- Jak Pan się czuje?
Jacek Zieliński: Nadspodziewanie dobrze. Jestem mile zaskoczony. Ubiegły tydzień był dla mnie fatalny. Już dawno nie czułem się tak fatalnie. Jeszcze we wtorek miałem gorączkę, ale w środę spadła, więc wznowiłem treningi. Za wcześnie. W czwartek znowu mnie dopadło. Miałem 38 stopni. To samo w piątek. Niby mogło być gorzej, ale samopoczucie - fatalne. Nie chciałem grać na siłę i osłabiać drużyny.
- Ale bez Pana defensywa Legii nie wyglądała najlepiej.
- Nie chcę się wypowiadać, bo nie widziałem spotkania. Leżałem w łóżku, a nie mam w domu Cyfry +. Ale trener ocenił obronę dobrze. Tak czasem bywa, że jak ktoś nie kopnie, to wpada za każdym razem.
- Dzisiaj z Groclinem Pan zagra?
- Mam taką nadzieję. Od niedzieli znowu normalnie trenuję, jednak zobaczymy, czy trener nie będzie bał się wstawić mnie do składu po takiej przerwie.
- Ten rywal wygląda na jeszcze groźniejszego niż Amica?
- Groclin jest dużo groźniejszy, zwłaszcza jeżeli chodzi o siłę ofensywną. Nie zagra co prawda Rasiak, ale Niedzielana i Moskałę należy ocenić bardzo wysoko. Obaj są bardzo szybcy, a z reguły bywa tak, że w drużynie jest jeden szybki napastnik, a drugi bardziej statyczny, łatwiejszy do upilnowania. Poza tym mają Tomka Wieszczyckiego, który umie nimi kierować.
- Podobno w szatni Legii zajmuje Pan miejsce blisko Mariusza Zganiacza, Cezarego Kucharskiego i Marka Saganowskiego. Wszyscy chorzy na grypę.
- Faktycznie, taka jest kolejność. Na szczęście na Marku się zatrzymało, zresztą on już wraca do zdrowia. Ale ja wiem, czy to ma znaczenie? Ostatnio w ogóle nie siadałem na swoim miejscu, bo do klubu przychodziłem głównie po to, by odwiedzić lekarza. No, ale trochę po tej szatni się pałętałem. Grypę można jednak złapać wszędzie, chociaż na szczęście nie na boisku.
Rozmawiał Maciej Weber