Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Zalew żółci

piątek, 5 lipca 2002 09:31
Genezyp Kapen

Bardzo ciepło wspominam rok 1994. Legia została wtedy mistrzem Polski, a Brazylia mistrzem świata. Obie ekipy czekały na oficjalne ukoronowanie od 1970 roku. Zanosi się, że ciepło będę wspominał rok 2002, a przynajmniej pierwsze półrocze...


Zarówno w piłkarstwie brazylijskim jak i w klubie legijnym nie dzieje się ostatnio dobrze. Brakuje pieniążków, a sporo jest konfliktów, podejrzeń i innych takich. Po co ciągnę tę pozornie absurdalną paralelę pomiędzy warszawskim klubem a mistrzami świata? Z jednego powodu - skoro nie stać nas na naśladowanie bogatych, to może czas najwyższy pomyśleć o naśladowaniu biednych. Nie zamierzam lansować hasła budowania nad Wisłą drugiej Brazylii, po zwycięstwie tej pierwszej w... Japonii. Którą też kiedyś mieliśmy odtworzyć nad Wisłą. Chodzi o doktrynę, czyli sposób myślenia o piłce w naszym kraju. Dotychczasowy sposób na mistrza i jako takie sukcesy w pucharach polegał na skupieniu najlepszych na naszej szerokości geograficznej w jednym klubie. Z powodzeniem strategię tę stosowały kluby rumuńskie, ukraińskie, a wcześniej sowieckie. Próbowały polskie. Bez większych sukcesów.

Ostatnio trener Okuka zadał straszliwy cios takiemu myśleniu. Wygrał ligę, a szczególnie puchar ligi piłkarzami wcale nie najdroższymi czy najlepszymi na krajowym rynku. Co więcej: kilkoma cudzoziemcami nie łapiącymi się w klubach własnych krajów. Pokazał, że nasze gwiazdy są gwiazdami tylko w mniemaniu tutejszym, że ich gwiazdorstwo nie wzbija się ponad futbolową przeciętność wszędzie indziej. Że ich walorów łatwo można nauczyć adepta młodzieżówki.


Stało się jasne, że polskie piłkarstwo także doszło do końca ślepej uliczki i stanęło pod murem, którego już nie przepchnie. Koncepcja klecenia drużyny z kilkunastu jako takich graczy jakich jeszcze mamy, skończyła się definitywnie. Skończyła się nie tylko wraz z odejściem paru czołowych kopaczy z danej drużyny, ale z zasady. Co kilka lat mamy odpływ graczy, którzy coś osiągnęli w kraju i uciekają byle na Zachód, żeby dorobić przed emeryturą. Bo oni nie jadą tam wcale podbijać świata piłkarskiego. Tylko się do tego nie przyznają. W szeregach naszych klubów zostają po nich dziury na pozór nie do załatania. Bo nie ma kim. Potem okazuje się, że jest, że znajdują się następcy, tylko trwa to trochę długo, zanim trafią tam gdzie trzeba i zanim ktoś da im pograć. Wcale się nie zdziwię, jeśli okaże się, że godnym następca Piekarskiego okaże się Zganiacz, a Karwana - Solnica. Tylko, ze jeszcze o tym nie wiemy.



Odświeżanie


Rzecz w tym, że nasza sytuacja ekonomiczna uniemożliwia kupowanie wielkich gwiazd, zatrzymywanie nawet gwiazd rodzimych, budowanie bazy szkoleniowej. Czyli nasz futbol czeka zagłada, jeśli będziemy starali się czekać aż warunki ekonomiczne poprawią się na tyle, by dorównać klubom niemieckim, francuskim czy choćby austriackim w szastaniu pieniędzmi. A jak na razie właśnie czekanie takie uprawiamy.

Jedyna nadzieja, że światowa futbolowa maszyna przestanie uciekać nam tak szybko. Mistrzostwa świata także pokazały pewien schyłek. FIFA i UEFA nie mogą pompować koniunktury w nieskończoność. Rosła liczba meczów, rosły stawki za prawa do transmisji, ceny reklam, rósł wysiłek najlepszych piłkarzy, zwiększały się sumy transferowe i padały rekordy wysokości płac dla największych gwiazd. A ostatnio padło paru sponsorów i coraz częściej słychać głosy, że czas ograniczyć astronomiczne gaże dla i na futbolistów.

W Korei i Japonii zobaczyliśmy jak coraz szybciej pracujący mechanizm marketingowo-futbolowy zaciął się. Natura dała znać o sobie. Organizmy nawet najlepiej opłacanych graczy nie wytrzymały wysiłku ponad stan możliwości. Jeśli w najbliższym czasie nie zostanie zmniejszona liczba gier i zawodów, kontuzje przetrzebią całą śmietankę piłkarską i będziemy mieli to, co w azjatyckich mistrzostwach – pogrom mistrzów i uwerturę dublerów.


Zganiacz Front


Jedynym sposobem na przetrwanie futbolowe w polskich warunkach jest szkolenie młodzieży na szeroką skalę. Nawet jeśli nastąpi masowa jej wyprzedaż na Zachód, będą pieniądze, jeśli nie nastąpi, podniesie się poziom naszej ligi. Gdyby nasze środowistewko piłkarskie raczyło zauważyć, co dzieje się wokół, zrozumiałoby, że czas przestać uganiać się za dwoma-trzema gwiazdkami naszej ligi i przestawić się natychmiast na model brazylijski. Ewentualnie jugosłowiański.

Tylko przy dużej liczbie młodych perspektywicznych zawodników unikniemy zapaści jaka rok rocznie spotyka kluby. A w tym dotknęła Legię. Proszę sobie wyobrazić, że zamiast jednego Gajtkowskiego pojawia się co sezon kilku. Proszę sobie wyobrazić, że nie trzeba wydawać fortun na zatrzymanie jakiegoś gwiazdora z nazwiskiem, tylko dlatego, że na bezrybiu to on – choć też nie pełnoprawna ryba - aż tyle kosztuje. Jak ktoś ma ochotę przepłacać piłkarzy, proszę bardzo. Kraj eksportujący tychże zyskuje armię potencjalnych reprezentantów. Kluby zyskują gotówkę. Teraz kwestia najistotniejsza – jak ją wydają. Polskim zwyczajem kluby unikają inwestowania, polskim zwyczajem PZPN próbuje załatwić kwestię kryzysu reprezentacji najprostszym posunięciem – wymianą selekcjonera. I to też nie na najlepszego w swej kategorii, bo nie ma szmalu. Jak Pan Bóg tworzył Polskę, to chyba wpisał do programu komputerowego kreującego światy, że Polska ma być krajem biednym.
Występ w Lidze Mistrzów Legii i Widzewa nie przysporzył tym klubom gotówki, choć UEFA wpłaciła okrągłe sumy. Występ ów oznaczał w najbliższej perspektywie kłopoty finansowe. Zatem nawet jak pieniądze się pojawiają to tylko po to, by zniknąć bez trwałego śladu w przestrzeni.


Wymachy uszami


Legia po zdobyciu mistrzostwa Polski do dziś nie może się pozbierać. Wisła musi robić sobie przerwy w triumfach, chyba by nie nadwerężyć kondycji finansowej. Nikt nie spytał dlaczego sukces sportowy jest klęską gospodarczą, skoro wszędzie indziej jest na odwrót. Bez przerwy słychać natomiast rozważania o nadludzkich wysiłkach podejmowanych przez klub, sponsorów, koła zbliżone do zaprzyjaźnionych klubu w celu zdobycia kwot na transfery. Jak już kwoty zaszeleszcza słychać o... o sprowadzaniu do Widzewa Olisadebe, o zatrudnianiu supertrenera z zagranicy, o astronomicznych premiach za zwycięstwa. Nie słychać natomiast o stworzeniu warunków treningowych dla uzdolnionych juniorów.

Ostatnio chodziły słuchy o zrzutce na pensję dla Zielińskiego. Mam wrażenie, że będąc ubogim krewnym Kopciuszka staramy się metodami chałupniczo-wyrobniczymi dorównać zachodniej supermaszynie biznesowo-futbolowej. Intryguje mnie to zamiłowanie do brania za wzór klubów, których naśladować w naszych warunkach nijak się nie da. Choćby przeprowadzić nie wiadomo ile zrzutek na dowolnych gwiazdorów, sprowadzić pół tuzina Vukovićów, i tak Arsenalem nie zostaniemy. A szansy trzeba upatrywać w tym, co udowodnił mundial – mianowicie, że nie ma sensu przegrzewać koniunktury i płacić milionowych stawek graczom, bo granice ludzkich możliwości są określone i u nas i tam. I nawet dopłacenie ekstra 50 mln dolarów za sezon Zidanowi nie zagwarantuje, że nogi owego Zidane’a wytrzymają dodatkowych 20 meczów w sezonie na pełnych obrotach.


