Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Zasadniczy błąd

czwartek, 25 kwietnia 2002 22:28
Kazimierz Górskiźródło: Przegląd Sportowy

- Niepokoją porażki z Japonią i Rumunią - czy również pana?

Kazimierz Górski: Niepokoi, iż zawodnicy nie rozumieją, że są dla publiczności. Zawsze tak jest, że po sukcesie przychodzi zadowolenie i rozluźnienie. Obecni piłkarze kadry za sukces uznali awans. W latach siedemdziesiątych prowadzeni przeze mnie piłkarze rozluźnili się po finałach mistrzostw świata w 1974 roku. Wiadomo, że ich witano, fetowano, premiowano. Trochę zapomnieli o treningach. Myśleli, że już wszystko wiedzą i wszystko potrafią, skoro tak dobrze prezentowali się w najważniejszej imprezie piłkarskiej, na której wywalczyliśmy trzecie miejsce... W 1976 roku - przed Igrzyskami Olimpijskimi w Montrealu - też miałem dylemat. Postawić na starych, czy młodych.. Ostatecznie zdecydowałem się na tych starszych, zaprawionych w bojach. W końcu w 1974 roku moja drużyna miała najniższą średnią wieku - niespełna dwadzieścia pięć lat. W 1976 roku byli zaledwie o dwa lata starsi... A wracając do obecnej sytuacji, to myślę, że trener Engel musi - na zgrupowaniu w Niemczech - złapać ich krótko, sprowadzić na ziemię, wyjaśnić, że to nie zabawa.


- Piłkarze zachłysnęli się awansem...

- Koncentrują się na wszystkim, tylko zapomnieli o piłce. Myśleli, że tacy Japończycy są teoretycznie słabsi, to ich łatwo pogonią. Tymczasem, to Japończycy nas pogonili. Teraz ważna jest psychika. Selekcjoner musi nad tym popracować. Ważna jest też atmosfera w grupie. Na nowo musi zapanować rywalizacja...


- Dziennikarze domagają się głów - nie za późno na zmiany w kadrze?

- Wie pan, zasadniczy błąd został popełniony kilka miesięcy temu, kiedy zamknięto selekcję. Tymczasem rywalizacja powinna trwać do samego końca. Może trzeba było ogłosić ostateczną kadrę po Rumunii, a nie przed spotkaniem z tym rywalem.


- Kiedy pan zdecydował o wstawieniu do składu Władysława Żmudy i Andrzeja Szarmacha, którzy stali się rewelacjami mistrzostw świata w 1974 roku?

- W eliminacjach, w meczu z Anglią w Chorzowie, kontuzji doznał Włodzimierz Lubański. Na Wembley w miejsce Lubańskiego wystąpił Jan Domarski...


- Domarski strzelił panu najważniejszą bramkę w tych eliminacjach - w "jaskini lwa", ale w Niemczech usiadł na ławce, gdyż postawił pan na Szarmacha.

- A bo ja ciągle szukałem lepszego. Niby Domarski strzelił tę najważniejszą bramkę. Bulzacki też był jednym z bohaterów na Wembley, ale ja zawsze byłem zwolennikiem, że dobre można zastąpić lepszym. I na tej zasadzie szansę otrzymał Żmuda. Wcześniej w pomocy grał Lesław Śmikiewicz, ale później postawiłem na Henryka Kasperczaka. Nie bałem się zaryzykować. Jak ktoś się boi przegrać, to niech wypisze się z zawodu... Gdyby nie mecze z Japonią i Rumunią, to wydawałoby się, że wszystko jest dobrze. Teraz widać wyraźnie, że sporo trzeba poprawić. Prasa podrzuca różne kandydatury...


- Właśnie - czy nie jest to irytujące dla selekcjonera?

- Ależ skąd! Również ja nasłuchałem się podpowiedzi. A to dziennikarze, a to trenerzy, a to sędziowie...


- Sędziowie?!

- A tak - prosiłem, aby w protokołach meczów, które przesyłali do PZPN-u czerwonym ołówkiem podkreślali nazwiska piłkarzy, którzy się wyróżnili. Jeśli nazwisko danego zawodnika powtarzało się, to jechałem na obserwację. Często niedzielę spędzałem na Śląsku, gdzie oglądałem dwa mecze. Jeden w godzinach południowych, inny po południu. Jeśli zawodnik polecany przez różne osoby za pierwszym razem w moich oczach wypadał słabo, to zawsze przyjeżdżałem po raz drugi. Na tym polega selekcja. Miałem zresztą ułatwione zadanie. Zanim objąłem pierwszą drużynę, przez pięć lat byłem trenerem reprezentacji juniorów, a przez trzy lata opiekowałem się młodzieżówką.


- Z boku trener Engel najczęściej słyszy nazwisko Wichniarek.

- Szkoda, że wiosną nie dostał szansy. Teraz to już jest ryzyko. Może wypalić, ale o tym zaświadczy tylko boisko. Napastników zawsze nam brakuje. Owszem, jest "Czarnecki", jak nazywam Olisadebe, Kryszałowicz, ale... Smolarek to już raczej boczny pomocnik, choć ofensywny. Dobrze, że pojawił się w polskim futbolu. Młody, zdolny, ambitny. Dobrze, że pojedzie na mistrzostwa. Nawet jeśli miałby nie grać, sporo zyska. W 1974 roku również zabrałem trzech młodych wiślaków - Kapkę, Kmiecika i Kustę, aby poznali smak imprezy. I nawet wystawiłem ich w meczach - Kmiecika z RFN, a Kapkę z Brazylią... Wichniarek podobał mi się już w Widzewie - już wtedy miał zadatki na dobrego zawodnika. Teraz jest skuteczny w drugiej lidze niemieckiej. Skoro tam gra, to już jest dobrze. Trenerzy na Zachodzie nie wystawiają do składu za piękne oczy...


- Przekonuje się o tym kilku naszych kadrowiczów.

- I to jest całe nieszczęście tej kadry. Ich braki wychodzą w meczach reprezentacji... Cóż - selekcjoner musi mieć, jak to mówią Niemcy, "die Nase", czyli "nosa". Do tego dochodzi żyłka hazardzisty. Ja kiedyś, podobnie jak Jerzy Engel, chodziłem na wyścigi konne i obstawiałem. Kiedyś miałem taką serię, że ludzie z boku myśleli, iż dostaję typy. A ja po prostu oglądałem konie na padoku. I który mi się podobał, na tego stawiałem. Teraz znowu zacznę chodzić na konie - to ciekawa rozrywka... Wie, pan kiedy pan i ja obejrzymy wspólnie mecz, to panu może się spodobać zawodnik X, a mi Y. A to dlatego, że możemy cenić inne walory. Poza tym na selekcję trzeba patrzeć również przez pryzmat koncepcji, którą się posiada. Moja była prosta - chciałem pierwszy strzelić bramkę, wykorzystać, że piłkarze mają świeżość i szybkość. Później łatwiej bronić wyniku... A personalia zawsze wzbudzają emocje. Podam przykład sprzed trzydziestu lat. Po meczu z RFN na Stadionie Dziesięciolecia dziennikarze wieszali psy na Janie Tomaszewskim. Przegraliśmy 1-3, ale ja uważałem, że mecz zawalił nie Tomaszewski, a Jerzy Gorgoń, który miał odpowiadać za Gerda Mźllera. Wystarczy, że byłby ciągle przy nim i słynny napastnik nie strzeliłby tych dwóch bramek...


Rozmawiał Roman Kołtoń

Podaj ten news dalej: