Legionisci.com
LEGIONISCI.COM
Felieton

Kucharz przed odlotem...

niedziela, 6 lipca 2003 21:44
Gazeta Wyborcza

Większość polskich piłkarzy mówi, że zawsze marzyli o tym, aby kiedyś zagrać w Legii. Moje marzenie spełniło się dawno. Teraz odchodzę - mówi Cezary Kucharski, od nowego sezonu w Iraklisie Saloniki. We wtorek 8 lipca odlatuje do Grecji.


Kontrakt z Legią kończył mi się w przyszłym roku. Wówczas stanąłbym przed dylematem, co dalej. Mógłbym doznać kontuzji i praktycznie skończyłbym karierę. Staram się unikać takich sytuacji, a nowej umowy tu nie podpisałem, bo nie uzgodniliśmy warunków. Wszystko jest pięknie, wszystko się zgadza, gdy są wyniki. Gorzej, gdy coś nie wychodzi. Asekuruję się na okoliczność czarnych scenariuszy. Nie wyjeżdżam z salonu samochodowego pojazdem, który jest nieubezpieczony.


Iraklis interesował się mną od kilku miesięcy. Zaproponowano mi umowę na dwa lata, z opcją przedłużenia na rok. To dla mnie nowa motywacja. Chcę też nauczyć się języka. Znam niemiecki, hiszpański, a grając w Grecji, nauczę się mówić po angielsku. W Iraklisie zaproponowano mi koszulkę z numerem 10. To istotny numer i znak, że im na mnie zależy.


Będę musiał się pokazać, ludzie mnie tam nie znają. W Grecji za rok są igrzyska olimpijskie. To ładny kraj, sympatyczni ludzie. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że Polacy sympatyczni nie są, ale czasami trudno było żyć w naszym kraju. Po ogłoszeniu, że odchodzę z Legii, dostałem sporo słów poparcia. Ale usłyszałem też, że jestem Judasz, najważniejsze dla mnie są pieniądze i uciekam z tonącego okrętu.


Malowanie trawy


Kiedy powiedziałem w klubie, że odchodzę, nikt nie próbował odwieść mnie od tej decyzji. Jak nie wiadomo było, czy zostanie Jacek Zieliński, od razu próbowano go zatrzymać. Uzmysłowiłem sobie, że nie jestem tutaj niezbędny. Zasługi tu nikogo nie interesują. Liczy się czysta ekonomia, mniej wynik sportowy.


Przy Łazienkowskiej ostatnio wiele spraw wygląda lepiej, jak choćby nowe pomieszczenia, pomalowane ściany. Tylko to, że coś nieźle wygląda, jeszcze o niczym nie świadczy. Kiedyś w Polsce, żeby trawa była zielona, to ją malowano. Tak czy inaczej jestem jednak przekonany, że Legia to jeden z nielicznych polskich klubów, które sobie poradzą. Jest bodaj najlepiej rozpoznawalny. Choć teraz trwa walka o przetrwanie.


W Legii przez ostatnie dwa sezony byłem kapitanem drużyny. Gdy nosiłem opaskę, czułem dumę, zaszczyt. Ale gdybym został w Polsce, to zrzekłbym się tej funkcji. Jestem zwolennikiem demokratycznych wyborów, a mnie wybrał trener Okuka.


Gdy przez pierwszy rok odnosiliśmy sukcesy, klub nie miał problemów finansowych - a przynajmniej ich nie ujawniał - wszystko było OK. Potem, kiedy problemy się pojawiły, musiałem ciągle chodzić do prezesów, kłócić się z nimi. Dużo o tym myślałem, miałem na głowie dużo spraw pozapiłkarskich, a to w konsekwencji negatywnie wpływało na moją postawę na boisku. Każdą poważniejszą decyzję omawialiśmy między zawodnikami. Starałem się, by w tej drużynie każdy czuł się kapitanem - nie tylko ten, który nosi opaskę.


Na 99 procent


Legię zostawiam już po raz trzeci. Najpierw odchodziłem do hiszpańskiego Sportingu Gijon, potem wyrzucono mnie z klubu, teraz - wiadomo. Z najwyższego pułapu wyjeżdżałem chyba w 1997 roku - jako wicemistrz Polski i wicekról strzelców ekstraklasy. Wtedy do tytułu króla zabrakło mi jednego gola. Trudno to wszystko porównać, bo mój najlepszy okres w karierze przypadł na ubiegły rok, kiedy zdobywałem mistrzostwo, a potem pojechałem na mistrzostwa świata. Ale to było w zeszłym roku, a odchodzę teraz, kiedy już tak dobrze nie jest. Mogę natomiast powiedzieć, że to ostatnie odejście z Legii jest dla mnie najłatwiejsze. Może dlatego, że jestem już starszym, bardziej doświadczonym człowiekiem, mającym na wszystko trochę inne spojrzenie.


Czasami już tak mam, że mówię coś albo robię pod wpływem nagłego impulsu. Jak po aferze z koszulką. Rzuciłem nią w dyrektora Stachurskiego, zostałem wyrzucony z klubu, a żeby poprawić sobie humor, w jednej chwili zdecydowałem się kupić samochód, o którym zawsze marzyłem.


Ludzie wciąż pamiętają, że tuż przed odejściem do Sportingu przed sześcioma laty powiedziałem: "Na 99 procent zostaję w Legii". Akurat rozmowy z Hiszpanami zostały zerwane, wróciłem do Warszawy i nie widziałem szans, by wyjechać. Nie spodziewałem się, że oni będą tak zdeterminowani, by dzień później pojawić się u nas, by prezes klubu specjalnie wrócił z wakacji. Miałem więc podstawy, by takie zdanie wygłosić. Z drugiej jednak strony, mając obecne doświadczenie, w życiu bym tak nie powiedział. Nie wytrzymałem wtedy ciśnienia. Teraz wiem, że nigdy nie mówi się nigdy.


Z ziemi włoskiej


Gdy wyrzucono mnie z Legii, bardzo to przeżyłem. Choć może bardziej przeżyła to moja rodzina. W takich chwilach starałem się myśleć o pozytywach. Postanowiłem zrobić sobie dłuższe wakacje. Pojechałem do Włoch. Wtedy pomógł mi Henryk Loska. Zadzwonił do mnie i powiedział, że istnieje szansa zatrudnienia w Stomilu Olsztyn. To wówczas nie był taki zły klub. Rok tam pozwolił mi się odbudować. Po pół roku zadzwonił Leszek Miklas z Legii i zaproponował powrót. Było to jednak "za pięć dwunasta", gdy kluby musiały zgłaszać zawodników do rundy wiosennej. Zaoferował mi też takie pieniądze, że powiedziałem mu, by już więcej do mnie nie dzwonił. Skończyło się tym, że w Olsztynie przez pół roku grałem praktycznie za darmo, ale nie żałuję. Był dobry trener Kaczmarek, miałem poparcie kibiców. Nie widziano we mnie wielkiej gwiazdy, która przyjechała na wakacje z Warszawy. Autentycznie tam zapieprzałem. Ludzie mile mnie wspominają. Dowody tego mam do dziś. A satysfakcja jest i dlatego, że i tam przeszedłem do historii. Za mojej bytności w Stomilu ten klub po raz pierwszy wygrał z Legią. W Warszawie strzeliłem za to "swojaka". To zresztą jeden z moich dwóch goli samobójczych w karierze. Drugiego miałem nieprzyjemność uzyskać już w barwach Legii, w Szczecinie z Pogonią.


W lidze strzeliłem 85 goli. Dzięki tym dwóm można nawet powiedzieć, że 87. Doliczając trafienia z Pucharu Polski i europejskich pucharów dla polskich klubów, na pewno zdobyłem więcej niż sto goli. Ale ile dokładnie, nie wiem. Kiedyś prowadziłem swoje dokładne statystyki, lecz od paru lat ich zaniechałem. Kiedyś też nagrywałem każdą swoją bramkę i oglądałem je, gdy miałem chandrę lub słabsze dni. Teraz i to zdarza mi się coraz rzadziej.


Z Elberem w ataku


Z Legii odchodziłem trzy razy, grałem tu w trzech różnych drużynach. Jeżeli chodzi o czysto piłkarskie umiejętności, to najsilniejsza była ta Legia, która grała w Lidze Mistrzów. Przyjechałem do niej ze szwajcarskiego Aarau. Potencjał tamtej ekipy nie został jednak do końca wykorzystany. Jednym z powodów był fakt, że grupie brakowało zwartości. Gdyby wtedy panowała taka dyscyplina jak w zespole, który prowadził Okuka, to z tamtą drużyną dałoby się osiągnąć o wiele więcej.


Iraklis to nie pierwszy zagraniczny klub w mojej karierze. Najpierw było Aarau. Wiodło mi się tam dobrze. Przez półtora roku w 40 meczach strzeliłem 20 bramek, wybrano mnie nawet do jedenastki sezonu - w ataku z Elberem, obecną gwiazdą Bayernu Monachium. Mogłem tam zostać, ale dostałem propozycję z Legii. Szwajcarskiej piłki w Polsce nigdy się nie ceniło, jednak czy do końca słusznie? Akurat w tamtym okresie pobyt tam to chyba najlepsze, co mogło mi się zdarzyć. Gdybym z Siarki Tarnobrzeg przeszedł bezpośrednio do Legii, nie wiadomo, czy bym się nie zagubił.


Jeżeli chodzi o Sporting Gijon, zabrakło mi wtedy cierpliwości. Za szybko podjąłem decyzję o powrocie do Legii. Drużyna co prawda spadła z ligi, ale gdybym tam poczekał na szansę, to prędzej czy później bym się przebił. A tu złamałem nogę, potem wyrzucono mnie z klubu.


Sprawiedliwy dyktator Okuka


Nie byłem faworytem żadnego trenera, nawet Okuki, choć wielu tę rolę mi przypisywało.


Już prawie nikt nie pamięta, jak pod koniec pierwszego swojego sezonu odsunął mnie od drużyny i w ogóle nie zabrał do Wronek na spotkanie z Amicą. Mnie i Marka Citko. Tylko ja uznałem, że jako trener miał święte prawo, by tak postąpić. I postanowiłem udowodnić, że jest w błędzie. Wiedziałem, że pod względem sportowym w tej drużynie sobie poradzę. Marek natomiast poczuł się urażony, coś tam powiedział i nie udało się ułożyć współpracy. Mnie Okuka w końcu zaufał, uwierzył, że mam charakter. Może z boku to tak wyglądało, że mnie faworyzował. W drużynie chyba nikt nie odnosił takiego wrażenia. Dwa miesiące później trener zaproponował mi funkcję kapitana. Świat jest jednak przewrotny.


A w ostatnim meczu Okuki - z Zagłębiem w Lubinie - nie zagrałem. Ale nie dlatego, że mnie nie wstawił do składu. On zawsze wszystkich się pytał, czy czują się na siłach zagrać. Wszyscy zawsze mówili, że tak. Ja w tym dniu nie czułem się za dobrze, powiedziałem to i nie zagrałem. Nie wiem, co by było, gdybym powiedział, że czuję się dobrze. Może po meczu z Ruchem chciał mnie posadzić na ławce, a ja tę decyzję tylko mu ułatwiłem. Nawet jednak, gdyby tak się stało, to bym się nie obraził. Jestem już na to za stary.


W Legii przeżyłem kilku trenerów. Nie zamierzam ich oceniać, bo nie chcę żegnać się ze środowiskiem. Wierzę, że kiedyś będę jeszcze gdzieś tutaj pracował. Chcę tylko powiedzieć o tych, z którymi pracowałem na końcu.


U Okuki podobała mi się dyscyplina w drużynie. To, że był sprawiedliwy. Chociaż zdarzało się, że naszym zdaniem faworyzował rodaków. Można powiedzieć, że szok w drużynie wywołało, gdy w meczu z Lechem w Poznaniu wystawił w podstawowym składzie Rudiego Gusnicia, bo on do tego zupełnie się nie nadawał. Z Okuką nie można było podejmować żadnych dyskusji. W zespole panowała dyktatura. Ale mimo sporadycznych sytuacji generalnie był sprawiedliwy. Taki Smuda miał grupę, której wolno było więcej niż innym. A Drago jednak nie miał. I za to także go cenię.


Zgadzam się z Okuką, że z zawodnikami nie można się spoufalać. Podczas imprez pozaboiskowych, przy piwku bywał bardzo miły. Ale przy pracy inaczej. To mi się podobało. Polscy trenerzy często wchodzą z zawodnikami w towarzyskie układy. Na dłuższą metę to nie jest dobre. Jego asystent Dariusz Kubicki był wobec niego bardzo lojalny i nie mógł specjalnie rozwinąć skrzydeł. Jest przeambitny i to dobrze, że teraz dostał szansę. Miło nam się współpracowało.


Po tak długim pobycie w Legii chyba nie mógłbym grać w innym polskim klubie, chyba że bym musiał. Dwukrotnie dostawałem propozycje z Wisły Kraków. Raz wtedy, kiedy trenerem tam był Smuda, nawet krótko z nią trenowałem. Mimo że mogłem tam dostać o 20 proc. lepsze pieniądze, to gdy zwróciła się do mnie Legia, wróciłem. Lubię jeździć do Krakowa, ale jestem związany ze środowiskiem warszawskim.


Stały gość


Nie z całym? Krążą o mnie opinie, że nie jestem przyjacielem Polonii. To nie tak. To po prostu klub dla mnie obojętny. Nigdy bym w nim nie zagrał, bo nie ma w nim atmosfery, by zmotywować się do wysiłku, ma mało kibiców. Ale wydaje mi się, że to w Polonii bardziej nie lubią mnie, niż ja nie lubię ich. Dobrze, że ta Polonia jest, bo przynajmniej mamy w pierwszej lidze derby Warszawy.


W polskiej lidze miałem kilka, powiedzmy to, spornych sytuacji na boisku, nie tylko podczas derbów. Ze Szczęsnym, Ciesielskim, Szewczykiem, Głowackim. W pewnym momencie byłem stałym gościem w Wydziale Dyscypliny PZPN. Gdy tam przychodziłem, słyszałem już tego typu teksty: "Panie Czarku, to tradycyjnie, Pan wie, gdzie trzeba usiąść?".


Nie znoszę przegrywać. Na boisku są faule, prowokacje, adrenalina rośnie, a ja jestem impulsywny. Nie planowałem, że wejdę z kimś w konflikt, kogoś sfauluję. Wszystko wynikało z chwili. Jestem kontrowersyjny, ale szum wokół mnie brał się po części z tego, że grałem w Legii. Gdybym był ze Szczakowianki Jaworzno, moje konflikty nie byłyby tak rozdmuchiwane. W końcu jednak na kilkaset spotkań było tylko kilka takich przypadków. Ale z drugiej strony - jak dochodzi do rozwodu, wina nigdy nie leży wyłącznie po jednej stronie. Tak bywało i ze mną. Nie chciałbym, aby do sytuacji z moim udziałem dochodziło, poczuwam się do winy, jednak nie w stu procentach.


Najlepszy mecz


Z Panathinaikosem w 1996 roku. Nie wiem, czy najlepszy, ale z pewnością najbardziej pamiętny. To był splot wielu okoliczności. Jak film - trzymająca w napięciu fabuła i happy end. Rok wcześniej graliśmy z tym samym zespołem w Lidze Mistrzów. Mieliśmy mocny skład i odpadliśmy. Rok później odeszło od nas wielu zawodników, a Panathinaikos jeszcze się wzmocnił. Pierwszy mecz w Pucharze UEFA przegraliśmy 2:4. W rewanżu w Warszawie pełne trybuny, prowadzimy 1:0 i walka do końca. Ostatnia minuta, strzelamy drugiego gola i awansujemy. Dodatkowa satysfakcja - decydujący cios zadaję ja. Nie była to bramka specjalnie piękna ani trudna. Ale w połączeniu z całością niezapomniana. Do dzisiaj ją przeżywam i co jakiś czas oglądam.


Wtedy Legia ograła najmocniejszy klub z ligi greckiej. Teraz idę do drużyny z tego kraju, wcale tam nie numer jeden. Wielu zawodnikom z Polski zarzuca się, że biorą byle co, że przyjmują każdą zagraniczną ofertę. Jak ktoś pójdzie na Cypr, robi beznadziejnie. Do Grecji też, bo to słaba liga. A w rankingu UEFA liga polska zajmuje 20. lokatę, Cypryjska 29., ale grecka bodajże szóstą. I która jest bardziej ceniona? Mówi się, że tutaj mało kto słyszał o Iraklisie. Polacy na wszystko jednak patrzą ze swojej, często fałszywej perspektywy. Czy ktoś bowiem, z całym szacunkiem, w tym Iraklisie słyszał wiele o Legii?

Podaj ten news dalej: