Krzyształowicz nie poradzi sobie ze strzałem Aleksandra Vukovicia.
- A właśnie, że się spodziewałem! Już gdy "Vuko" złożył się do strzału, byłem przekonany, iż bramkarz Polonii "wypluje" tę piłkę. Dlatego tym bardziej nie znajduję dla siebie usprawiedliwienia. W takiej sytuacji nie powinienem dać bramkarzowi najmniejszych szans.
- Później jednak zachował się pan fantastycznie. Widział pan, że Krzyształowicz wybiegł z bramki?
- Cały czas kontrolowałem sytuację. Bramkarz Polonii wysunął się na przedpole, domyśliłem się więc, że będzie starał się wybiec jeszcze dalej, żeby w końcu chwycić piłkę. Nie namyślałem się więc długo, tylko od razu strzeliłem lobem. Wydawało mi się, że to najlepsze wyjście. Okazało się, że miałem rację.
- Potwierdził pan, że jest w życiowej formie strzeleckiej.
- Cieszy przede wszystkim to, że zdobywam bardzo ważne bramki. Nie na cztery lub pięć do zera, które już nic nie zmieniają, tylko otwierające wyniki. Takie, po których zespół łapie wiatr w żagle. A poza tym lepiej strzelić po jednym golu w sześciu meczach, niż cztery w jednym spotkaniu, a potem zaciąć się na pół roku.
- Do Warszawy trafił pan w grudniu 1997 roku. Nigdy w tym czasie Legia nie była tak bliska zdobycia mistrzostwa Polski. Czy to oznacza, że teraz zespół jest najsilniejszy?
- Kiedyś było u nas na pewno więcej indywidualności. Drużyna nie potrafiła ich jednak wykorzystać. Teraz mamy za to bardzo solidny zespół, który przypomina bardzo sprawnie funkcjonującą maszynę. Obawiam się tylko, że jeśli ktoś wyjmie z niej dwa, trzy trybiki, to cały mechanizm może się popsuć. Po prostu wiemy jak w tym składzie grać, znajdujemy siebie na boisku na pamięć.
- No i jesteście zdeterminowani jak nigdy wcześniej.
- To prawda, charakter pokazujemy prawie w każdym meczu, w każdym walczymy do końcowego gwizdka. Bardzo podobnie zachowują się zresztą kibice. Cały czas są z nami.
- Już dziś możecie odbierać gratulacje za zwycięstwo w lidze? Czy lepiej nie zapeszać i jeszcze wstrzymać z fetowaniem tytułu mistrzowskiego?
- Pewnie 90 procent kolegów z zespołu powie, że jeszcze trzeba się bardzo koncentrować na pozostałych do zakończenia sezonu pięciu kolejkach. A ja uważam, że już możemy przyjmować gratulacje i czuć się mistrzami! Nie wyobrażam sobie nawet kataklizmu, który mógłby odebrać nam pierwsze miejsce w lidze.
Rozmawiał Adam Godlewski