Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

U nas są inne kosze

poniedziałek, 7 kwietnia 2003 18:52
Jacek Gembalźródło: Gazeta Wyborcza

Szkoleniowiec drużyny grającej swoje mecze w hali na Bemowie przy ul. Obrońców Tobruku podjął się zadania teoretycznie przerastającego siły. Próbuje utrzymać ją w ekstraklasie mimo to, że ze względu na kłopoty finansowe opuścili ją niemal wszyscy zawodnicy, a w składzie pozostali prawie sami juniorzy. Po pewnym czasie Legię wzmocniło kilku graczy z ligowymi doświadczeniami, ale nie cenionymi na tyle, by ktoś dawał drużynie szanse na utrzymanie w PLK. W najtrudniejszym momencie trener Gembal wspomagał sekcję z własnej kieszeni. I wbrew przeciwnościom, skazana na same porażki, ekipa zdołała odnieść zwycięstwo.


- Jak z zawodników drugo-trzecioligowych i juniorów zbudować zespół ekstraklasy?

Jacek Gembal: Poza Andriejem Sinielnikowem i Kamilem Sulimą dla pozostałych zderzenie z pierwszoligową rzeczywistością okazało się okrutne. Trzeba było zmienić treningi, taktykę. W tym okresie sezonu normalnie pracuje się nad zachowaniem cech motorycznych, przygotowaniem taktyki pod kątem określonego przeciwnika. A my musimy pracować nad najprostszymi rzeczami, także nad siłą. Moi zawodnicy znaleźli się w takiej sytuacji, jakby przeniesiono ich z podstawówki na uniwersytet, jakby zamiast dodawania słupków kazano im całkować. Po rozpadzie drużyny postawiliśmy sobie tylko jeden cel - dokończyć rozgrywki. Teoretycznie można byłoby dograć do końca juniorami, ale żeby stało się to bez szkody fizycznej dla tych młodych ludzi, konieczne było powiększenie kadry. Z Robertem założyliśmy, że mają podnosić umiejętności. Pretensji za przegrane nikt do nich mieć nie będzie. Przecież na początku ja tych chłopaków w ogóle nie znałem, nie wiedziałem, jak długo grają, na jakim poziomie. Stąd gramy maksymalnie uproszczoną koszykówkę.

- Jak znaleźć motywację do gry, skoro o wynik nikt pretensji mieć nie będzie?

- Najważniejsze dla tych chłopców jest, by widzieli, że ktoś nimi się interesuje. Nie chodzi o notki w gazecie, tylko o całe otoczenie, klub. A są w takiej sytuacji, jakby nikomu poza trenerami, rodzicami i garstką kibiców na nich nie zależało. Postępy są, już nie przegrywamy czterdziestoma punktami. Gorzej, że brakuje czasu, by z nimi pracować. Rano trenować może tylko Kamil Sulima, reszta uczy się lub pracuje, a Andrzej ma problemy, żeby dojechać na mecz czy trening.

- A jak do klubu trafili Dominik Czubek, Tomasz Lipiński, Wojciech Leśniak?

- Już w grudniu śmialiśmy się z Robertem, że zorganizujemy casting. Damy ogłoszenie w prasie, że przyjść może każdy, kto chce zagrać w ekstraklasie. I prawie tak było. Wiedzieliśmy też, że będą protesty innych klubów, które walczą o utrzymanie, więc chcieliśmy tylko zawodników z niższych lig. Myśleliśmy, że nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, a okazało się, że i Tomek Lipiński, i Dominik Czubek mogą być postrachem ligi. Jeśli ktoś boi się Czubka, to, przepraszam bardzo, czemu nie wziął go wcześniej i czego w ogóle szuka w ekstraklasie?

Podstawowym kryterium było miejsce zamieszkania - żeby nie wynajmować mieszkań, bo to kosztuje, gotowość gry za darmo i wzrost, bo wysokich zawodników prawie nie mieliśmy. Po Wojtka Leśniaka zadzwoniliśmy do Polonii, Tomek Lipiński sam do nas zadzwonił. Okazało się, że choć studiuje w Toruniu, rodzice mieszkają w Warszawie i może zagrać. Dominika znam jeszcze z Pruszkowa, choć normalnie pracuje, zgodził się od razu. Dla niego musieliśmy przesunąć treningi, tuż po pracy zabieram go do klubu, a potem odwożę do domu.

- W lidze zaczął brylować Kamil Sulima, który wcześniej grał mało.

- Kamil jest niesamowicie uzdolniony rzutowo, w to nikt nie wątpi. Był jednak zawsze słabym defensorem, jakby niespecjalnie przykładał się do gry w obronie. W poprzednim składzie przegrywał rywalizację z Wojtkiem Majchrzakiem, a gdy dodać do tego, że nawet wysocy zawodnicy Tomek Cielebąk czy Łukasz Kwiatkowski umieli rzucić z dystansu, to dla Kamila na parkiecie brakowało miejsca. Zawsze mu mówiłem: "Zaczniesz bronić, będziesz grał". Nie jestem oryginalny, dla mnie koszykówka zaczyna się od obrony. I cały czas powtarzam, że zwłaszcza mecze wyjazdowe wygrywa się defensywą. W obcych halach nie jesteśmy w stanie rzucić więcej niż 80 punktów, więc rachunek jest prosty - żeby wygrać, trzeba utrzymać przeciwnika poniżej tej granicy. Na wyjazdach spada nam skuteczność, bo w hali na Bemowie kosze są inne niż w większości sal w Polsce. To jest naszym atutem w meczach u siebie, ale często przekleństwem na wyjazdach.

- Powtarza Pan, że chce po prostu dograć do końca sezonu, na razie wszystko wygląda na to, że dokończycie rozgrywki, a macie też szanse na utrzymanie w lidze. Co dalej z Legią?

- Jeśli będzie choć najmniejsza szansa na niezajęcie ostatniego miejsca, będziemy chcieli ją wykorzystać. Na boisko zawsze trzeba wychodzić, żeby wygrać mecz, a nie żeby go rozegrać. My możemy wygrywać tylko wtedy, gdy zagramy na maksimum możliwości, a przeciwnicy słabiej, bo jeśli oni wzniosą się na wyżyny, nie mamy szans. Wiele zespołów ma podobne problemy, ich też dopada codzienność, brak pieniędzy. To siedzi w głowach, nie można przed tym uciec i gra się wtedy słabiej.

- Czy w Polsce jest profesjonalna liga koszykówki?

- Nie ma. Profesjonalnie są zorganizowane może cztery kluby. Jak można mówić o profesjonalizmie, jeśli rokrocznie kluby nie wywiązują się z kontraktów bez żadnych konsekwencji? Jak można powiedzieć zawodnikom, żeby grali, obiecać pieniądze i ich nie wypłacić? W polskiej lidze konsekwencje, i to niezawinione, ponoszą tylko trenerzy i zawodnicy. Takie spotkania ubogiego z bankrutem jak w Tarnowie, które ogląda 150 osób, nie mają chyba sensu w ekstraklasie. Przecież potencjalny sponsor zobaczy apatycznych zawodników, którzy nie umieją trafić spod samego kosza, i ucieknie z hali, gdzie pieprz rośnie. To pogarsza ogólny obraz ligi. We Francji potrafiono zrzucić do trzeciej ligi mistrza Final Four Limoges za niedociągnięcia finansowe, u nas nie.

- W porównaniu z poprzednim sezonem z Legii odeszli prawie wszyscy zawodnicy.

- Na pewno tego żałuję. W ubiegłym sezonie dopiero budowałem ten zespół, a przecież wtedy prawie pokonaliśmy Prokom, przegrywając na wyjazdach. Miałem obiecane, że zostanie ten sam skład - z Marcusem Williamsem i LeShellem Wilsonem. Potem okazało się, że pieniędzy jest mniej, dlatego nawet nie rozmawialiśmy z Amerykaninami. Mogliśmy ich mamić, obiecywać, ale to byłoby nieuczciwe. Te kwoty, które mieliśmy na obecny sezon - 2mln zł - wystarczyłyby w zupełności. W styczniu moglibyśmy nawet wzmocnić się jamimś Amerykaninem. Pierwszy problem, że pieniądze miały być od listopada, drugi że w końcu ich w ogóle nie było. I tak drużyna, która po drobnych retuszach mogłaby walczyć o zupełnie inne cele niż obecnie, rozpadła się.

- A czemu Pan został?

- Większość zawodników, którzy musieli odejść, to ja sprowadzałem do klubu. Byłem gwarantem, że będzie dobrze, a zostaliśmy oszukani. Chciałem koniecznie dokończyć sezon. Mam z Legią kontrakt i chę się z niego wywiązać, choć od lipca dostałem może 5 procent tego, co mam zapisane w umowie. Żyłem z tego co uskładałem, teraz zostały mi tylko długi. Miałem pracować w klubie jeszcze rok, ale po sezonie będę musiał się zastanowić co dalej. Jednak na razie nie mam nawet z kim rozmawiać, bo w klubie nie ma władz.

Traktuje Pan pracę w Legii z tym składem jako wyzwanie?

- Decydując się na pracę trenera, podejmuje się wyzwanie. Ja lubię trenować bez względu na to, czy szkolę juniorów, czy seniorów. Dzięki zmianie składu nie popadam w rutynę, przypominam sobie o fundamentalnych rzeczach, o których, pracując z już ukształtowanymi zawodnikami, się zapomina. Najważniejsza jest satysfakcja z pracy. Cieszyłem się z awansu do ekstraklasy, cieszyłem z play off z Legią, cieszę się, gdy widzę, że uczony przeze mnie wcześniej zawodnik wypłynął i dobrze gra. Nie chodzi tu o udowadnianie komuś, że coś potrafię. Udowadniać coś mogę tylko sobie.


Rozmawiał Adam Banaszkiewicz

Podaj ten news dalej: