- Przed kilkoma dniami do prezydenta Mouscron wpłynął oficjalny faks z Legii z pytaniem, jakie są możliwości mojego transferu. Zadzwonił do mnie prezydent klubu ze szczegółowymi pytaniami, czy coś na ten temat wiem, czy ktoś się ze mną kontaktował. Odpowiedziałem, że nie, i na tym sprawa się skończyła - mówi piłkarz Excelsioru Mouscron Marcin Żewłakow.
Napastnik belgijskiego klubu trenował jednak od kilku dni nie z Legią, ale na Konwiktorskiej z Polonią, gdzie grał wraz ze swoim bratem Michałem przez blisko dziesięć lat. Od 1999 roku przebywa na stałe w Belgii. Grał najpierw w Beveren, a teraz w Excelsiorze Mouscron. W zakończonym sezonie 2002/03 Mouscron zajęło odległe 13. miejsce w lidze belgijskiej. Był to również słabszy sezon dla Marcina Żewłakowa, który strzelił dziesięć goli w klubie, stracił miejsce w reprezentacji Polski.
- Wrócił Pan do korzeni. Znów Pan trenuje z Polonią, skąd taki pomysł?
Marcin Żewłakow: Wkrótce rozpoczynam przygotowania do sezonu w Mouscron. Chcę łagodnie je rozpocząć, już teraz być do nich gotowy. Od kilku dni trenuję z Polonią, korzystając z uprzejmości trenera Chrobaka. Nadrabiam też w ten sposób zaległości towarzyskie. Jest jeszcze w Polonii kilku graczy - Igor Gołaszewski, Rafał Ruta, Dariusz Dźwigała - z którymi grałem w tym klubie. Wojciech Szymanek był krótko w Mouscron.
- Kadra Polonii zmieniła się od 1999 roku znacząco, ale klub, jego infrastruktura - niewiele.
- Polska rzeczywistość nas nie rozpieszcza, tu warunki się pogarszają. To utrudnia i pracę, i sukces. Zawodnicy powinni mieć wszystko zapewnione i nie troszcząc się o nic, grać i trenować. Polonia jest jednak pewnym wyjątkiem mimo tych ciężkich warunków, w jakich trenuje i rozgrywa swoje mecze. Tu się ludzie mobilizują, nawet w ciężkiej sytuacji.
- Pan miał propozycję, żeby wrócić do Polski już teraz...
- Przed kilkoma dniami do prezydenta Mouscron wpłynął oficjalny faks z Legii z pytaniem, jakie są możliwości mojego transferu. Zadzwonił do mnie prezydent klubu ze szczegółowymi pytaniami, czy coś na ten temat wiem, czy ktoś się ze mną kontaktował. Odpowiedziałem, że nie, i na tym sprawa się skończyła.
- Gdyby taką ofertę Legia złożyła, jak by Pan zareagował?
- Rozważyłbym ofertę Legii. Byłaby to dla mnie nobilitacja. Są takie kluby w Polsce, w których gra jest wyróżnieniem - Legia, Wisła Kraków, która zaczyna się teraz liczyć w Europie.
- Czy Legia biorąca zawodników za darmo byłaby w stanie wykupić Pana z Mouscron?
- Może jest na pewne sprawy przygotowana? Ale mam z tym pewien problem, nie tylko jeśli chodzi o Legię. Mogłem przejść do innych klubów. Miałem propozycje głównie na rynku lokalnym. Obowiązuje mnie z Mouscron długi kontrakt, ważny jeszcze trzy lata. Każdy klub musi za mnie zapłacić. Nie wiem, ile, ale każda kwota w czasach, kiedy jest tylu wolnych zawodników na rynku, będzie duża. Inne kluby, aby mnie kupić, muszą najpierw kogoś sprzedać albo dostać jakieś dodatkowe pieniądze na transfery. Ale mój menedżer Włodzimierz Lubański cały czas czuwa nad tą sprawą. Możliwe, zresztą, że odejdę z Mouscron w ostatniej chwili, tak jak mój brat w zeszłym roku do Anderlechtu. W Belgii często zdarzają się takie szybkie transfery.
- Mouscron nie jest już chyba dla Pana szczytem marzeń. Nie ma Pan wrażenia, że jest już za długo w tym klubie?
- To, czy jestem w nim za długo, okaże się dopiero za jakiś czas. Ale minął ten moment, kiedy w Mouscron uczyłem się od innych, teraz to inni się ode mnie uczą. Nie jest to dobre, bo cały czas powinienem podnosić swoje umiejętności. Z drugiej strony wyrobiłem sobie taką opinię, że nie mam na co narzekać. Trenuję sobie spokojnie, mam pewne miejsce w składzie. Ale jest jeszcze aspekt finansowy. Gdybym zmienił Mouscron na inny klub, mam nadzieję, że lepszy, to wtedy poprawiłbym też swoją pensję.
- Brat nie może Panu pomóc w transferze do Anderlechtu Bruksela?
- W tak wielkim i uznanym klubie na transfery nie mają wpływu nie tylko piłkarze. Nawet trener decyduje o tym w ograniczonym stopniu, bo w Anderlechcie, który prowadzi Hugo Broos, pewnie grałbym z jego rekomendacji. Gdy trenował Mouscron, miałem pewne miejsce w składzie i wyrobioną markę. Mówiło się coś, że chce mnie sprowadzić do Anderlechtu. Ale to były tylko słowa. Zresztą nie przywiązywałem do tego dużej wagi.
- Grał Pan miniony sezon bez brata...
- Zdarzyło się to w mojej karierze pierwszy raz. Kiedyś odszedłem do Hutnika Warszawa, a brat został w Polonii, ale to trwało dwa czy trzy mecze, zresztą mieszkaliśmy razem. Rok temu Michał wyprowadził się do Brukseli. Nasze życie i gra się oddaliły. Brakuje mi kogoś takiego na boisku, do kogo można się odwrócić i on jest. Ale radzimy sobie. Byliśmy na to przygotowani. To rozstanie nie było dla nas szokiem, odbyło się bezboleśnie.
- Jak wyglądał mecz Excelsioru przeciw Anderlechtowi?
- Przed meczem w Brukseli z lektury prasy można było odnieść wrażenie, że nie był to mecz Excelsioru z Anderlechtem, ale Michała Żewłakowa przeciw Marcinowi Żewłakowowi. Media oszalały na tym punkcie. Mój trener zrobił jednak psikusa. Posadził mnie na ławce rezerwowych. Wszedłem dopiero w drugiej połowie. Przegraliśmy, ale obaj schodziliśmy do szatni smutni. Ja - bo przegrałem, Michał - bo nie wiedział, jak się zachować. Nie umiał się cieszyć z mojej przegranej, chciał mnie pocieszyć. Ale mu nie wypadało. W Mouscron wygraliśmy my. W naszym pojedynku jest więc 1:1.
- Nie był to chyba dobry sezon dla Pana? Mouscron zajął odległe miejsce w lidze belgijskiej, Pan strzelał mniej bramek niż zazwyczaj.
- Był to przeciętny sezon i mało owocny. W ubiegłym roku zagraliśmy przynajmniej w finale Pucharu Belgii, strzelałem dużo goli - i w klubie, i w reprezentacji. Zwłaszcza w drugiej części sezonu zostałem jakby odarty z piłkarskiej godności. Przegrywaliśmy mecz za meczem. Odleciała mi kadra.
- Czym Pan wytłumaczy brak powołań do kadry? Właśnie słabszą grą w klubie?
- Nie tłumaczę tego. Nie byłem po prostu brany pod uwagę, może znalazłem się gdzieś daleko w rankingu trenera Janasa. Ale moją najlepszą odpowiedzią jest efektowna i efektywna gra w następnym sezonie.
- Z występów w reprezentacji Polski ma Pan miłe wspomnienia. Jest Pan piłkarzem, który strzelił ostatnią bramkę na mundialu. Minął niedawno rok od tego wydarzenia.
- Wiele osób kojarzy mnie z tą bramką. Spotykam kibiców i rozpoznają mnie właśnie dzięki temu golowi. Ja coraz mniej o tym myślę. Jestem piłkarzem, który chce jeszcze coś osiągnąć, dlatego przeszłość i wspomnienia odsuwam na przyszłość. Nie chcę karmić się tym, co było. Mam inne cele.
Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski
Wywiad
Była propozycja z Legii
sobota, 5 lipca 2003 09:45
Marcin Żewłakowźródło: Gazeta Wyborcza