Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Mocz zalewa styki

wtorek, 25 lutego 2003 10:46
Genezyp Kapen

Czytam ostatnio wiele światłych opinii, że na taki klub jak Legia pieniądze powinny się znaleźć. Bezosobowa forma „powinny” jest bardzo znamienna. Kto miałby je wyłożyć lub z czyjej kieszeni powinny pochodzić, lepiej nie wskazywać, bo temat to drażliwy. Najlepiej czekać i żalić się. W zasadzie czekanie i żalenie się to jedyne co pozostało. To zarazem nasz sport narodowy. I słusznie, bo jest już za późno na myślenie o zmianach. Dlatego pozwalam sobie włożyć między bajki światłe opinie specjalistów od marketingu, reklamy i zarządzania, którzy są w stanie zbudować model rozwoju takiego klubu jak Legia. A to udział miasta, a to grunty, a to inwestor strategiczny, a to budowanie więzi z kibicami, tworzenie bezpiecznego stadionu i tym podobne banialuki dla pensjonariuszek.

Jak można tworzyć bezpieczny stadion w kraju, który cały jest niebezpieczny? Jak zbudować pozytywną więź z kibicami, którzy wychowali się na negatywnych więziach z najbliższym środowiskiem, nawet rodziną? Kto wrzuci miliony złotych w klub futbolowy, stadion w sytuacji, gdy całe piłkarstwo idzie do piachu, przyciągając już tylko szumowiny? Załóżmy, że znajdzie się taki wariat lub nawet miasto i pozwolą za ciężkie pieniądze Legii stanąć na nogi, bo to Legia, tradycja, duże zainteresowanie itd. Z kim ta Legia będzie grała w lidze, skoro inne kluby nie mogą liczyć na podobne potraktowanie? Z Wisłą, Amicą, Groclinem i Koroną Kielce? Czy może sama ze sobą?


Lubię posługiwać się porzekadłem, że jeśli coś długo i konsekwentnie się psuje, to w końcu uda się popsuć. Przygnębiają mnie jedynie osobnicy, którzy dopiero jak popsują, zaczynają się dziwić, że popsuli. Psucie to jedyna czynność, która udaje się nam w każdych warunkach. Przedstawiciele subkultury blokowej zwani irokezami lub człekokształtnymi skutecznie np. zepsuli mi windę w bloku. Zasikali ją na śmierć. Ściekające hektolitry żółtej substancji zalały styki i spowodowały zwarcie. Jak oznajmił mi przedstawiciel pogotowia dźwigowego. Mnie tam w sumie brak windy aż tak bardzo nie przeszkadza. Przelecę te osiem pięter w parę minut. Gorzej mają miłośnicy śmierdzieli, którzy muszą pedałować z przerośniętym czworonogiem kilka razy dziennie.


Twór pt. zarząd Legii z Polmotu zafundował nam niedawno mistrzostwo Polski. Prezes Miklas przed kamerami poczynił pewne działania matematyczne polegające na dodawaniu trzech czy czterech liczb. Te pozwoliły mu mniemać, że pieniądze za mistrza to ma już w kieszeni i wypłaci wszystko co do złotówki. Potem wyruszy na podbój Europy. Jak trudnym działaniem jest dodawanie miał się ów prezes przekonać za kilka miesięcy. Wtedy inny prezes, też z Polmotu oznajmił, że panu Miklasowi coś się pomyliło i że żadnych pieniędzy nie ma, pana Miklasa też już nie ma, widoki na obronę tytułu jakby także się rozpłynęły. Zostały długi. Teraz to już prawie 15 mln złotych. Przez te długi cena klubu wynosi już tylko 1,5 mln dolarów, co jest sumą ponoć trzykrotnie zawyżoną i cena ta spada. Poziom Pogoni mamy szanse osiągnąć dopiero za niecały sezon. Ciekawe za ile wtedy światli bossowie Polmotu zgodzą się sprzedać Legię?


Bawi mnie to święte zdumienie, że brakuje pieniędzy. Od iluż to sezonów bawią mnie transfery na gumkach. To znaczy takie, kiedy sprzedawany gracz odchodzi i wraca, bo kupiec nie ma pieniędzy lub ma zakaz transferów. Omeljańczuk, Gajtkowski, dwa razy Kuźba i armia innych. Przyznam się, że nie mogę wyjść ze zdumienia, kiedy jakąś transakcję uda się załatwić od ręki i bez odbijania piłkarza.


Otóż sytuacja drodzy Państwo dojrzała do stwierdzenia, że czas zamknąć ten biznes. Rachunek ekonomiczny dowodzi jednoznacznie: to zły biznes. Nie ma inwestorów, bo na futbolu nie można zarobić. Futbol to dziś drogi kaprys, ekskluzywna rozrywka, a nie budka z tanią odzieżą na bazarze czy wytwórnia oleju rzepakowego. W Polszcze nie tylko na rozrywkę ma pieniędzy i nie ma widoków na przyszłość. A piłka przyciąga tę część społeczeństwa, która zupełnie nie przyciąga inwestorów. Ale to z pewnością wina dziennikarzy przedstawiających zacnych dżentelmenów w szalikach w złym świetle. Po prostu łatwiej obsmarować w prasie niż spróbować podjąć z szalikowcem trudny dyskurs o koncepcjach etyki Spinozy.


