Maciej Weber: Jaki to był rok?
Cezary Kucharski: Dla mnie bardzo dobry. Po raz pierwszy zostałem mistrzem Polski. W dodatku z drużyną, której zawsze kibicowałem i w której dwukrotnie byłem wicemistrzem. Później pojechałem na mistrzostwa świata i zagrałem tam mecz. Jesień już tak dobra nie była, brakowało błysku.
- Czy w zeszłym roku o tej porze spodziewał się Pan takiego rozwoju wypadków? Przynajmniej, jeżeli chodzi o reprezentację, bo początkowo na tak pomyślny scenariusz się nie zanosiło. W lutym na Cypr z reprezentacją pojechało aż pięciu legionistów, nawet rezerwowy w klubie Mariusz Piekarski, a Cezarego Kucharskiego w tym gronie zabrakło.
- Myślałem o grze w reprezentacji, ponieważ grałem w niej u innych trenerów, którzy mnie doceniali. Wiedziałem, że najlepszą wizytówką będzie dobra gra w Legii. Wierzyłem w to, skoncentrowałem się na dobrym przygotowaniu do sezonu i to się opłaciło. Trener Engel zabrał mnie na mistrzostwa.
- Poprzednio w tak dobrej formie jak w ubiegłym sezonie był Pan pięć lat temu, gdy zdobył tytuł wicekróla strzelców polskiej ekstraklasy. Czy tamte 17 goli to nie większy wyczyn niż 13 w ostatnich rozgrywkach?
- Wtedy grałem na podobnym poziomie, ale teraz mam większy wpływ na postawę zespołu. Przed paroma laty grałem bardziej indywidualnie. Teraz jestem bardziej dojrzałym piłkarzem. Poza tym wówczas Legia zdobywała tylko wicemistrzostwo, więc satysfakcja nie mogła być pełna. Tym bardziej że zarówno do sukcesu z zespołem, jak i indywidualnego brakowało mi bardzo niewiele. W tabeli kilku minut do końca meczu z Widzewem, a w klasyfikacji strzelców jednego gola do Mirka Trzeciaka.
- Zdobywanie bramek zawsze jest największą przyjemnością w grze w piłkę nożną. W tym roku wiosną najwięcej dla Legii zdobywał ich Sylwester Czereszewski, jesienią Stanko Svitlica. W każdym razie nie Cezary Kucharski.
- Gdybym był o parę lat młodszy, to być może doskwierałoby mi to, że to nie ja strzelam najwięcej. Czuję się doceniony także przez to, że wiele bramek padło po moich podaniach. Kilka było takich, że Sylwek właściwie wpychał piłkę do pustej bramki - jak w meczach z Pogonią w Szczecinie czy z Odrą w Wodzisławiu, gdy stało wokół mnie sześciu obrońców, a ja wyłożyłem mu piłkę.
- Legia ma szeroką kadrę uznanych w polskiej lidze piłkarzy, a gra praktycznie tym samym składem. Pojawili się pierwsi niezadowoleni z roli rezerwowych jak Jacek Magiera czy Marek Saganowski...
- Być może dobre dla zespołu byłoby, gdybym ja albo jeszcze kilku innych na chwilę usiadło na ławce, a potem wrócilibyśmy do gry wypoczęci. Trener wychodził jednak z założenia, że skoro drużynie idzie, to nie ma sensu niczego zmieniać. Rola trenera nie jest łatwa. I w końcu przestało iść. Nasza passa bez przegranej w lidze zatrzymała się na 33 meczach.
- Mistrzem Polski jest Legia, ale najlepsza drużyna w kraju to Wisła. Tak się mówi i takie wrażenie można było odnieść po pierwszej połowie meczu w Warszawie, ostatecznie wygranego jednak przez Was 3:2.
- Gdyby prześledzić transfery z dwóch ostatnich lat, to łatwo zauważyć, że Wisła oprócz Kałużnego nie pozbyła się żadnego klasowego piłkarza, a kilku bardzo dobrych udało jej się pozyskać. Sytuacja finansowa krakowskiego klubu jest znacznie lepsza niż naszego. A odejście przed dwoma laty znajdującego się wtedy w świetnej formie Giuliano czy później takich graczy jak Mięciel, Karwan, Murawski, Piekarski, Robakiewicz lub Kowalewski musiało mieć wpływ na układ sił. Gdyby z Wisły wyjąć np. Żurawskiego, Kosowskiego, Głowackiego czy Kuźbę, to byłoby im znacznie trudniej. Biorąc jednak pod uwagę, że nadal są w tej drużynie, to teoretycznie Wisła jest od nas mocniejsza. Ale rok temu sytuacja była podobna i to my sięgnęliśmy po mistrzostwo. Nie przejmuję się takimi opiniami. Wręcz się z nich cieszę, bo mogą tylko nas zdopingować. Nie przegraliśmy w lidze 33 spotkań z rzędu, ograliśmy Wisłę kilkakrotnie, a mam wrażenie, że tak naprawdę nikt tego nie docenia.
- Które z ubiegłorocznych spotkań wbiło się Panu najbardziej w pamięć?
- Wielką frajdą były zwycięstwa nad Wisłą, ale równie wielką te nad Utrechtem. Byliśmy pierwszymi, którzy w pucharach pokonali zespół z Holandii. Dobrze wspominam także remis 0:0 z Odrą decydujący o tytule. Jeżeli chodzi o poziom, może nie był to najlepszy mecz, ale trudny od strony psychologicznej, bo już przed jego rozpoczęciem zostaliśmy obwołani mistrzami. Kibice szykowali się do fety. A dodatkowo mecz, w którym nie grałem. Ja, Maciek Murawski i Jacek Zieliński byliśmy akurat w drodze do samolotu na MŚ, a Legia grała pierwsze finałowe spotkanie Pucharu Ligi z Wisłą. Przez cały czas wisieliśmy na telefonie. Nikt nie przewidywał, że może być dla nas 3:0. Potem żartowaliśmy sobie z Maćka Żurawskiego i Arka Głowackiego, że oni dwaj więcej znaczą dla Wisły niż nasza trójka dla Legii. Cała kadra żyła tamtym spotkaniem. Przez całą podróż do Korei mieliśmy superhumory.
- Rozczarowanie roku?
- Chyba mecze z Schalke. Nadal jestem przekonany, że gdybyśmy utrzymali dyspozycję ze spotkań z Utrechtem i Polonią, to dalibyśmy radę. Niestety w terminarzu nastąpiła przerwa dla reprezentacji i w międzyczasie forma gdzieś uleciała. Zabrakło nam dynamiki, szybkości, poprzedniej ochoty do gry.
- Padały zarzuty, że do Gelsenkirchen pojechaliście nie po awans, tylko po korzystny wynik.
- Trudno grać rewanż ze świadomością, że trzeba wygrać 2:0, nie stracić bramki. Liczyliśmy, że uda się strzelić i wtedy ruszymy. Stanko Svitlica i Adam Majewski byli bardzo tego bliscy. Podjęcie ryzyka wcześniej nie byłoby rozsądne i mogło się skończyć tragicznie. Trener też tak spekulował, bo taką, a nie inną ustalił taktykę. Gdy Schalke grało z Wisłą, było w słabszej dyspozycji niż w meczach z nami. Niemcy w Krakowie zmarnowali więcej sytuacji, niż mieli w obu spotkaniach z Legią. Doszły jeszcze kontuzje, np. nie zagrał Varela, który nam strzelił dwie bramki. Ale cieszę się z sukcesu Wisły, bo udowodniła, że w Polsce potrafimy dobrze grać w piłkę nawet przeciwko rywalom o dwudziestokrotnie od nas większym budżecie. A my z Wisłą wygrywaliśmy. Jej wygrane dobrze więc świadczą i o nas. Maciej Żurawski zabrał mi nagrodę dla Piłkarza Roku w kraju? To nieistotne. Ważne, że według was zostałem najlepszym piłkarzem w Warszawie.
- Legia pod koniec sezonu także straciła skuteczność. Gdy Wisła w czterech meczach strzeliła 16 goli, to Wy zaledwie dwa. A Pan ostatniego zdobył w październikowych derbach z Polonią.
- Rzeczywiście, pod koniec sezonu miałem kiepską skuteczność. Wynikało to jednak z tego, że byłem przemęczony, a poza tym przez wiele tygodni grałem na środkach przeciwbólowych. Trener jednak nalegał. Nie jestem maszyną, a od razu po MŚ wszedłem w kolejny okres przygotowawczy. Naturalną rzeczą było, że na pełnych obrotach nie jestem w stanie grać bez odpoczynku.
- Czy w związku ze zmianą na stanowisku selekcjonera ma Pan nadzieję na powołania?
- Z Pawłem Janasem współpracowaliśmy w Legii, więc to naturalne, że zna mnie lepiej niż Zbigniew Boniek. Z tego tytułu jest to dla mnie jakiś mały plus. Dlatego liczę, że zostanę poddany sprawdzianom.
- Jeżeli chodzi o powołanie do poprzedniej reprezentacji i wyjazd na MŚ, Tomasz Hajto stwierdził, że nominację zawdzięcza Pan m.in. jemu i powinien dziękować, że zobaczy Koreę. Podgrzewanie atmosfery przed meczami Legii z Schalke poprzez starcie Kucharskiego z Hajtą nie było więc wcale nieuzasadnione.
- W Azji doszło do kilku naszych słownych utarczek. Nie mogło być jednak inaczej. Jeżeli Tomek szydził z mojego kolegi, w odpowiedzi ja szydziłem z niego. A jemu w głowie się nie mieściło, że taki debiutant w kadrze Engela jak ja może mu się przeciwstawić. Po meczu z Schalke w Warszawie podziękowaliśmy sobie za walkę, więc tym bardziej zdziwiłem się, że potem zaatakował mnie na łamach prasy. Gdy kiedyś graliśmy razem w młodzieżówce, nawet dobrze się rozumieliśmy. Ale od tego czasu bardzo się zmienił.
- W minionym roku podczas meczu z Wisłą miał Pan też konflikt z Arkadiuszem Głowackim.
- To zupełnie inna sprawa. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. A Wydziałowi Dyscypliny PZPN zapowiedziałem, że pracuję nad sobą. I podczas rewanżu z Schalke, gdy Van Hoogdalem uderzył mnie łokciem i jeszcze dostałem żółtą kartkę, a on nie, wytrzymałem ciśnienie i nie zrobiłem nic, co pozwoliłoby sędziemu wyrzucić mnie z boiska. Po tym starciu miałem rozciętą skórę pod okiem, ząb rusza mi się do dzisiaj.
- W tym roku otworzył Pan swoją stronę internetową - www.kucharski.e-sport.pl.
- Pomagają mi przyjaciele. Dyskutuję jednak na forum, odpowiadam na pytania. Lubię to i w dodatku pewne sprawy mogę wyjaśnić, sprostować. Nie jestem jedynym piłkarzem ze stroną internetową. W Legii taką ma Jacek Magiera.
- Właśnie w internecie można było przeczytać o rozmowach z amerykańskim DC United. Do tej pory nie wiadomo na 100 proc., gdzie wiosną zagra Cezary Kucharski. Pora się zdeklarować.
- Mój menedżer pracuje nad tym. W ciągu tygodnia, dwóch propozycja kontraktu ma być gotowa. Jednocześnie rozmawiam z Legią o przedłużeniu umowy. To dla mnie komfortowa sytuacja. Nie chcę w tej chwili składać deklaracji, bo wiem, że bywają one później wykorzystywane przy negocjacjach. Po rozmowach z prezesem Trylnikiem wiele wskazuje jednak na to, że zostanę.
- Czy na Pańską decyzję mogą mieć wpływ kłopoty finansowe Legii? Klub nie wypłacił Wam premii za mistrzostwo Polski. Będziecie strajkować?
- Nie wiem, w jakich nastrojach koledzy wrócą z urlopów i jak zareagują na propozycję klubu wypłacenia 10 proc. sumy kontraktowej. Trudno z pełną mobilizacją walczyć o kolejny tytuł, jeżeli nie zapłacono za poprzedni. Jesteśmy jednak rozsądnymi ludźmi. Zależy nam na dobrych wynikach, a w ich osiąganiu strajki nie są pomocne. Powinniśmy się dogadać.
Rozmawiał Maciej Weber
Wywiad
Stołeczny piłkarz roku
poniedziałek, 30 grudnia 2002 21:58
Cezary Kucharskiźródło: Gazeta Wyborcza