Wraz z końcem sezonu coraz głośniej o naszym wejściu do UE i o zmianach, jakie mają nastąpić w Legii. Podczas pucharowego meczu z Schalke 04 doszło do znamiennych inicjatyw zjednoczeniowych z udziałem naszego klubu. Kibice aspirujący do Unii zademonstrowali swoją wizję członkostwa demolując hotel i urządzając sobie mordobicie wraz z elementami przeprojektowania wystroju ulic. Członkowie Unii, czyli gospodarze, wpuścili kibiców kandydackich na jeden z najnowocześniejszych stadionów, ale umieścili ich w klatce, z której ci obejrzeli sobie mecz. Europejczycy oglądali zaś sobie kibiców przyjezdnych - jak w ZOO.
Atmosferę zjednoczeniowej sielanki popsuli tylko piłkarze. Zagrali tak, że nikt nie był zadowolony. Legionistów ów bezbramkowy mecz kosztował zaś tyle, że Ruchowi już nie dali rady. Teraz zrywa się lawina krytyki. Dowód to, że nawet najbardziej szmatława gra ujdzie płazem, jeśli uda się nie przegrać. Tym razem się nie udało. W najbliższych dniach zostaniemy zasypani światłymi koncepcjami i projektami przebudowy drużyny. Dostało się już nawet Okuce. Cóż, na pochyłe drzewo...
Spływ
Powód porażki jest tymczasem banalny. Otóż piłkarze nasi stracili walory motoryczne. Innymi słowy, nie mają siły biegać. Właśnie w takich momentach objawia się straszliwa nędza techniczna tych graczy. A ci wyróżniający się technicznie przeprogramowali się na rozgrywających i nabrali wstrętu do kopania piłki do bramki rywala, wolą do kolegów. Nominalnie rozgrywa Vuković, ale rozgrywanie bardzo przypadło do gustu także Kucharskiemu, który zapomniał zupełnie, że jest napastnikiem. A że Majewski poza celnym podaniem raz na jakiś czas nie umie nic, wychodzi paranoiczny styl gry, gdzie trzech facetów dogrywa piłkę do jednego - Stanko Svitlicy. Paradoksalnie żaden z tych graczy nie prezentuje formy choćby zbliżonej do optymalnej. Czy można się dziwić, że Legia oddaje po dwa strzały w meczu?
W momencie, gdy nie ma siły biegać, drużyna zaczyna grać formacjami, a zawodnicy kurczowo trzymają się własnych pozycji. Futbol wychodzi z tego bardzo schematyczny - czytelny dla przeciwnika. Legia gra z koszmarną manierą dziesiątek podań pod wrogim polem karnym. Kucharski z Vukovićem i Svitlicą wynaleźli sobie nową zabawę pt. najkrótsze podanie sezonu. Ze Szczakowianką jeden drugiemu podawał z odległości metra. Strzałów jak na lekarstwo, chyba że Surma się wkurzy i kopnie. Z Ruchem Surmie zabierano piłkę jak dziecku, a każde podanie Majewskiego było albo niecelne, albo niedokładne. Wśród nawałnicy rozgrywających piłkę rozdzielał już nawet Zieliński. Z wiadomym skutkiem.
Największym mankamentem Legii, o czym mam wrażenie już informowałem, jest jednostronność piłkarzy. Obecnie mamy nadmiar podawaczo-dogrywczy, z których żaden nie potrafi dobrze strzelić. Surma, który potrafi, nie umie dograć. Ci, którzy dobrze biegają, gorzej radzą sobie z piłką, ci, którzy piłkę opanowali, najczęściej brzydzą się biegania i w ogóle nie grają. Jak nie urok, to przemarsz wojsk. Pożyteczność ofensywna niezłego w odbiorze Szali kończy się na dośrodkowaniu. Podobnie ograniczył swój repertuar Kiełbowicz. Majewski nawet przed pustą bramką szuka kogoś, komu mógłby podać - wolno i anemicznie. Mankamentem obrońców - w zasadzie wszystkich polskich obrońców - jest prowadzenie piłki i elementarnego dryblingu. Owszem, Zieliński z Jóźwiakiem wybiją, wyprzedzą, przeskoczą, zablokują, ale potem pozostaje im tylko wybić. Ich przydatność w przodzie ogranicza się do wrzutów z autu i główek. Przy czym proszę zwrócić uwagę, że repertuar uderzeń Zielińskiego jest łatwo opisywalny, bo składa się z dwóch wariantów: główką jak w meczu z Wisłą i główką jak w meczu z Utrechtem - obie w dalszy róg bramki, co przyswoili już nawet piłkarze Avii Świdnik. Repertuar zagrań Kiełbowicza pod te główki Zielińskiego sprowadza się do jednego typu wrzutki - znanego państwu do bólu. O wiele wszechstronniejszy jest Omeljańczuk, któremu, jak słyszałem, wypomina się inklinacje do gry w przodzie. Zgodnie z duchem archaicznego przydziału do pozycji.
Wyruszała w pole wiara
Przypomnę, że Legia w tym samym zestawie osobowym wygrywała spektakularnie. Jednak wtedy, gdy wszyscy mieli siłę biegać i gdy podział ról nie był jeszcze tak wyrazisty. Nie można tymczasem osiągać sukcesów ograniczając się do kilku podstawowych elementów gry. Przecież Svitlicę jako jedynego strzelca można łatwo wyeliminować. Łatwo też zneutralizować kłębowisko rozgrywających, którzy podają sobie piłkę w stworzonym przez samych siebie tłoku. Proste kiksy Vukovića, Kiełbowicza czy Majewskiego w stuprocentowych sytuacjach podbramkowych dyskwalifikują tych graczy jako przydatnych w grze ofensywnej. Psują oni krew własnym kibicom, a nie rywalom. Przed polem karnym powinna obowiązywać jedna zasada: najprostszą drogą do strzału, a u nas obowiązuje zasada rekordowej liczby podań przed strzałem. Prosto i skutecznie kiedyś grał Svitlica. Teraz został uwikłany w koronkowe serie podanek. Defensywna siła Legii także spadła w chwili, gdy nasi piłkarze przestali tak dużo faulować - być może w obawie o kolejne żółte kartki. Jednak najbardziej irytujące są opiewane w mediach zagrania z pierwszej piłki, które grane na pamięć rzadko kiedy trafiają już do adresata. Jeśli gra się przy wykorzystaniu jak najmniejszej liczby środków technicznych, trzeba bardzo często zmieniać repertuar zagrywek. Mam wrażenie, że Legia zaczęła gubić punkty, gdy innowacyjność została zarzucona na rzecz docierania raz opracowanych schematów. Schematy te rozpracowali także przeciwnicy, a powolność legionistów ułatwiła zadanie rywalom. Zatem trudno rozważać kwestie personalne, kiedy system jako całość zaczął zawodzić i nikt nie ma siły. Jednak nie powód to do dramatyzowania. Legia początku XXI wieku nigdy nie będzie drużyną wielką, ale w naszej lidze może niejednemu krwi napsuć. Jeśli zarząd nie zaordynuje wyprzedaży oczywiście... Należy ufać, że Okuka doprowadzi tę drużynę do porządku. Tyle, że szczytowe osiągnięcia Legii na jesieni br. pozostawiły pewien niedosyt. Zabrakło piękniejszej gry i jednego przynajmniej spektakularnego zwycięstwa więcej. W ramach podsumowania sezonu pozwolę sobie sporządzić małe zestawienie składu Legii, wokół którego powinna zostać dobudowana drużyna na wiosnę:
Stanew
Szala, Zieliński, Omeliańczuk
Surma
xxxxxx?, Kucharski, Vuković, Kiełbowicz
Svitlica, xxxxxxx?
Majewskiego i Magiery trzeba się pozbyć jak najszybciej, Stanewa można sprzedać za przyzwoite pieniądze, Dudka wystawiać w przodzie, gdy tylko ktoś z ofensywnych pomocników czy napastników jest w słabszej formie. Dudek zaczynał karierę jako napastnik i o wiele lepiej radzi sobie w przodzie. Do obrony nie nadaje się w ogóle lub zwyczajnie szkoda go tam. Kiełbowicza zmieniać z Wróblewskim na podobnej zasadzie. Pozyskanie napastnika i prawego pomocnika wydaje się nieodzowne. Tylko tak można urozmaicić repertuar zagrań Legii. Kwestia Zielińskiego, Jóźwiaka czy Kucharskiego to temat koniecznych zmian w ramach wymiany pokoleniowej. Będą one wisiały nad klubem jak miecz Demoklesa. Tym bardziej, że jak się okazało, Legia nie ma drużyn młodzieżowych, nie ma pieniędzy, a koncepcji na przyszłość ma wciąż zbyt wiele, żeby można było wypracować jedną koncepcję. Dołączenie do średniaków europejskich jest torpedowane przez groźbę zagłady, rozpaczliwe ratowanie klubu kłóci się z mistrzowskimi aspiracjami itd. itp.
Na zarządzie
Wszystko zależy od zarządu. A tu, mam wrażenie, zanosi się na cyrk, nawet jeśli wejdzie inwestor. Pol-mot nawet wobec sprzedaży udziałów nie zamierza z Legii się wycofać. CWKS także się Legii nie pozbędzie, bo co by robił. Zatem wchodzący inwestor mógłby co najwyżej kupić 80 proc. akcji Pol-motu i wziąć sobie na głowę utrzymanie drużyny, spłacenie długów, zmaganie się z resztą udziałowców na zarządzie oraz finansowanie nowych transferów Legii. Przypomnę, że w podobnej konfiguracji działało w Legii Daewoo. Przypomnę też, że wyniki finansowe za obecny sezon, który będzie podsumowany w czerwcu pewnie, wskazują, iż Legii długi rosną. Może się zdarzyć, że lada dzień znajdziemy się w podobnej sytuacji jak Pogoń. Istnieje szansa, że los ten spotka połowę ligi. Zgodnie z wyznawanym przeze mnie katastrofizmem, liga w ogóle może przestać istnieć i przyznam się państwu, że wcale za nią nie będę płakał, bo zasłużyła sobie... Ile lat można się emocjonować półproduktem imitującym prawdziwą piłkę, czy choćby prawdziwe rozgrywki. Nie mówiąc już o przebierańcach, którzy udają profesjonalnych piłkarzy. Skoro zdrowy rozsądek tego nie wyrugował, to może uda się recesji i nieubłaganym prawom ekonomii. A tymczasem...
Tymczasem nastał czas zachwytów nad Wisłą, bo zabiegała Parmę. Gdyby nie kiks bramkarza Freya - być może niewiele wyszłoby nawet z tego mozolnego biegania. Szczyt formy charakteryzuje się tym, że drużyna biega, walczy i robi dużo zamieszania. Nie znaczy to jeszcze, że to drużyna na miarę Europy i nie zdziwię się, kiedy na wiosnę zobaczymy starą dobrą Wisełkę - przepłacaną i normalną, naszą ligową - przetrenowaną albo niedotrenowaną.
Czy ktoś z Państwa wie, dlaczego Rewiński z Piaseckim wspominali coś w tv(n) o upijaniu piłkarzy Parmy przed meczem Krakowie?
Felieton
Ostatni podryg
wtorek, 19 listopada 2002 13:22
Genezyp Kapen