Bohaterem czwartkowego przedpołudniowego treningu w Barsinghausen był Tomasz Rząsa. Obrońca Feyenoordu w grze kontrolnej strzelił aż trzy gole. Trudno więc się dziwić, że był w doskonałym humorze.
- Nie pamiętam nawet kiedy po raz ostatni zdobyłem trzy bramki, choć kiedyś - gdy jeszcze występowałem w ataku - strzelałem ich niemało. Wszystko zmieniło się jednak od czasu, gdy przeniosłem się do Rotterdamu. W Feyenoordzie muszę koncentrować się wyłącznie na defensywie, właściwie już przekroczenie linii środkowej to duży nietakt - powiedział piłkarz noszący, od ubiegłej środy, pseudonim "Puchar UEFA". - Na kadrze jest na szczęście inaczej, selekcjoner wymaga włączania się do akcji ofensywnych. Dlatego mogłem się wykazać. Przyznam jednak, że nie spodziewałem się, iż moja skuteczność będzie stuprocentowa.
- Forma nie przyszła zbyt wcześnie?
Tomasz Rząsa: Nie przesadzajmy. Moja dyspozycja, podobnie jak wszystkich kolegów, dopiero zacznie wzrastać. Jesteśmy naprawdę bardzo zmęczeni i to było widać. Brakuje przecież dokładności, co szczególnie widać przy długich podaniach. Nie narzekam na formę psychiczną, ale to nie oznacza, że nie brakuje mi świeżości. Bo zdążyłem już odwyknąć od tak ciężkiej pracy. Gdy występowałem w polskiej lidze, a później w szwajcarskiej, metody przygotowawcze były bardzo podobne. W Holandii zajęcia nie są jednak tak intensywne. Pewnie dlatego, że obowiązuje inny styl. Po finale Pucharu UEFA miałem trzy dni urlopu. W sam raz, żeby przywieźć żonę do Polski. Na odpoczynek nie było właściwie czasu.
- Jest pan zadowolony z nowego pseudonimu?
- Trudno mi powiedzieć. Tak naprawdę per "Puchar UEFA" mówi do mnie jedynie selekcjoner. W kadrze jest kilku Tomków, więc ułatwia sobie w ten sposób pracę. Dziennikarze już po pierwszym treningu podłapali jednak tę ksywę, więc pewnie tak już zostanie. Wcześniej w reprezentacji nie miałem żadnego pseudonimu, ale ten mi nie przeszkadza. W sumie jest sympatyczny.
- Zdobywca tak cennego trofeum liczy na awans do pierwszej jedenastki w reprezentacji Polski?
- Chciałbym oczywiście występować w wyjściowym składzie, ale jestem gotowy na wypełnianie każdej roli, w której widzi mnie selekcjoner. Nasza drużyna to grupa ludzi, których łączy wspólny cel. Nie ma animozji, rywalizacja jest zdrowa, więc atmosfera jest dobra. I nie ma sensu tego psuć. Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że gra w reprezentacji i klubie to dwie zupełnie różne bajki. W Feyenoordzie jestem zatrudniony, działacze płacą mi za wykonywaną pracę. Natomiast powołanie do kadry to zawsze wielkie wyróżnienie. Jestem dumny, że mogę zakładać strój z narodowym godłem.
- Z jakiego wyniku w Korei będzie pan zadowolony?
- Jeśli po trzech udanych spotkaniach w grupie uda nam się rozegrać jeszcze dwa w fazie pucharowej to z czystym sumieniem uznam, że osiągnęliśmy sukces.
- Jest pan w stałym kontakcie z Euzebiuszem Smolarkiem. Młodszy kolega z Feyenoordu bardzo przeżył fakt, że nie wystąpi w Korei?
- Jesteśmy profesjonalistami i wiemy, że w nasz zawód wliczone są kontuzje. Uraz "Ebiego" okazał się groźny, na boisko wróci pewnie dopiero w grudniu. Był oczywiście rozczarowany faktem, iż pech dopadł go w takim momencie, ale nie rozpaczał. Jest młody, więc będzie miał jeszcze okazję błysnąć. Zupełnie inaczej wyglądałaby moja sytuacja, gdybym doznał urazu. Start w finałach w Korei jest dla mnie pierwszą, ale pewnie też ostatnią szansą zaistnienia w największej piłkarskiej imprezie. Smolarek dopiero rozpoczyna reprezentacyjną przygodę, która powinna być bardzo udana.
Rozmawiał Adam Godlewski