Przez palce


Zamiast bezradnie rozkładać ręce nad brakiem gotówki trzeba się zastanowić, jak, gdzie i na co ta gotówka się rozeszła. Proszę sobie przypomnieć jak, ile i na kogo wydawała Legia, kiedy jeszcze mogła czerpać pełnymi garściami z kieszeni Daewoo. Teraz, kiedy okazało się z pełną ostrością, że jesteśmy biedną zatęchłą prowincją, w której pija się tanie piwo w autobusach, pluje na ulice, klnie zamiast rozmawiać i chadza murzyńskich wdziankach po blokowiskach, czas na ruchy adekwatne do naszych możliwości. Nawet jeśli czas już najwyższy, wcale nie ma gwarancji, że ktoś jakiekolwiek rozsądne kroki podejmie. Bo u nas od kilkudziesięciu lat podejmowanie właściwych kroków jest nieznane jak śnieg w Afryce. Jesteśmy bezradni, bo bez gotówki nie można w dzisiejszym świecie nic. Nawet założyć szkółki dla przedszkolaków. Z gotówką zaś nie ma powodu, by cokolwiek przedsiębrać, bo skoro jest gotówka, to po cholerę się starać.


Czytam głosy oburzenia kibiców Legii, że tak znamienity klub przez tyle miesięcy nie znalazł sponsora. Że firmy powinny lgnąć do Legii i to zarząd tejże je odstrasza. Przepraszam bardzo, ale jaki los czeka sponsora Legii? Wydatki, wydatki i jeszcze raz wydatki. Na restrukturyzację stadionu, na modernizację płyty, na dokupienie spalonych krzesełek, na zakup paru gwiazdek, które kosztują nad wyraz drogo, bo na bezrybiu itd. Czy może on liczyć na jakieś korzyści reklamowo-marketingowe? Owszem, gdyby mecze były transmitowane na cały kraj, gdyby legioniści zachwycali grą w sensie artystycznym, gdyby były sukcesy międzynarodowe... Tymczasem nawet po dokonaniu zakupów Legia musiałaby mieć mnóstwo szczęścia w losowaniu, żeby awansować do LM. Natomiast większość meczów ligowych to antyreklama piłki, a więc także sponsora, który reklamuje się za pośrednictwem takiego produktu. A niech jeszcze zdarzy się niewinna awanturka wywołana przez sfrustrowanych blokersiaków, którym skończyła się farba w sprayu...

Zatem sponsora czekają niemałe wydatki przy zupełnym braku szans na jakieś zyski. Czyli po sezonie musiałaby nastąpić kolejna sprzedaż najlepszych graczy, bilans zysków i strat i szukanie pozostałych dwóch-trzech graczy na przyzwoitym poziomie, jacy pojawili się w lidze i jakimś cudem chcą w niej zostać. A wszystko po to, by za ciężkie pieniądze, uzupełnić nimi skład.


Dziedzictwo nonsensu


Cała ta skomplikowana wirówka nonsensu ma proste rozwiązanie. Trzeba zaprzestać płacić kroci tym, którzy jeszcze zostali, a pieniądze przeznaczyć na produkcję armii piłkarzy, którzy w przyszłości wypełniliby kluby zachodnie i polskie. Na początek warto by sprowadzić kilku trenerów z nie tak drogiej Brazylii do uczenia techniki polskich juniorów. Ale to moje fantasmagorie niesione falą zwycięstwa Kanarkowych w Japonii. Oczywiście nikt u nas nie wdroży żadnego programu szkoleniowego. Nie ci ludzie, nie ten czas, nie ten kraj. Dobranoc Państwu.






Filip Kalczyński:

Hmmm

No cóż z przykrością muszę się zgodzić z wiekszością Pańskich tez. Jestem urodzonym optymistą, więc nie będę się zgadzał do końca. 1. Szkolenie młodzieży- ma Pan absolutną rację że jest to conajmniej dziwne, że nikt do tej pory nie zajął się tym poważniej. Wydaje mi się nawet, że sprowadzanie trenerów z Brazylii nie było by konieczne - wystarczy spojrzeć na wyniki osiągane przez nasze (polskie) młodzieżowe drużyny. Problem jest chyba jednak bardziej skomplikowany- szkolenie na tak dużą skalę, o jakiej Pan mówi, jest nierealne w kraju w którym nie ma boisk- dzieci w Argentynie, Brazylii czy nawet Afryce, grają gdzie popadnie, bo kariera piłkarska jest ich największym marzeniem, to dlatego tam mają taki wybór i takie możliwości szlifowania diamentów. W Polsce nie ruszymy ze szkoleniem na szeroką skalę, bez inwestycji Państwowych- a na to nie ma co liczyć- z roku na rok liczba godzin wf w szkołach jest coraz mniejsza... Zastanawiam się jednak, dlaczego nie powstają profesjonalne szkółki piłkarskie przy klubach- takich jak nasz. Właściwie wszystko wskazuje na to, że nie powinno być z tym problemu, wszystkie dzieci (przynajmniej z naszego województwa) na pewno z przyjemnością trenowały by w szkółce "Legii". Wystarczy tylko zapewnić im jednocześnie szkolenie naukowe- żeby zdobyć zaufanie rodziców tych dzieci, a przy tym ubezpieczyć, na wypadek, gdyby się okazało że talentu jednak nie stało. A Taki manewr tez nie powinien być trudny- wystarczy podpisać umowę z jakąś szkołą...

Podobny system działa w Ajax'sie i sprawdza się od lat, tyle że jest to strategia ddługo terminowa, a nasi prezesi rozliczani są z bieżących wyników- i tu chyba jest przysłowiowy pies pogżebany.

2 - znalezienie sponsora dla Legii. Przedstawił Pan czarną wizję, a Pańskiemu tłumaczeniu trudno odmówić logiki. Jednak mam nadzieję, że stan obecny wynika jednak bardziej ze złej sytuacji gospodarczej kraju i wszystkich działających w nim podmiotów gosp. Mało tego, mam też wrażenie że starania obecnego prezesa Legii (pana Miklasa) zmierzają w jak najlepszym kierunku. Podejżewam że główną barierą dla potencjalnego inwestora jest wspomniana także przez Pana nazwijmy to "atmosfera stadionowa". Szczerze przyznam, że większość meczów Legii oglądam w telewizji, bo nie mam zamiaru identyfikować się z częścią kibiców, dla których umiejętność wyrwania krzesełka z trybuny zdaje się być szczytem mozliwości intelektualnych. Mam wrażenie, że działania Pana Miklasa, zmierzają właśnie w kierunku zmiany tej sytucacji. Jeśli jego działania sprawią, że na stadion, jak kiedyś zaczną przychodzić rodziny, że wyciecka na stadion nie będzie kojarzyć się z możliwością stracenia portfela lub zdrowia, poprawi się wizerunek klubu a tym samym, zniknie bariera "wizerunkowa" dla potencjalnych sponsorów klubu.

I tak już komentarz zrobił się przydługi, więc nie będę się dłużej nad tym rozwodził.

Ja osobiście zostawiam sobie resztki nadzieji na to że zbliżający się sezon będzie udanym, a nadzieję tą opieram na wierze w naszego prezesa- dawno nikt tak kompetentny nie zarządzał tym klubem.


Kibic Wisły z Krakowa:

Jak zwykle się z Tobą zgadzam.


adam.zuber:

No coz zgadzam sie z toba w 100%.Cala nadzieja w Mlodych Wilkach.Tylko czy ich nie jest troche za malo? Uwazam ze co rok powinno w Legii powstawac kilka druzyn w nowym roczniku.Czy sa juz nastepcy Mlodych Wilkow?


Kristof:

Z wszystkim bym sie zgodził, poza jedną kwestią. Wszyscy marudzą, że w Polsce nie ma błyskotliwych talentów z powodu marnego szkolenia młodzierzy, a to nie do końa jest tak. U nas brakuje talentów z powodu mentalności piłkarzy, którzy wcale nie kochają futbolu i grają poważnie tylko jak coś mogą z tego mieć, a po meczu zamiast biegać do domu z piłką przy nodze jak brazylijczycy, wolą usiąść w jakiejś mordowni i sobie wypić, dużo wypić. Pozerstwo cholerne, a nie piłkarze! Jeździłem na obozy treningowe z drużyną i widziałem wiele talentów, które się marnowały tylko dlatego, że woleli zaimponować miejscowemu motłochowi, a na boisku wszyscy mieli już przed nimi padać na kolana.




Skomentuj felieton wysyłając maila na adres: legia@futbol.pl

Podaj ten news dalej: