Robert Błoński: Od kiedy negocjuje Pan z Legią?
Janusz Dorosiewicz: O możliwości przejęcia Legii ja i Jacek Gmoch rozmawialiśmy z prezesem Pol-Motu Andrzejem Zarajczykiem już w lipcu. Cena za 80 proc. akcji klubu, których właścicielem jest Pol-Mot, była dla nas za wysoka, a długi wynosiły 8 mln zł. Mecenas Lewiński, szef Koła Seniorów Legii, który jest w zarządzie piłkarskiej spółki z ramienia CWKS [ma 20 proc. akcji - rb], namawiał nas, byśmy nie rezygnowali... Mówił, że Pol-Mot to przypadkowy partner, "spadkobierca" po Daewoo, że pan Trylnik pierwszy mecz na żywo zobaczył już po 50. urodzinach...
Na przełomie września i października podpisaliśmy z Legią - objęty ścisłą tajemnicą - list intencyjny. Pan Zarajczyk nie zgodził się na klauzulę, że na sześć tygodni mamy wyłączność w negocjowaniu. Zaczęliśmy przeglądać dokumenty spółki. Dług cały czas rósł. W tej chwili jest to 14 mln zł. I mniejszy nie będzie. Powiedzieliśmy, że po zapoznaniu się z dokumentami złożymy konkretną ofertę.
- Dlaczego Panowie tego nie zrobili?
- Byliśmy gotowi w 80 procentach, ale w prasie co chwila pojawiały się informacje, że Legia negocjuje z kimś innym. Aż w końcu wybuchła bomba, że do klubu "wchodzi" PZU (prowadzone były także rozmowy z Liberty). Postanowiliśmy się poddać, bo z PZU nie mamy szans.
Jacek wyjechał do Grecji, by przez kilka miesięcy być trenerem. W grudniu zadzwonił pan Zarajczyk i zapytał, czemu nie składamy oferty. Zostaliśmy na placu boju sami. No i w ubiegłym tygodniu złożyliśmy konkretną ofertę. Pan Zarajczyk powiedział, że kwota, jaką proponujemy, jest za niska, ale po jego powrocie z Jugosławii - 17 lutego - na pewno się spotkamy.
- Ile kosztuje Legia?
- Nie mogę powiedzieć dokładnie. Przy długach wynoszących dziewięć milionów złotych pan Zarajczyk chciał około trzech milionów dolarów. My byliśmy w stanie wyłożyć 50-60 procent tej kwoty. W tej chwili długi wynoszą 14 mln.
- Skąd Panowie macie pieniądze?
- Ja i Jacek wyłożymy na początku własne, zarobione kiedyś pieniądze. Ale w spółce nie bylibyśmy sami. Współudziałowcami zostałoby dwóch biznesmenów, których nazwisk nie podam. Jeden z nich zajmowałby się tylko zagospodarowywaniem terenów i sprawami finansowymi. Drugi ma związki ze sportem. Obaj są zamożnymi ludźmi. Mają firmy sprawdzone pod względem finansowym. Jeden z nich sporo w Warszawie wybudował i dla poprzednich władz miasta był osobą wiarygodną. Dopóki transakcja nie dojdzie do skutku, nie chcą ujawniać nazwisk.
- Myśli Pan, że Pol-Mot sprzeda Legię?
- Chyba tak. Długi rosną, a spółce wypadł ostatni chyba argument - grunty. Pol-Mot liczył, że miasto wniesie do spółki 11 ha przy Łazienkowskiej i nagle zadłużona spółka stanie się bardzo atrakcyjna. Myślę, że wiele firm, które rozmawiały z Pol-Motem, bardziej niż drużyną piłkarską interesowało się terenami.
Tymczasem władze miasta przedłużyły CWKS-owi - do końca kwietnia - dzierżawę terenów przy Łazienkowskiej. Pol-Mot ma za to płacić CWKS-owi, a CWKS miastu. Gdy to się okazało, Pol-Mot stracił chęć i wiarę, że z tą ziemią da się cokolwiek i to szybko zrobić. Zresztą jak zadłużona spółka może być partnerem dla miasta? No i chyba nie jest najlepszym pomysłem, by miasto wchodziło do spółki, której 80 procent akcji wystawione jest na sprzedaż. Finansowa sytuacja nie wygląda najlepiej i nie widać pomysłu na jej poprawienie. Nasza oferta jest ważna dwa tygodnie. Jeśli nie zostanie przyjęta, być może złożymy nową.
Mam wrażenie, że w Legii brakuje fachowców. Wszyscy mają dobrą wolę, ale niewiele się na tym znają. A tego nie można zarzucić Jackowi Gmochowi, który - jeśli transakcja dojdzie do skutku - zostałby prezesem nowej spółki.
- A Panom opłaca się inwestować w piłkę?
- Byłem producentem kilku filmów i to też jest żaden biznes. Ale ma w sobie urok, nieprzewidywalność. Takie zespoły jak Legia, Wisła czy może jeszcze trzy inne - przy rozsądnym prowadzeniu - mogą wyjść w Polsce na zero. A zarabiać można na grze w europejskich pucharach.
W Polsce musi powstać zawodowa liga piłkarska, oddzielna od PZPN. Będziemy chcieli znaleźć sponsora, reklamodawców. Nawet jeśli padłaby umowa z Canal+, to jestem przekonany, że Legia nie będzie miała problemów ze znalezieniem stacji chętnej, by pokazywać jej mecze. Poza tym piłkarz siedzący na ławce rezerwowych nie może zarabiać 300 czy 400 tysięcy złotych rocznie.
Nie wyobrażam sobie, by Legia upadła czy zbankrutowała. Tradycji nie da się zniszczyć.
Rozmawiał Robert Błoński
Wywiad
Chcemy kupić Legię!
poniedziałek, 10 lutego 2003 08:51
Janusz Dorosiewiczźródło: Gazeta Wyborcza