- Kontuzjowana jest noga, którą przed trzema laty operował panu doktor Tadeusz Ściński?
Sylwester Czereszewski: Owszem, ale jego interwencja była udana. Świadczy o tym fakt, że "zacerowana" rzepka doskonale wytrzymała moje niefortunne stąpnięcie.
- Uraz przytrafił się panu w najmniej odpowiednim momencie - gdy zdobywa pan gole na zawołanie, a Legia walczy o tytuł.
- Taki już mój urok. Poprzednio kolano nie wytrzymało, kiedy trenerem był Franciszek Smuda. Wówczas także zdobywałem bramki regularnie, a na dodatek miałem pewne miejsce w reprezentacji.
- Pomoże pan jeszcze kolegom w wyścigu po mistrzostwo?
- Nie sądzę. Co prawda na nogę mam założony tylko stabilizator, który w każdej chwili mogę zdjąć, ale nie wolno mi zginać nogi, bo naruszę to nieszczęsne włókno. Nie trenuję więc w ogóle, biorę tylko zabiegi. Za tydzień powinienem zdjąć już opatrunek, lecz zaległości będę miał ogromne. Na siłę mógłbym wrócić na ostatni mecz sezonu - z Ruchem - ale nie ma chyba sensu ryzykować. Muszę się pogodzić z myślą, że wypadłem z gry.
- Kto pana zastąpi?
- Stanko Svitlica. On również umie zdobywać gole.
- Legia zdoła utrzymać prowadzenie w lidze?
- Powinna, i to bez większych problemów. Bardzo istotny będzie mecz w Krakowie w najbliższą środę. Jeśli nie przegramy z Wisłą, już nikt nie zabierze nam tytułu.
- Jak się panu podobał mecz reprezentacji z Rumunią?
- Był bardzo podobny do tego z Japonią. Przy lepszej skuteczności wynik mógł być jednak korzystniejszy. Było kilka takich wrzutek na pole karne, które zwykle kończę zdobyciem bramki.
- Czy prezes Leszek Miklas wykorzystał pański wolny czas na rozmowy w sprawie nowego kontraktu?
- Nie, ale nie ma pośpiechu. Na podpisanie kolejnej umowy mamy przecież dużo czasu.
Rozmawiał Adam Godlewski