Maciej Białek: Po meczu z Pogonią Szczecin odnowił się Panu uraz mięśnia przywodziciela. Czy ta kontuzja wyklucza Pana z sobotniego meczu z Węgrami?
Jacek Zieliński: Raczej nie. Jeszcze w niedzielę istniało takie ryzyko, ale przeprowadziłem badania i okazało się, że uraz nie jest tak groźny, jak z początku się wydawało. To tylko naderwanie, chociaż ciągle czuję lekki ból. Właśnie jadę do Świerklańca na zgrupowanie reprezentacji.
Kiedy wznowi Pan normalne treningi?
- We wtorek, najpóźniej w środę.
Czyli trener Janas wreszcie ma powody do zadowolenia. Wcześniej kontuzje wykluczyły Arkadiusza Głowackiego i prawdopodobnie Marcina Baszczyńskiego. Rozmawiał Pan z selekcjonerem?
- Cały czas jestem z nim w kontakcie, na bieżąco informuję go o stanie zdrowia. Na dłuższą rozmowę przyjdzie czas podczas zgrupowania.
Kontuzja przywodziciela odnowiła się Panu w ligowym meczu z Pogonią. Może lepiej było odpocząć w sobotę?
- A dlaczego miałem nie grać?! Przecież wcześniej czułem się dobrze, nic mi nie dolegało. To był pech, akurat przytrafił mi się w Szczecinie. Trudno przewidzieć podobne sytuacje.
Pod nieobecność Głowackiego będzie Pan zapewne tworzył parę środkowych obrońców z Jackiem Bąkiem. Dotychczas rzadko mieliście okazję grać razem.
- Zgadza się, ale wcale nie jest powiedziane, że wyjdę od pierwszych minut. O ile wiem, trener zamierza ustawić na środku defensywy - obok Jacka Bąka - Radka Kałużnego.
Selekcjoner wybrał dość nietypowe miejsce przygotowań. W czasach Jerzego Engela i Zbigniewa Bońka kadra trenowała w Warszawie i okolicach. Teraz czas na Śląsk.
- Może to lepiej? Ze Świerklańca jest bardzo blisko do Chorzowa, jakieś 15 minut samochodem. Poza tym mamy spokój i ciszę. To istotna sprawa przed tak ważnym meczem. Doskonale znam ośrodek w Świerklańcu, byłem tam kilkakrotnie, głównie za kadencji Janusza Wójcika.
Stadion Śląski to niemal świętość dla polskich kibiców. Dla piłkarzy też?
- Rozegrałem w Chorzowie kilka niezłych meczów. Gorsze też się zdarzały... W sumie wolę jednak grać na Łazienkowskiej. Ale nie wybrzydzajmy.
Zdziwiło Pana, że w kadrze jest tylko jeden legionista?
- Nie wypada mi tego oceniać. Po efektownej wygranej z Pogonią jesteśmy chwaleni, kibice widzą w reprezentacji kilku moich kolegów z Legii. Nie zapominajmy jednak, że we wtorek przegraliśmy u siebie z Groclinem. Wówczas były inne opinie. Nastroje szybko się zmieniają.
Sytuacja Janasa przed meczem z Węgrami jest mało ciekawa. Mówiliśmy o kontuzjach, na dodatek wielu reprezentantów nie gra w swoich klubach. Czy w tej sytuacji możemy być optymistami?
- Stać nas na zdobycie trzech punktów. Musimy tylko rozpocząć mecz maksymalnie zmobilizowani. Nie możemy wyjść, jak po swoje. Im bardziej będziemy umotywowani i skoncentrowani, tym lepiej.
To najważniejszy mecz polskich piłkarzy tej wiosny, może nawet w całym roku. W przypadku remisu lub porażki praktycznie stracimy szanse awansu do mistrzostw Europy. Czy taka świadomość może sparaliżować Wasze poczynania?
- Może mieć jakiś wpływ, jeśli spotkanie nie będzie przebiegało po naszej myśli. Dlatego trzeba jak najszybciej strzelić gola i uspokoić grę.
Doskonale zna Pan selekcjonera, pracowaliście razem w Legii. Czy to jest trener, który potrafi w ciągu kilku dni stworzyć silną drużynę z piłkarzy nie grających na co dzień w klubach?
- Odpowiem w sobotę. Wtedy będę, podobnie jak wszyscy, znacznie mądrzejszy.
Rozmawiał Maciej Białek