Działacze skorumpowani, trenerzy ośmieszeni, piłkarze rozpici i niewierzący, by dane im było osiągnąć więcej niż ligowa ustawa przewiduje. Kowalczyk spisuje memuary i kompromituje siebie wraz z całym środowiskiem. Uczestnicy śmiesznej ligi, której nie traktuje poważnie nikt, potrzebują astronomicznych sum, żeby rozegrać kolejkę kopaniny w błocie lub śniegu. Ich kunszt piłkarski ma tyle wspólnego z nowoczesnym futbolem, ile „Przegląd Sportowy” z dobrym gustem. Wrzód pęczniał przez długie lata. Teraz można już tylko czekać aż sam pęknie. Można też próbować go przeciąć. W tym drugim przypadku paru panów, którzy jeszcze ciągną szmal z dogorywającej piłki, straciłoby źródło utrzymania. Więc będziemy się męczyć. Mękę można przedłużać pod pretekstem załamania rynku także na Zachodzie, gdzie kluby też plajtują lub mają kłopoty. Z tą różnicą, że mają też prawdziwych piłkarzy i prawdziwe stadiony.


Nasza męka będzie trwać w zgodzie z magicznym przekonaniem, że liga musi grać. Bo piłkarze przyzwyczaili się zarabiać kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie, a prowincjonalne miasteczka mają społeczną potrzebę ligi co tydzień. Oświadczam zatem, że uprawianie futbolu nie jest żadną misją. I zastanawiam się czy ma sens reanimowanie trupa, zamiast dać mu zżółknąć w spokoju. By może zacząć za kilkanaście lat na nowo z kimś żywym. Za reanimacją przemawiają fajerwerki w stylu Wisły, która niespodziewanie dokopuje komuś z Zachodu. Czy to już zwiastun wiosny? Podobny fajerwerk zafundowała nam reprezentacja awansując do finałów MŚ. I co? Jeśli ktoś musi w coś wierzyć, np. że oto nad Wisłą narodził się wielki futbol lub wielka drużyna, proszę nabrać powietrza w płucka młode i zacząć reanimację metodą usta-usta, zanim osobliwa woń trupia uniemożliwi zbliżenie się na odległość strzału z moździerza.


Przyznam, że długo zbierałem się do napisania niniejszego felietonu. Mam coraz mniejszą ochotę na pisaninę o tym wszystkim. Człekokształtni z tanim piwem w legiopodobnych (bo niemiłosiernie brudnych) szalach chyba Legii odstręczają mnie skutecznie od chwytania za klawiaturę. Mierzi liga i całe to pseudopiłkarstwo ligowe czy pseudozawodowe. Przykłady ŁKS-u, Polonii czy Legii pokazują dobitnie, że zdobywanie mistrzostwa Polski zabija zdobywców. A to już groteska dorównująca tej Mrożkowej. W jakich kategoriach traktować grę w piłkę w polskiej lidze? Kto wygrywa ten głupi? Albo wygrywa ten, kogo jeszcze na to stać? I cały ten „show” musi trwać, mimo że kosztuje tak drogo, odbywa się w warunkach uwłaczającym trzodzie chlewnej i że mało kogo bawi? Niektóre kluby cudem udało się doprowadzić do stanu używalności, żeby w ogóle wybiegły na boisko. Nie ma w ich przypadku mowy o rywalizacji o cokolwiek czy choćby pokazaniu gry zasługującej na miano futbolu. Raczej nie wzbudzi uznania wyznawana u nas metoda grania na łące między krowimi plackami lub w kurwidołku udającym stadion, bez prawdziwej murawy. Grania z męką na twarzy i z zaciętością obrońców Westerplatte. Nikogo nie obchodzi jakim wysiłkiem czy przy wkładzie jakiego heroizmu awansowaliśmy do kolejnej rundy Pucharu UEFA. Obecnie liczy się tylko efekt, a nie mozół z jakim go osiągnięto.

Tymczasem u nas doniosłym faktem ligowym jest samobójstwo KSZO Ostrowiec, które tak nadwerężyła budowa nowocześniejszego stadionu, że teraz drużynie grozi głód, nędza, spadek z ligi i ruina finansowa. Proszę zatem nie roztaczać przede mną śmiałych planów rozwoju. Ugrzęźniemy w błocie i własnych fekaliach, zanim dobrze się rozpędzimy. Historia powtarza się na tej szerokości geograficznej z zadziwiającą precyzją.


Dawno, dawno temu wychodził tygodnik „Sportowiec”. Na jego łamach publikowali różni artyści satyryczni. Pamiętam karykaturę przedstawiającą czterech nagich, przerażonych pokerzystów przy stole. Jeden dojrzał do refleksji: coś jest nie tak panowie, przecież przynajmniej jeden z nas musiał wygrać...

Podaj ten news dalej: