Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Mam, co chciałem

czwartek, 30 stycznia 2003 11:00
Marek Saganowskiźródło: Przegląd Sportowy

Wielu piłkarzy na miejscu Marka Saganowskiego załamałoby się po ciężkim wypadku motocyklowym. Napastnik Legii nie rozpaczał jednak z powodu roztrzaskanego kolana, tylko ostro pracował i dziś zbiera efekty. Podpisał nowy kontrakt z warszawskim klubem i od końcówki rundy jesiennej systematycznie podwyższa notowania.


- Wiele zawdzięczam żonie, Kamili, która podtrzymywała mnie na duchu przez te wszystkie trudne lata. Dziś może mieć satysfakcję, że nakłaniała mnie do pozostania przy futbolu, bo było warto - mówi "Sagan". - Potrzeba mi jeszcze tylko kilku udanych meczów, żeby poczuć się legionistą pełną gębą. Tyle, że jestem znacznie bardziej pewny siebie niż jesienią. Już bowiem nie jestem zawodnikiem niczyim czy zatrudnionym na próbę. Przed wyjazdem na pierwsze zimowe zgrupowanie, do Solca Kujawskiego, przedłużyłem kontrakt do końca 2006 roku. To daje duży komfort.


- Otrzymał pan podwyżkę? Bo zdaje się, iż o to szły targi z działaczami.

Marek Saganowski: Nie, wcale nie podwyżka, którą oczywiście otrzymałem, była głównym powodem przeciągania się negocjacji. Chciałem mieć dłuższą umowę, bo wiadomo, iż w takiej sytuacji klub musi zainwestować w zawodnika. Mam nadzieję, że teraz częściej będę dostawał szansę i nie tylko w ostatnich minutach. Moje ambicje sięgają oczywiście pierwszego składu.


- Suma odstępnego, wpisana w kontrakt, jest wysoka - sięga miliona euro.

- Na razie ta klauzula obowiązuje przez pół roku, ale nie miałem nic przeciw wpisaniu jej w umowę. Po prostu, w tym momencie chcę grać w Legii, nie myślę wcale o zagranicznych wojażach. Zamierzam odbudować formę i pozycję w kraju, a zespół z Łazienkowskiej to idealne ku temu miejsce.


- Rok rozpoczął pan bardzo dobrze, od dwóch goli wbitych w pierwszym sparingu Legionovii.

- Bardzo się z tego cieszę. Nie każdy może grać w Legii, a tym bardziej nie każdy może liczyć na tak ciepłe przyjęcie, jakie zgotowali mi kibice z Łazienkowskiej, Nie mam więc wyboru - chcę się odwdzięczyć za tę sympatię bramkami zdobywanymi nie tylko w grach sparingowych.


- Mówi pan o coraz większej więzi z Legią, tymczasem podczas zgrupowania na Cyprze mieszka pan z Łukaszem Surmą, który ma identyczny staż w klubie jak pan.

- Nie ma w tym nic dziwnego, bo to mój przyjaciel. Razem przyszliśmy do Legii, ale znaliśmy się znacznie wcześniej, z młodzieżówki. Zakolegowały się też nasze żony, więc w Warszawie spotykamy się nie tylko przy okazji treningów, meczów czy przedmeczowych zgrupowań.


- Trenował pan już kiedykolwiek tak mocno zimą?

- Owszem, zdarzyło mi się - u trenera Leszka Jezierskiego w ŁKS i Feliksa Magatha w Hamburgerze. Nie wiem, który z wymienionych trenerów dawał w kość najmocniej, ale na pewno wszyscy trzej prezentują podobną, konserwatywną szkołę.


- Jak spędzacie czas wolny w Aya Napie?

- Głównie śpimy. Zajęcia są tak wyczerpujące, że nie mamy nawet siły pójść na spacer na pobliską plażę. Trochę czytamy, zabraliśmy sporo czasopism z Polski. Nie ciągnie nas nawet do pubu na oglądanie meczów ligi angielskiej. Patrzymy na nie z Łukaszem w pokoju i komentujemy na prywatny użytek. Obaj kibicujemy zresztą tym samym klubom, wspólnie ucieszyliśmy się z wygranej Chelsea nad Leeds.


- Obaj graliście również w młodzieżówce Pawła Janasa. Liczycie, że was pamięta?

- Nie rozmawialiśmy na ten temat. Ja mocno stąpam po ziemi i wiem, iż w tym momencie są ode mnie znacznie lepsi napastnicy. Zamierzam jednak przypomnieć się trenerowi Janasowi. Jestem bowiem już w takim wieku, że powinienem zadomowić się w drużynie narodowej. I taki cel też przed sobą postawiłem.


Rozmawiał Adam Godlewski

Podaj ten news dalej: