Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Kibic totalny

wtorek, 24 grudnia 2002 12:47
Muniek Staszczykźródło: Przegląd Sportowy

- Przed tegorocznym Mundialem grupa "Szwagierkolaska" wydała dwie piosenki "Najważniejszy jest gol" i "Toast". Niewiele to jednak pomogło!

Muniek Staszczyk: Niestety. Przeżyłem bardzo zwycięski mecz z Norwegią w Chorzowie, który dał nam awans do finałów mistrzostw świata. Byłem na nim z synem. Jako kibic reprezentacji czekałem na to szesnaście lat. Zapaliło się światełko w tunelu, wszyscy byliśmy optymistycznie nastawieni do występu Polaków na mistrzostwach świata, może zbyt optymistycznie. Bo przecież mecze towarzyskie pokazywały, że przed turniejem finałowym nie było dobrze. Na osłodę wygraliśmy mecz z USA, ale w sumie występ reprezentacji na Mundialu był dla mnie ciosem. Przeżyłem strasznie dwie porażki - z Koreą i Portugalią. Skłaniałem się nawet ku wyjazdowi na finały mistrzostw świata. Ostatecznie nie poleciałem, czego na początku żałowałem, ale potem mi przeszło.


- Od kiedy interesuje się pan sportem?

- Z piłką, bo to jest mój sport ukochany, zetknąłem się na początku lat siedemdziesiątych. Widziałem mecze pucharowe Górnika oraz Legii. Oglądałem z ojcem finał Górnika z Manchesterem City, nawet pamiętam, że chorowałem wtedy na anginę. Wspominam oczywiście mecze z Anglikami - w Chorzowie oraz na Wembley. Jednak wybuch zainteresowania piłką nastąpił u mnie podczas mistrzostw świata w 1974 roku, kiedy miałem jedenaście lat. Wtedy wszyscy na podwórku grali w piłkę. Oczywiście już przed 1974 rokiem wiedziałem, kto to jest Deyna, Szarmach, Lato i Gadocha.


- Istnieje wiele pięknych dyscyplin sportu. Dlaczego pana wciągnęła akurat piłka nożna?

- Możemy się nad tym długo zastanawiać, możemy na ten temat długo gadać. A odpowiedź jest jedna, bardzo prosta. Odpowiedzią są wszystkie cyklicznie rozgrywane mistrzostwa świata, pełne trybuny na meczach w ligach europejskich. Jest to główna gra zespołowa naszych czasów. Nie oszukujmy się, jest to religia dla niektórych ludzi. Dlaczego kocham piłkę? Bo najbardziej zdrowe są sporty zespołowe, zdrowe w sensie rywalizacji. Po jednej i po drugiej stronie staje naprzeciw siebie jedenastu facetów i grają. Są oczywiście jeszcze sędziowie, ich bolesne pomyłki. Także mamy duże pieniądze uwikłane w piłce. Stopniowo coraz większe. Jedni ludzie mówią, że to lepiej inni, iż gorzej. Jest to piękna męska gra oparta na tym, iż wygrywa lepszy. Znajduje się w tym w sumie jakaś prawda. Oczywiście czasami, tak jak w boksie, nie wygrywa w futbolu lepszy. Piłka jest wizualnie czymś cudownym. Lubię też hokej, siatkówkę. A także tenis ziemny, gdyż akurat w niego grałem, gdy byłem dzieciakiem, bo wtedy Wojciech Fibak znajdował się na topie. Teraz głównie ze względu na Adama Małysza oglądam skoki narciarskie. Jednak piłka jest sportem numer jeden. Większość facetów tak odpowie, my mamy to chyba w genach. Jest coś naprawdę cudownego, kiedy ogląda się mecz na Camp Nou, ciekawe spotkanie ligi angielskiej, czy nawet naszą Legię lub Wisłę.


- Jest pan kibicem w kapciach, czy odwiedzającym obiekty sportowe?

- Od niedawna chodzę na mecze z synem na Łazienkowską. Wolę oglądać spotkania na żywo, niż w telewizji. Wypełnione trybuny, to po prostu coś pięknego. Byliśmy jesienią na wielu meczach Legii, także na występach reprezentacji. Na stadionie zdecydowanie inaczej przeżywa się mecze. Na pewno nie mógłbym być trenerem, bo za bardzo się denerwuję, gdy jestem na stadionie. Lubię oglądać też mecze w pubie, przy piwku, ze znajomymi. Nie ukrywam tego, to jest zawsze fajna rzecz. W domu też oglądam, ale już bez takich emocji.


- Mecz na żywo można porównać z koncertem?

- Na pewno tak. Koncert lub mecz na żywo to zupełnie coś innego, niż oglądanie tych widowisk w telewizji. Zespół The Rolling Stones już z pięć razy widziałem na żywo i mogę śmiało powiedzieć, iż płyta nigdy nie odda tych emocji, jakie przeżywamy na koncercie. Płyta jest do słuchania, do rozkoszowania się. Kamery też świetnie pokazują Mundial, Ligę Mistrzów, ale oglądając coś na żywo doznaje się większych emocji. Inaczej czas płynie przy telewizorze, a zupełnie inaczej, szybciej, gdy jesteśmy w centrum wydarzeń.


- Jak to było i jest u pana ze sportem?

- Grałem w tenisa w latach siedemdziesiątych. Ogarnęła nas mania, za sprawą Wojciecha Fibaka. Potem, w średniej szkole, w Częstochowie, zdobyłem nawet mistrzostwo szkoły. Tenis mnie wciągnął, choć oczywiście nie chodziłem do szkoły sportowej. W piłkę też grałem, bez większych sukcesów, tak jak każdy chłopak. Następne były narty. Od dwudziestu lat jeżdżę rekreacyjnie na nartach w polskich górach, a także w Alpach. Niekiedy na Słowacji. Staram się dwa razy w roku być w górach. Ostatnio, trzy lata temu złapałem innego bakcyla. Kolega zaraził mnie squashem. Bardzo szybką, męską grą.


- Jakich, pana zdaniem, mamy kibiców w Polsce?

- Problem chuligaństwa istnieje na całym świecie. Walczyli z tym bardzo mocno Anglicy. Jest tam monitoring, na bezpieczeństwo przeznacza się większe środki jak u nas. Nasi kibice na meczach reprezentacji w kraju zachowują się super. Tak było choćby na meczu w Chorzowie z Norwegią. Natomiast podczas spotkań wyjazdowych potrafią się ze sobą bić kibice Legii i Widzewa, co jest dla mnie szczytem idiotyzmu. Mam znajomego Anglika, który nie mógł zrozumieć jak fani z tego samego kraju mogą się bić ze sobą. Ten incydent naświetliła nawet angielska prasa. Takie rzeczy, jakie się działy ostatnio po meczu Legii z Widzewem, psują polski futbol. Nasi kibice muszą wreszcie nauczyć się większej tolerancji w stosunku do czarnych zawodników. Na Legii w ciągu ostatnich kilku lat zrobiło się bezpieczniej. Ja siadam na trybunie krytej i nie czuję się tam zagrożony. To, że jedni kibice nie lubią drugich, to nie jest aż tak nienormalne. Tak jest na całym świecie, niech się nawet obrażają, ale przemocy nigdy nie zaakceptuję.


- Ma pan znajomego Anglika, każdy Anglik to totalny kibic. A pan?

- Jestem kibicem, ale nie kibolem.


- Ja nie mówię o kibolu. Czy jest pan totalnym kibicem?

- Uważam, że tak.


- Powiadają, że muzyka łagodzi obyczaje. Czy sport także?

- Kiedy myślę o sporcie, widzę zdrową męską rywalizację. Kto jest lepszy, kto gorszy. Myślę o bólu przegranego, o radości zwycięzcy. Nie zaprzątam sobie wtedy głowy chuliganami, nie myślę o przemocy. Kocham i cenię sportowców za takie rzeczy, które nie da się zmierzyć pieniędzmi. Owszem, sport się łączy z pieniędzmi, najlepsi zarabiają duże i dobrze. Natomiast sport może łagodzić obyczaje w samym zamierzeniu rywalizacji. Ktoś, kto jest lepszy, wygrywa i trzeba go za to szanować.


- Jak będą wyglądały najbliższe święta wedle Muńka Staszczyka?

- Są to najważniejsze święta dla Polaków. Dla tych wierzących i niewierzących. Pomijając nawet to, że jeżeli ktoś nie wierzy - ja akurat jestem osobą wierzącą - to Boże Narodzenie również kojarzy mu się z czymś fajnym. Spędzę święta normalnie, tradycyjnie w Warszawie, razem z żoną Martą, z synem Jankiem i córką Marysią. Przyjadą do mnie również z Częstochowy rodzice. Sylwestra też planuję spędzić w Warszawie.


- Wigilia kojarzy się z tradycyjnymi potrawami. Gotuje pan choć trochę?

- Cenię sobie dobrą kuchnię, lubię zjeść, jednak sam niewiele potrafię. Ponoć robię dobrą jajecznicę. Nawet moja żona nie robi takiej. Syn zamawia ją najczęściej u mnie. Spaghetti mogę też zrobić. Pracowałem w knajpie w Anglii, podglądałem kucharza, ale jak widać niewiele już z tego zostało.


- Interesuje się pan sportem, o pana muzycznych dokonaniach wszyscy wiedzą. A na coś jeszcze starcza panu czasu?

- Zawsze lubiłem podróże. Na ile mi czas pozwala i na ile mam pieniądze, staram się wyjeżdżać w świat jako turysta. Europę prawie całą zwiedziłem, w Ameryce też byłem. Nie byłem za to jeszcze w Azji i Afryce.


- Co ciągnie pana w szeroki świat?

- Każdy kraj po prostu ma coś w sobie, jakiś klimat. Nie lubię korzystać z biur podróży. Nie pasuje mi tak zwany turystyczny pakiet, z najlepszym hotelem w mieście. Bardzo lubię podróżować samochodem, na własną rękę. To my z rodziną decydujemy gdzie chcemy posiedzieć, co zobaczyć.


- Czy wierzy pan, że z polską piłką będzie lepiej?

- Nie mam wyjścia, muszę wierzyć. Przeżyłem już takie momenty, gdy za czasów Łazarka bądź Apostela dostawaliśmy w tyłek. Teraz wygląda wszystko dość słabo. Dla mnie wiąże się to z jakąś frustracją. Mój syn po turnieju w Korei stwierdził, iż reprezentacją interesuje się mniej. Po prostu reprezentacja w tej chwili złamała mu serce - zaledwie trzynastoletniemu chłopakowi, który totalnie kocha piłkę. Przerzucił serce na Legię, choć mu mówię, że reprezentacja jest najważniejsza. Przeżył bardzo porażkę legionistów z Schalke. Z Łotwą trochę mniej. Może pocieszeniem będzie to, że gorzej niż z Łotwą nie można już zagrać.


- Jakie życzenia, jako kibic niemal doskonały, złożyłby pan sympatykom sportu?

- Chciałbym życzyć kibicom większej tolerancji wobec siebie. Zaapelowałbym, aby margines nie był główną siłą. Aby całe rodziny nie bały się chodzić na mecze. Życzyłbym większej liczby oświetlonych stadionów, takich, gdzie jest komfort oglądania piłki. Już nie marzę o takiej sytuacji, aby podczas meczu można było sobie wypić piwko. Bo gdyby zaczęli je sprzedawać wówczas niektórzy kibice mogliby się pozabijać. W Niemczech można sobie spokojnie skosztować na stadionie jasne z pianką. Ja też bym sobie z przyjemnością wypił i potem nikomu oczu bym nie wydłubał, wielu ludzi też by z pewnością tego nie zrobiło i nie tylko z racji świąt...


Rozmawiał Maciej Polkowski

Podaj ten news dalej: