- Gratuluję dobrych występów w Hercie Berlin.
Bartosz Karwan: Dziękuję bardzo, mogę z panem porozmawiać prywatnie, ale jeśli coś pan będzie chciał zamieścić w gazecie, mówię stanowczo: nie!
- Dlaczego?
- Dziwi się pan, że nie chcę rozmawiać z prasą?
- Dziwię się, przecież jest pan profesjonalistą.
- Najpierw mnie wyzywacie od najgorszych, a później chcecie ze mną rozmawiać?
- Nie przypominam sobie, aby "Super Express" wyzywał pana od najgorszych...
- A ma pan przed sobą gazety z zeszłego tygodnia?
- Mogę sięgnąć do archiwum.
- To bardzo proszę, mam czas. Niech mi pan przeczyta wszystkie artykuły po tym, jak zapomniałem założyć koszulkę...
(Cała operacja trwała około dziesięciu minut, po czym Bartosz odparł: - No dobrze, proszę mi wybaczyć, wydawało mi się, że wszyscy przyłączyli się do tej nagonki).
- Obraża się pan na polską prasę, tymczasem to Niemcy najbardziej z pana drwili.
- Nieprawda. Śmiali się ze mnie, ale życzliwie. Napisali, że jestem koszulkowym gapą i tyle. Sytuacja naprawdę była zabawna. Następnego dnia wszyscy o tym zapomnieli.
- Nie potrafi pan śmiać się z siebie?
- Potrafię i tak też zrobiłem. Gdyby coś takiego zdarzyło się w Legii, koledzy robiliby sobie ze mnie jaja parę dni i tego się spodziewałem w Berlinie. Obawiałem się też reakcji trenera Huuba Stevensa. Jednak w klubie nikt do tego incydentu nie wracał. Tymczasem w Polsce nazwano mnie kretynem, pisano o hańbie, blamażu itp. Jak można tak mówić o piłkarzu, który jest reprezentantem Polski? W ojczyźnie powinno trzymać się kciuki za chłopaka, który gra gdzieś za granicą, cieszyć się jego sukcesami, a gdy coś się nie powiedzie, podtrzymywać na duchu. Przynajmniej ja tak zawsze myślałem. Okazuje się, że jest zupełnie inaczej.
- Nie przesadza pan?
- Sądzę, że w Niemczech mnie bardziej szanują jako piłkarza niż w Polsce. Ostatnio zrobiło mi się bardzo przykro, gdy niemiecki dziennikarz zapytał, czym podpadłem w Polsce, że tak źle o mnie piszą.
- Co tak naprawdę stało się z pana koszulką?
- To był zwykły przypadek, pech. Podczas meczu z Leverkusen było bardzo zimno. Zakładaliśmy na siebie mnóstwo rzeczy. Byłem bardzo zdenerwowany. Myślałem tylko o meczu i... zapomniałem. Co ciekawe, w przerwie siedziałem w szatni i ta nieszczęsna koszulka wisiała nade mną. A ja jej nie zauważyłem. Tak bardzo byłem zaaferowany tym, co mówi w szatni trener Stevens. Gdy tuż przed końcem zdjąłem dres i kurtkę, bo Stevens chciał mnie wpuścić na boisko, okazało się, że mam na sobie tylko podkoszulek. To się mogło zdarzyć każdemu. Koledzy mówili mi, że mieli podobne sytuacje, z tym że nic się nie wydało, bo całe spotkanie przesiedzieli na ławce rezerwowych. Kiedyś w Legii mój kolega w przerwie założył koszulkę z innym numerem. Nic się nie stało, nikt nie nazywał go kretynem.
- Trener Stevens nie obraził się na pana?
- Jak widać, nie. W meczu pucharowym strzeliłem zwycięskiego gola. Ostatnio zagrałem w lidze w pierwszym składzie. Tylko niech pan nie pisze, że chciałem coś komuś udowadniać. Afera koszulkowa nie ma żadnego wpływu na to jak wiedzie mi się w Hercie.
- Wypadł pan z kadry Zbigniewa Bońka po meczu z Belgią. Podobnie jak Paweł Kryszałowicz. Niedawno "Kryszał" powiedział na łamach "Przeglądu Sportowego", że rezygnuje z występów w kadrze. Pan też się obrazi?
- Nie rozumiem, jak można się obrazić na reprezentację.
Rozmawiał Cezary Kowalski