- Po meczu nie chciał Pan omawiać swojego występu, bo trudno to zrobić, nie oglądając spotkania.
Artur Boruc: Późno w nocy w piątek obejrzałem powtórkę w Canal+. I mogę powiedzieć, że przy drugiej bramce trochę źle zareagowałem. Stałem za murem, piłka po drodze odbiła się od Tomka Kiełbowicza, ale strzał był z daleka, a rykoszet wcale nie taki duży, aby aż tak mnie zmylić. No, ale zmylił i była bramka. Po meczu nikt nie miał jednak do mnie pretensji. Uważam, że miałem znacznie więcej dobrych niż złych interwencji. Poza tym broniłem ze szczęściem. Raczej nie jestem zły na siebie.
- Są bramkarze spokojni i lubiący przypływ adrenaliny. Do której grupy Pan się zalicza?
- Do tej drugiej. I wcale nie uważam, że na początku meczu miałem jej za dużo. Po dwóch dosyć szybko puszczonych bramkach co prawda byłem trochę spięty, ale potem szło mi już lepiej.
- W końcówce uratował Pan Legii zwycięstwo.
- Nie wiem, czy było aż tak dobrze. Chociaż trener Okuka po meczu stwierdził, że było.
- Czy mógł Pan lepiej się zachować przy pierwszym golu dla Amiki?
- Nie przesadzajmy, bo w końcu wyjdzie, że zawaliłem spotkanie. Mieliśmy spore kłopoty kadrowe. W ostatniej chwili rozsypała się obrona - nie mogli zagrać Jacek Zieliński i Wojtek Szala. Boisko też było ciężkie, a w sytuacji, gdy straciliśmy pierwszego gola, Zieńczuk tak szybko nabiegł na "krótki" słupek, że nawet nie zdążyłem znaleźć się w tej okolicy. Zresztą pewnie też nic bym nie poradził, gdybym tam stał.
- W drugiej połowie wyszedł Pan na przedpole i zgubił piłkę niemal na linii pola karnego.
- Pod koniec meczu adrenalina skoczyła mi trochę ponad miarę. Amica przeważała, piłka co chwila przelatywała przez nasze pole karne i uznałem, że muszę wreszcie coś zrobić, coś wybić, złapać choć jedną piłkę. I wtedy się pomyliłem. Szczęście sprzyja jednak lepszym i w piątkowy wieczór było przy Legii.
- Gdyby Radiostin Stanew nagle nie wyjechał do rosyjskiego Szinnika Jarosław, to nadal on byłby w Legii pierwszym bramkarzem,
- Zapewne tak, bo w klubie jest hierarchia. Jego wyjazd wszystkich zaskoczył, ale dla mnie to dobrze. Jestem już w Legii długo, najwyższy czas, bym wszedł do bramki. Mówiło się, że brakuje mi doświadczenia. Ale mogę je zdobywać tylko wtedy, gdy bronię, a nie gdy siedzę na ławce.
- Na miejsce Stanewa przyszedł Zoran Mijanović. Nie boi się Pan, że trener Okuka zdecyduje się postawić na rodaka?
- Nie ma co gdybać. Ja mogę tylko walczyć. Nie mam wpływu na decyzje trenera.
- Rozmawiał Pan z menedżerem Grzegorzem Bednarzem, którego specjalnością są rynki wschodnie. Szykuje się wyjazd?
- Ja tylko z nim rozmawiałem. A w przyszłości niczego wykluczyć nie można. Na Wschodzie są przecież naprawdę klasowe kluby takie jak Spartak Moskwa czy Dynamo Kijów. Droga jest otwarta. Tamten rynek uważam za bardzo perspektywiczny.
- Jaki jest Mijanović? Nie przyszedł przecież do Legii, by wiecznie być rezerwowym. Czuje Pan jego oddech na plecach?
- Już powiedziałem, że aż tak blisko nie jesteśmy. Poza tym on dopiero podjął w Legii pracę. Mogę powiedzieć, że wszystko jest między nami w porządku.
- Jesienią już miał Pan okazję wystąpić w lidze. Co innego jednak wejść na boisko z ławki w trakcie spotkania. Granie od początku jest chyba lepsze dla psychiki bramkarza?
- Wchodząc z ławki, nie miałem obaw. Za to byłem nieodpowiednio rozgrzany. Teraz, tak jak w ubiegłym sezonie przed bardzo ważnym meczem z Wisłą Kraków, zastanawiałem się, jak to będzie. Takie oczekiwanie bywa męczące. Przełożenia rozgrywek ligowych też nie przyjąłem z radością, bo chciałem bronić jak najprędzej.
- Wygraliście pierwszy mecz rundy wiosennej, z drugiej strony popełniliście sporo błędów. Czy Legię stać na to, na co wszyscy czekają, to znaczy na obronę tytułu mistrzowskiego?
- Tego to ja nie wiem. W każdym razie w zeszłym roku wszyscy stawiali na Wisłę, a mistrzostwo zdobyła Legia. Wtedy, tak jak i teraz odeszli od nas czołowi piłkarze. I Legii to nie zaszkodziło. Ten klub o mistrzostwo walczy w każdym sezonie.
Rozmawiał Maciej Weber