- Ostatnio zmierzyliście się z Japonią i Rumunią, a więc także zespołami, które nie zaliczają się do światowych potęg. Na dodatek ponieśliście porażki. Może jednak trzeba było grać z lepszymi przeciwnikami?
Marek Koźmiński: Strategię ustalał selekcjoner w porozumieniu z szefami PZPN. I moim zdaniem była doskonale przemyślana. Japończycy grają przecież futbol bliźniaczo podobny do Koreańczyków, natomiast Rumunia prezentuje zbliżony styl do Portugalczyków. Już nie raz mówiliśmy, iż dobrze się stało, że przykre lekcje otrzymaliśmy przed mundialem, a nie w jego trakcie. Teraz wystarczy tylko wyciągnąć wnioski.
- Na jaki wynik w Korei pan liczy?
- To wielka niewiadoma. Dla mnie, ale i zagranicznych obserwatorów. Do momentu wpadek we wspomnianych spotkaniach z Japonią i Rumunią uchodziliśmy powszechnie za zespół nie tylko nieobliczalny, ale też bardzo niewygodny. Mam więc nadzieję, że po spotkaniach grupowych w Korei ta opinia znów będzie aktualna.
- Włosi liczą się z tym, że rywalem ich reprezentacji będzie w jednej szesnastej zespół Polski?
- Przygotowują się na taki wariant, ale nikt nie kryje, że... nie chcieliby się z nami spotkać! Mają obawy, że styl, który prezentujemy może im zupełnie nie pasować. Oficjalnie przyznają, iż woleliby trafić na Portugalczyków. Giovanni Trapattoni uznał, że drużyna z Półwyspu Iberyjskiego byłaby dla Italii o wiele wygodniejszym przeciwnikiem.
- Pan też tak uważa?
- Też nie chciałbym zmierzyć się z Włochami w tak wczesnej fazie turnieju. Moim zdaniem na świecie są obecnie cztery zespoły, które można uznać za wielkie - w pierwszej kolejności Francja i Argentyna, a tuż za nimi Brazylia oraz Italia. Dla nas o wiele korzystniejszym rozwiązaniem było starcie z Chorwacją lub Meksykiem. To co prawda też zespoły wyżej notowane od reprezentacji Polski, ale na pewno pozostające w naszym zasięgu. Faworytami meczów też byliby przeciwnicy, ale wynik pozostawałby sprawą otwartą. Z Włochami znacznie trudniej byłoby nawiązać walkę.
- Przejście do drugoligowej Ancony było dobrym posunięciem?
- W bardziej rozsądny sposób nie mogłem się zachować. Choć działacze Brescii nie ułatwiali mi zadania, postawiłem na swoim. Chciałem bowiem w optymalny sposób przygotować się do występy w finałach.
- Gdzie będzie pan grał w przyszłym sezonie?
- Jeszcze nie wiem. Sprawy transferowe postanowiłem odłożyć do czasu zakończenia mistrzostw.
- A może po imprezie w Korei byłby dobry moment na zakończenie kariery?
- Może dla pana. Ja nie zamierzam zerwać z futbolem, bo nadal gra przynosi mi dużą frajdę. Dziesięć lat temu wystąpiłem na igrzyskach olimpijskich, teraz znów zagram na wielkiej imprezie. To fantastyczna sprawa, świetnie spinająca tę dekadę. Nie wiem zresztą dlaczego to pytanie zadawane jest właśnie mi. Przecież jestem jeszcze zbyt młody, żeby kończyć karierę. W kadrze jest kilku kolegów o wiele starszych. Czy jest w tym jakiś podtekst? Przyznam, że jestem zaintrygowany.
- Nie. Można jednak usłyszeć pogłoski, że przymierza się pan do pracy z ojcem, Zbigniewem, obecnym prezesem Górnika.
- Nie wykluczam takiej ewentualności, być może rzeczywiście spróbuję swych sił jako menedżer, ale na pewno jeszcze nie w następnym sezonie. To temat na bardziej odległą przyszłość.
Rozmawiał Adam Godlewski