"Tak to już bywa z zawodnikami, że jak któryś strzeli gola i wygra mecz, to wszystko w porządku. A jak nie pójdzie, to brakuje świeżości, szybkości i w ogóle wszystkiego" - powiedział trener Legii Dragomir Okuka po przegranym przez mistrzów Polski 0:2 u siebie spotkaniu z Groclinem.
- Legia przegrała po raz drugi w ligowym sezonie, po raz pierwszy u siebie od 16 września 2001 roku. Dlaczego do tego doszło?
Dragomir Okuka: Kiedyś każdy musi przegrać. Poza tym nie przegraliśmy z byle kim, tylko z bardzo dobrym zespołem. Groclin zagrał przeciwko nam bardzo defensywnie. Miał przy tym trochę szczęścia, bo na naszą bramkę strzelał trzykrotnie, a zdobył dwa gole. My oddaliśmy 12 strzałów. Do siatki mogli trafić Czarek Kucharski, Stanko Svitlica, Tomek Sokołowski. I się nie udało. Gdyby wynik był inny, co mogło się zdarzyć, inna byłaby też ocena. Graliśmy bez pomysłu - zgoda. Jednak czasem tak bywa, że powinno być dobrze, a nie jest. Co nie znaczy, że za chwilę nie będzie lepiej.
- Jednak nie powie Pan, że rozegraliście dobre spotkanie?
- No, tego nie powiem. Na pewno moim piłkarzom zabrakło agresji, przeciwnicy bardziej ambitnie podeszli do sprawy. Zabrakło krótkiego krycia. Piłka też wyjątkowo nas się nie słuchała. Dopiero jak przegrywaliśmy 0:2, to agresja wróciła.
- Dlaczego dopiero wtedy? Przecież właśnie dzięki walce od pierwszej, a zwłaszcza do ostatniej, minuty Legia słynęła w bardzo niedalekiej przeszłości. Słynęła także z kondycji. Głównie dzięki tym walorom pokonała Wisłę w rundzie jesiennej.
- Drużyna nie straciła charakteru, ale ostatnio wiele okoliczności sprzysięgło się przeciwko nam. Jak straci się szybko bramkę, a przeciwnik na ciężkim boisku zamuruje dostęp i kilka rzeczy się nie uda, to wkrada się zniechęcenie. Poza tym, gdy rywale kopią na bramkę trzy razy w całym meczu i strzelają dwa gole, to co można zrobić? Z Amicą z kolei szybko strzeliliśmy dwa gole i nawet jak potem traciliśmy prowadzenie, to w drużynie był entuzjazm. Tego wczoraj zabrakło, ale to nie znaczy, że już jesteśmy skreśleni. Poza tym zespół z Wronek grał zupełnie inaczej niż rywal z Grodziska.
- Dwa mecze i pięć straconych goli. Teraz dopiero widać, jak w obronie brakuje szybkiego Siergieja Omeljańczuka.
- Nie tylko jego, bo przecież w ostatniej chwili straciliśmy jeszcze Radostina Stanewa. Zawsze mówiłem, że nad stratą dwóch istotnych zawodników trudno łatwo przejść do porządku. Poza tym dwóch w liniach defensywnych to jakby w sumie stracić czterech. Dlatego do końca naciskałem, aby chociaż Stanew został w zespole. Jego obecność wprowadzała spokój. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie będzie bramkarza z Boruca. Jednak Stanew zwykle bronił to, co było trzeba. Zdarzały się wyrównane spotkania, które wygrywaliśmy 1:0, 2:0, mając zabezpieczenie w tyłach. Oczywiście nie winię tylko Boruca, ale z drugiej strony nie może wpuszczać wszystkiego, co leci na bramkę. Sytuacja przy drugim golu była groźna, ale nie tak, by zrobiło się 0:2. Z Groclinem nasz bramkarz miał trzy strzały i nie obronił żadnego.
- Czy znaczy to, że już wkrótce w bramce Legii stanie Zoran Mijanović?
- Przed rozpoczęciem rozgrywek zdawałem sobie z tego sprawę, że Boruc jest niedoświadczony i kilka błędów musi zrobić. Z drugiej strony nie spodziewałem się, że będziemy przegrywać. Dam mu szansę się przełamać, ale to nie wystarczy. On sam musi postarać się ją wykorzystać. Musi bardziej się koncentrować. Nie ukrywam, że stracił trochę mojego zaufania. To była niespodzianka także dla niego, że nagle stał się w Legii numerem jeden, wszyscy na niego naciskają, ale musi sprostać wymaganiom.
- Może podczas przygotowań na Cyprze popełnił Pan błąd?
- Nie sądzę. Duży wpływ na postawę wielu zawodników miała epidemia grypy. To nie mogło pozostać bez śladu. A w meczu, który źle się zaczyna, na bardzo ciężkiej nawierzchni takie szczegóły się nawarstwiają i efekt końcowy bywa mizerny.
- Po meczu Cezary Kucharski stwierdził jednak, że brakowało mu świeżości. Brakowało także kolegom.
- Kapitan drużyny powinien starać się lepiej grać, a nie mówić takie rzeczy po meczu. Czytałem to, co w środę ukazało się w prasie. Spotkaliśmy się i powiedziałem zawodnikom, że o takich sprawach powinni mówić mnie, a nie gazetom, i to przed rozpoczęciem, a nie po zakończeniu spotkania. Jeżeli ktoś jest nieprzygotowany do danego spotkania, to w nim nie zagra. Wystąpią ci, którzy mogą.
- To znaczy, że w Szczecinie z Pogonią będą zmiany w składzie i nie znajdzie się w nim miejsce dla Kucharskiego?
- Tego nie powiedziałem. Potrenujemy do piątku i wtedy każdy powinien przyznać się do tego, czego mu brakuje. Tak to już bywa z zawodnikami, że jak któryś strzeli gola i wygra mecz, to wszystko w porządku. A jak nie pójdzie, to brakuje świeżości, szybkości i w ogóle wszystkiego. Każdemu z nich powiedziałem: Najlepiej jak przyczyn słabości poszukasz u siebie.
- Czy Wisła jest obecnie za dobra dla Legii? I nieosiągalna, bo sześć punktów przewagi w tabeli to sporo.
- Wszyscy wiedzą, jak gra Wisła, i w tej chwili nie kryję, że od nas lepiej, ale to się zmienia. Mogą wpaść w dołek i przegrać dwa mecze, podczas gdy nam potrzeba, byśmy przestali tracić gole przy pierwszej lepszej okazji i wtedy gra od razu zacznie układać się lepiej. Mamy przed sobą 13 kolejek. Będzie ciężko, ale na pewno nie beznadziejnie.
- Po pierwszej połowie spotkania z Groclinem słusznie zmienił Pan Adama Majewskiego. A dlaczego pod koniec meczu przy stanie 0:2 wszedł obrońca Tomasz Jarzębowski?
- Liczyłem na to, że w tym chaosie strąci jakąś dośrodkowaną z daleka piłkę. On to potrafi. Zmieniłem Majewskiego, zgoda. Wczoraj do zmiany nadawali się wszyscy. A mogłem w sumie zmienić trzech. Było źle. Nie znaczy jednak, że tak będzie zawsze.
Rozmawiał Maciej Weber