- Osiągnąłeś coś wielkiego, w Polsce wszyscy uważają, że to wielki sukces. Ty mówisz, że to normalne. Czy to tylko wersja dla prasy, czy naprawdę nie widzisz nic nadzwyczajnego w podpisaniu kontraktu w NBA za 4,8 mln dol.?
- Na razie naprawdę to odbieram jak normalne podpisanie kontraktu. W polskich klubach wszyscy wyjeżdżają za granicę. Ja też chciałem grać w Europie i dlatego tu przyjechałem - żeby się lepiej do tego przygotować. A potem sytuacja tak się ułożyła, że udało się tutaj, w USA... I to naprawdę wszystko.
- Czyli nie ma żadnej różnicy dla Ciebie między podpisaniem kontraktu w Pruszkowie i w Memphis?
- Bo ja wiem, czy są jakieś różnice? Gdy trafiałem do Pruszkowa trzy lata temu, też była to dla mnie nieosiągalna drużyna. Przecież wcześniej moich nowych partnerów z zespołu widywałem w telewizji. Byłem zadowolony, że mogę z nimi porozmawiać na treningu. Teraz jest dokładnie tak samo. Może dlatego to dla mnie jest takie normalne, bo ja to już przeżyłem.
- Jesteś w USA już dwa, prawie trzy miesiące...
- Sam już nie wiem ile...
- ...i jak się czujesz z myślą, że w tym kraju będziesz mieszkał przez najbliższe trzy lata?
- Zdaję sobie z tego sprawę, że nie będzie stąd ucieczki. Jednak takie chyba powinno być życie sportowca, wiecznie poza domem... Byłem przygotowany, że zagram gdzieś w Europie, więc w sumie byłem zdecydowany na wyjazd.
- Jak sobie poradzisz w nowym mieście, już bez pomocy agenta, który - inaczej niż w Cleveland - nie będzie zawsze pod ręką, aby pomóc?
- Już teraz radzę sobie nieźle bez niego. Dotąd mój dzień wyglądał zawsze tak samo. Wstawałem rano, jakieś śniadanko, potem śmigałem na trening, gdzie było bardzo ciężko. Po dwóch, trzech godzinach pracy wracałem do hotelu, odpoczywałem, ewentualnie coś jadłem i wieczorem kolejny trening. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, więc myślę, że sam sobie jakoś poradzę.
- Jak opiszesz swoje ostatnie dwa tygodnie, od czasu, kiedy po raz pierwszy przechodziłeś testy dla przedstawicieli dziesięć klubów NBA w Cleveland. Co działo się później?
- Byłem zapraszany do zespołów, które były zainteresowane mną i mieliśmy z agentem i Łukaszem Jagodą taki mały objazd po USA. Gdzie byliśmy, Łukasz? Najpierw w LA, gdzie oglądali mnie Grizzlies, potem w Sacramento... Później byliśmy w Minnesocie i w Bostonie, gdzie pokazywałem się New York Knicks. Te sprawdziany były o tyle inne, że robiłem to, co kazali mi miejscowi trenerzy. Jednak w dalszym ciągu nie grałem przeciwko żadnym zawodnikom, tylko ćwiczyłem sam lub przeciwko trenerom. Oj, mieli w Sacramento takiego byka, że sam Shaq chyba by miał kłopoty.
- Co było później? Jak zdecydowałeś o tym, że zagrasz właśnie w Memphis?
- Wróciliśmy do Cleveland, gdzie menedżer przedstawił mi oferty. Wybrałem właśnie ten zespół, bo uważam, że mam tu szansę znaleźć dla siebie miejsce w składzie. W Grizzlies wiem, że na treningach będę pracował z drużyną, a nie stał pod ścianą i liczył, że się załapię choćby na trening. To było najważniejsze. Szczerze mówiąc, ile będę zarabiał dowiedziałem się dopiero dzień przed podpisaniem kontraktu, kiedy decyzja była już podjęta. Wcześniej miałem do wyboru tylko kluby i długość trwania umowy. Zresztą właściwie wszyscy proponowali trzy lata. To były oferty z tych klubów, które odwiedziłem.
- Jednak w Sacramento Kings miałbyś się od kogo uczyć gry środkowego - tam jest Vlade Divac. A w Memphis nie dość, że jesteś jedynym prawdziwym środkowym, to na dodatek wszyscy niemal zawodnicy są bardzo młodzi...
- Najlepsza nauka to granie, a na nie mam szansę w Memphis.
- Czy dokładnie znasz sytuację zespołu Memphis? Umiesz wymienić pełny skład zespołu?
- Nie, nie, jeszcze nie. Jednak naprawdę świetnie się czułem podczas tego sprawdzianu dla Grizzlies. Była naprawdę fantastyczna atmosfera. Myślę poza tym, że będzie łatwiej mi zapoznać się i znaleźć kontakt z młodszymi zawodnikami, którzy są w Memphis, niż z takimi, którzy już wiele lat grają w NBA. Łatwiej będzie mi stać się kolegą dla nich niż dla Divaca, który gra w koszykówkę tak długo jak ja żyję.
- Poznałeś jakichś zawodników Memphis poza tymi, którzy byli na lidze letniej w Utah?
- Nie, na razie nie. Ale tutaj mieliśmy naprawdę fajną ekipę, czułem się, jakbym z nimi grał od lat.
- Jak sobie wyobrażasz swoje najbliższe trzy lata w NBA? Co będzie się działo kolejno w sezonach 2002/03 i następnych?
- W pierwszym roku na pewno będę musiał ciężko pracować. Już teraz widzę, że są ogromne różnice w grze tutaj i w Polsce, zwłaszcza w obronie, więc muszę się wszystkiego niemal uczyć od początku. Będę się przykładał do ciężkiej pracy, i to chyba najlepszy sposób na to, żeby załapać się do składu. Jeśli w pierwszym roku uda się wyjść na boisko, ba - nawet załapać do składu na mecz - to będzie sukces. O następnych latach na razie nie myślę, wszystko zależy od tego, jak szybko będę się uczył. Czeka mnie wiele ciężkiej pracy, właściwie nad wszystkim.
- Wszystkim? To jaki element Twojej gry już teraz według Ciebie jest na poziomie NBA?
- Ja słyszałem, że mam dobrą koordynację jak na mój wzrost. Podobno dlatego się tutaj dostałem.
- Jak oceniasz swoją grę w turnieju w Salt Lake City?
- Na razie zupełnie nie rozumiem obrony tutaj. Sędziowie odgwizdują mi szybko faule, a kiedy przeciwko mnie rywale grają agresywnie, nie ma gwizdków. Czy jestem zadowolony? Trudno powiedzieć. To było wszystko nowe. Nawet zagrywek nie znałem. Dostałem mnóstwo kartek z rozrysowanymi zagraniami i studiowałem to w hotelu. I potem bez treningu musiałem to wszystko grać. Powiedzmy, że jak na pierwszy kontakt z tym wszystkim - nie było najgorzej. Chciałem, żeby było lepiej, ale nie było najgorzej.
- Kiedy po raz pierwszy uwierzyłeś, że gra w NBA jest w ogóle możliwa?
- Właściwie do końca w to nie wierzyłem, nawet jak słyszałem takie opinie. Nie docierało do mnie, że jest to realne. To były tylko marzenia. Mówią, że marzenia się spełniają, jak się mocno w nie wierzy. Więc może jestem tutaj, bo mocno wierzyłem? Jednak uczciwie przyznaję, że nastawiałem się na grę w Europie, chciałem tu potrenować, lepiej się przygotować. A że powstało zainteresowanie moją osobą, to... nie odmówiłem. Leżał przede mną kontrakt i wtedy dopiero właściwie we wszystko uwierzyłem.
- Jak wygląda taki kontrakt? Sto stron gęsto zapisanych?
- O tak! Jest tego dużo! W porównaniu z tym co podpisywałem w Pruszkowie, to papierów było z osiem razy więcej. Taka mała książka...
- Czy już przeczytałeś cały kontrakt dokładnie?
- Są dwie części, pierwsza identyczna dla wszystkich zawodników NBA i druga - indywidualna. Na razie zapoznałem się z tą, która dotyczy tylko mnie. Na tamtą też przyjdzie pora.
- Jak wyglądało samo podpisanie kontraktu? Gdzie się to w ogóle odbyło?
- W pokoju hotelowym w Salt Lake City. Nawet nie wiem, kto był jeszcze obecny, w takim szoku byłem. Oprócz mojego na kontrakcie jest podpis menedżera Grizzlies Dicka Versace. Jerry West nie był obecny.
- Jak będą wyglądały wypłaty?
- Pieniądze będę dostawał co dwa tygodnie. W równych porcjach przez cały rok. Pierwsza wypłata - siedem dni po podpisaniu kontaktu. Więc na razie jeszcze nie zarobiłem ani dolara. Poza tym muszę sobie założyć jakieś konto, bo na razie nie mają mi gdzie przelewać tych pieniędzy.
- Ile procent z Twojego kontraktu zabiera agent?
- To jest moja prywatna sprawa.
- W NBA podobno agenci zadowalają się mniejszym procentem od kontraktu niż menedżerowie europejscy. Na ogół jest to kilka procent, ok. 4-5 proc. Czy to prawda?
- (ze śmiechem) Nie wiem, ile biorą agenci w Europie. Nie wiem, ile biorą agenci tutaj.
- Jak wielka jest rola agenta w tym wszystkim. Patrząc z boku, wydaje się, że właściwie zaufałeś mu w stu procentach i robisz, co każe.
- Na pewno nie jest tak do końca. Wszystkie najważniejsze decyzje podejmujemy wspólnie. A o tym, gdzie będę grał, zadecydowałem sam. On tylko przedstawił oferty i musiał dostosować się do mojej decyzji.
- Jednak sposób, w jaki dochodziłeś do kontraktu w NBA - żadnych sparingów, tylko treningi indywidualne - to była jego koncepcja?
- Nie do końca. Na samym początku mojego pobytu w USA upadłem na rękę podczas treningu i odniosłem kontuzję nadgarstka. Przestraszyłem się, że kontuzjowanego - kaleki niemal - nikt nie będzie chciał. Więc sam bałem się grać.
- Wiadomo, że bez względu na Twoje występy Grizzlies będą Ci płacić przez trzy lata. Czy to jest motywujące do pracy, czy wręcz przeciwnie?
- Już mówiłem wiele razy, że przyjechałem tu przede wszystkim trenować. Nie myślę o pieniądzach w ogóle. To było dla mnie po prostu spełnienie marzeń. Poza tym nie mam na to czasu. Ciągle jestem zalatany, a to trening, a to kolacja, a to wywiad. Nawet nie wiem, ile dokładnie będzie tych pieniędzy. Chyba tę część kontraktu jednak pominąłem... (śmiech)
(Przysłuchujący się rozmowie Łukasz Jagoda dodaje: Czarek nie udaje. On naprawdę sobie jeszcze nie zdał sobie sprawy z tego, że jest naprawdę bogatym człowiekiem. Tak jak w ogóle nie zauważył, że jego życie się zmieniło.)
Właśnie! To prawda. Bo się właściwie nic nie zmieniło. Nadal widzę tylko halę, trenerów i restauracje. Może kiedy pojadę na jakieś wakacje, będę mógł korzystać z tych pieniędzy, to poczuję.
- Jak dotąd właściwie niewiele osiągnąłeś jako koszykarz. Podpisanie kontraktu to nie sukces sportowy. Co zaliczasz do swoich osiągnięć?
- Najpierw to, że zagrałem w Legii, a potem, że w potędze, jaką był niedawno jeszcze klub z Pruszkowa, parę razy przebiłem się na boisko. A co do kontraktów, to marzyłem o grze w Europie. Jakoś ten ocean zupełnie przeskoczyłem z rozpędu.
- Jesteś pierwszym graczem z Polski w NBA. Czy czujesz ten ciężar odpowiedzialności? Czy będziesz pamiętał o tym, że być może Twoje każde zagranie w NBA będzie oglądało z nadzieją wiele osób w Polsce?
- Myślę, że tego nie odczuję. Na razie widzę to z drugiej strony. Wszyscy pytają, skąd jestem, a kiedy słyszą Polska, nie wiedzą gdzie to. Dopiero wtedy, kiedy rzucę: "pierogi" albo "kiełbasa", to wiedzą, o co chodzi.
- Czy trzy lata temu zapytany o pierwszego koszykarza z Polski, który zagra w NBA, powiedziałbyś "Trybański!"?
- O nie, na pewno nie. Myślałem, że będzie to Wojtek Myrda, który tu studiował. Wydawało się, że to najlepsza droga, żeby się tu dostać.
- Czy po Tobie pojawią się niedługo tu kolejni Polacy?
- Chciałbym, żeby tak było. Miło byłoby spotkać na parkiecie kolegów, tak jak to było w Polsce, jak jechałem na mecz ligowy. Na razie nie mam tu kolegów. Poza Łukaszem oczywiście! (śmiech)
- Co byś doradził innym młodym, wysokim polskim koszykarzom, którzy marzą o NBA? Mają jechać do Cleveland i pytać o Marka Terminiego?
- (Śmiech) Tak mówiąc poważnie, Polska jest za daleko dla wysłanników klubów NBA. Dlatego trzeba szukać możliwości pokazania się za granicą. Mnie też nikt nie widział, dopóki tu nie przyjechałem. A jak już się pojawiłem, to miałem więcej propozycji niż kiedykolwiek w Polsce...
- Czy od małego byłeś kibicem koszykówki? Czy oglądałeś mecze po nocach, gdy Jordan zdobywał swoje pierwsze trzy tytuły na początku lat 90.?
- Nie, nie, to zaczęło się później, kiedy już byłem w szkole średniej, a NBA pokazywana była w TVN. Wtedy oglądałem wszystko. Zaraził mnie kolega, przez którego zacząłem trenować. Sportem się zainteresowałem właściwie dopiero wtedy, kiedy miałem 17 lat.
- Masz za sobą także epizodzik w filmie "Sześć dni Strusia", w którym gwiazdą był Adam Wójcik...
- Eee tam, w ogóle nie ma o czym mówić. Kazali mi zostać po treningu, bo byłem najmłodszy w zespole z Pruszkowa i potrzebowali do gry zespół przeciwnika dla ekipy Wójcika. Więcej było w tym przymusu niż własnej woli.
- Czy będziesz chciał grać w reprezentacji Polski? Wiadomo już, że nie będziesz dostępny w czasie sezonu NBA, więc eliminacje ME odbędą się bez Ciebie. A co z ewentualnymi finałami?
- Zawsze chciałem grać w kadrze, to jedno z moich marzeń. Jednak wszystko zależy od trenera. Nie wiem przecież, czy nawet dostałbym powołanie na te mecze. Czy pomógłbym tej kadrze? Nie mnie to oceniać. Jak zostanę powołany, to zawsze chętnie przyjadę.
- Co będziesz robił w najbliższych miesiącach, zanim rozpocznie się sezon?
- Tego na razie nie wiem. Wiem tylko, że bardzo bym chciał wrócić choć na kilka dni do domu, do Warszawy, zobaczyć się z rodziną. Jestem już trochę zmęczony. Wszystko to trwało dłużej, niż się spodziewałem.
- Czy rodzina przeniesie się za Tobą do Memphis?
- Jeszcze nie rozmawiałem o tym, ale raczej nie będą chcieli wyjeżdżać z Warszawy. Będzie bez nich na pewno ciężko, zawsze byłem blisko rodziców, w Legii 5 min piechotą, a w Pruszkowie 15 min jazdy samochodem.
- Będziesz uczył się angielskiego?
- Mam zamiar zatrudnić nauczyciela i nadrabiać straty. Chciałem już to zrobić wcześniej, ale ciągle gdzieś jeździliśmy i nie było na to czasu.
- Co wiesz o swoim nowym mieście, Memphis?
- Na razie tyle, że jest nie tak daleko od Cleveland, gdzie dotąd mieszkałem, i że jest niewielkim miastem. No i słynie z Elvisa Presleya. Jednak to akurat nie ma dla mnie żadnego znaczenia. To nie moja muzyka.
Rozmawiał Adam Romański