Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Wywiad

Gramy o życie

środa, 28 maja 2003 23:43
Mariusz Śrutwaźródło: Gazeta Wyborcza

Po rundzie jesiennej Ruch miał 20 punktów, o osiem więcej niż np. Zagłębie, które teraz jest nad Wami.

Mariusz Śrutwa: Na dzień dzisiejszy spadamy z ligi. Ale cień szansy jeszcze pozostał.


Koledzy mówią, że w Pana żyłach płynie niebieska - od barw Ruchu - krew. Nie burzy się teraz w Panu?

- Burzy. Ale już wiele razy bardziej się burzyła. Byliśmy w gorszych opałach. Tragicznie to dopiero może być. Jak spadniemy.


Do tej pory chorzowski klub dwa razy spadał z ligi. Wracał po roku i za pierwszym razem jako beniaminek wywalczył tytuł mistrza Polski, a za drugim zdobył Puchar Polski.

- Teraz to nierealne. Trzeci raz taki "numer" nie przejdzie. Skoro my w pierwszej lidze nie mamy inwestora, to kto nam pomoże w drugiej? Zdaję sobie sprawę, że teraz w niższych klasach rozgrywkowych jest kilka lepiej zorganizowanych, sensowniej prowadzonych i funkcjonujących klubów niż Ruch. Dlatego - jeśli spadniemy - nikt nie będzie patrzył, że gra przeciwko 14-krotnemu mistrzowi Polski.


Zamieniłby Pan te 103 gole strzelone w I lidze na jednego, dającego utrzymanie?

- Byłoby ciężko. Bo wśród tych 103 bramek całe mnóstwo było takich, które dawały Ruchowi grę w ekstraklasie. Ja z zaangażowaniem, z sercem podchodzę do tego, co robię. Wie pan, jaka jest najcenniejsza moja pamiątka z całej kariery?


Nie.

- Zwykła piłka. Z autografami piłkarzy, działaczy i trenerów Górnika Zabrze. I z dedykacją "za sportową postawę na boisku". Ta piłka wiąże się z pewnym meczem w ekstraklasie. Dzięki niemu Górnik utrzymał się w lidze. Tylko dlatego, że w danym dniu, nie walcząc o nic, pokonaliśmy Ruch Radzionków. Na boisku zawsze daję z siebie wszystko.


W Lubinie dał Pan trochę za dużo. I w efekcie został, już po końcowym gwizdku, ukarany czerwoną kartką przez sędziego Tomasza Mikulskiego. Zawieszono Pana na dwa mecze.

- Tak bywa. Ale jestem cały czas z zespołem. W szatni, na treningach, odprawach. To, co się stało w Lubinie, to był wynik poprzednich wielu zdarzeń. W ostatnich kolejkach też byliśmy krzywdzeni przez sędziów, ale siedzieliśmy cicho. Nie żaliliśmy się, nie pomstowaliśmy. Sami przeżywaliśmy porażki, ale to wszystko w nas siedziało. I w Lubinie eksplodowało, bo tam graliśmy o życie. Ta porażka nie tylko mnie, ale i wielu zawodnikom może utrudnić dalsze życie.

Większość z nas grała tam nie tylko o punkty czy premie, lecz także o istnienie. Bo zaległości sięgają trzech-czterech lat. Jeśli spadniemy, pewnie nikt nigdy ich nie odzyska. Utrzymanie gwarantuje dalsze życie...


Czy sędzia w ogóle pokazał Panu kartkę?

- Nie. Po meczu byłem wściekły. Wykrzyczałem arbitrowi, zwymyślałem, przeklinałem. Nie wypieram się tych nieparlamentarnych słów. Ale swój monolog zakończyłem zdaniem: "Nie wykazuje Pan żadnych cech człowieka honoru". I to się po czasie potwierdziło. Wiem, że sędzia ma prawo po meczu wpisać w protokół czerwoną kartkę. Ale uważam, że powinien mnie o niej poinformować, a nie pisać po kryjomu w swojej szatni. Ja do dziś nie wiem, czy dostałem drugą żółtą kartkę, czy czerwoną. O tym, że w ogóle ją dostałem, dowiedziałem się półtorej godziny po meczu.


W najważniejszych momentach tego sezonu, czyli wtedy, gdy Ruch tracił przewagę punktową, Pana w klubie nie było. Jeździł Pan po Polsce i, wiosną, komentował mecze w Canal+.

- Po co teraz wylewać wszystkie żale? Cieszę się, że mogę znowu grać w piłkę i to w Ruchu Chorzów. Po moim przyjściu drużyna zaczęła strzelać gole, szkoda, że nie wygrywa.


Dlaczego taki klub jak Ruch jest na krawędzi?

- To nie jest dobry moment, by mówić o wszystkich przyczynach. Ale w naszej rodzinie źle się dzieje, bardzo źle. Ten dom się naprawdę mocno chwieje. Jesteśmy na krawędzi nie tylko ligi, ale również swojego istnienia. W ostatnich latach w klubie nie poczyniono żadnych inwestycji, nie znaleziono inwestorów. A naszym jedynym właściwie źródłem utrzymania były pieniądze z Canal+. Na nich opierał się cały budżet i trzeba podziękować tej stacji, bo lepiej pokazywać polskiej ligi nie można. Bez pieniędzy od nich nie ma mowy o jakiejkolwiek stabilizacji w Ruchu. Tak naprawdę to nasz klub jest uzależniony od tych pieniędzy.


A nie ma Pan wrażenia, że tak jak w wielu innych klubach dotacje z Canal+ zostały w ostatnich latach zmarnowane?

- Mam. Ale ja jestem zawodnikiem, a nie księgowym czy wiceprezesem ds. finansowych. I tak bardzo ucieszył mnie system licencyjny. Kiedy PZPN postraszył degradacją, wszędzie znalazły się środki na maszty oświetleniowe, krzesełka, dach nad jedną choćby trybuną... Przy światłach jest inna atmosfera, inny odbiór widowiska. Nam też przyjemniej teraz będzie grać w sobotę o godz. 19 czy 20, niż w niedzielę o 13.30, przy zapachu pieczonych na grillu kiełbasek i w obecności 250 kibiców, bo reszta siedzi na działce i się opala.


Wie Pan, ile osób jest w zarządzie Ruchu?

- Hmmmm. Około 25. Mogę się mylić, ale na pewno nie mniej.



No to na każdego z zawodników przypada przynajmniej jeden działacz, a na niektórych nawet dwóch.

- Jasne. Każdy z nas może w każdej chwili dostać "anioła stróża", który zaprowadzi do domu po treningu i sprawdzi, czy o godz. 22 zawodnik jest w łóżku... A ja żałuję, że te 25 osób nie daje po tysiąc złotych miesięcznie. Może nie wyratowaliby klubu, ale przynajmniej nie brakowałoby na codzienne wydatki. Np. odżywki...


Często jest Pan w klubie?

- Przynajmniej raz dziennie, na treningu.


To zna Pan wszystkich członków zarządu z imienia i nazwiska?

- Nie, na pewno nie wszystkich. Może to źle o mnie świadczy, ale pocieszam się jednym: oni też nie znają wszystkich piłkarzy, więc jesteśmy kwita.


Czy to normalne?

- Nie. Przecież mamy do czynienia z powszechnie szanowanym, zasłużonym klubem pierwszej ligi. Chorzów jest znany ze Stadionu Śląskiego i właśnie Ruchu.


A skąd aż tylu działaczy w klubie się wzięło?

- Nie wiem. Ale skoro Rada Warszawy liczy więcej osób niż jej odpowiednik w Los Angeles, to już niczemu się nie dziwię, nawet tym działaczom. Szkoda, że to nie jest 25 bardzo wpływowych osób finansowo wspierających klub, przyciągających nowych...


Jak często Pan ich widuje?

- Czasem bywam na posiedzeniach zarządu. Ale najgorzej jest po przegranych meczach. Wtedy zostajemy sami: piłkarze, lekarze, masażyści, trenerzy, prezes i wiceprezes. Nikogo więcej z tego zarządu nie ma. To szara rzeczywistość. Jak jest źle, a u nas jest bardzo źle, to ludzi rzadko się widuje.


Czy, jeśli Ruch spadnie, zostanie Pan w tym klubie?

- Kontrakt mam do lutego 2004 roku. Wierzę w utrzymanie, a jak spadniemy, to nie wiem, czy ktokolwiek w Ruchu będzie jeszcze Śrutwę chciał.


Co jest najważniejszym problemem polskiej piłki: kiepscy piłkarze, kiepscy trenerzy, działacze-krętacze, nieuczciwi sędziowie czy może coś innego?

- Po trochu wszyscy. Świętych nie ma, każdy ma coś na sumieniu. Ja mam gotową i precyzyjną odpowiedź na to pytanie, kto zasługuje na tytuł "największego zła". Ale chcę jeszcze trochę pograć w piłkę. Poza tym bardzo bym chciał, by każdy uderzył się w piersi i poprawianie wizerunku ligi zaczął od siebie.


Rozmawiał Robert Błoński

Podaj ten news dalej: