Jeśli ktoś z Państwa toczył walkę z workiem treningowym z zamiarem wpieprzenia workowi, żeby popamiętał, doskonale zna uczucie bezradności jakie towarzyszy pięściarzowi, który choć ma prawo sądzić, iż worek sromotnie przegrywa, ale ten ostatecznie nie przegra. Bo worek zawsze w swej beznamiętnej bezwładności wróci na swoje miejsce. Podobnie rzecz ma się z naszą Legią, krajowym futbolem, w ogóle całym krajem, ale zostańmy przy futbolu, żeby nie popadać z nazbyt syntetyczne dygresje.
Dość?
Po kolejnych rozpaczliwych sezonach piłkarskich i klęskach reprezentacji znowu słyszę głosy, że oto już naprawdę nadszedł czas przełomu. Albo reform przemian i odbudowy albo rozpierduchy totalnej. Z drugiej strony słychać ton błagalno-jękliwy tych, którzy bez naszej ligi nie wyobrażają sobie życia, a tu zły licencjonodawca zagraża egzystencji nie tylko tego czy owego klubu, ale całej struktury piłkarskiej (jeśli można to nazwać strukturą oczywiście). Dla tych rozpierducha mogłaby oznaczać odwyk, czyli sezon bez piłki w krajowym wydaniu. Zbyt piękne, by mogło być możliwe?
Podnosząc głosy oburzenia protestu czy formułując postulaty reform - fundujemy sobie kolejny rozkrok. Z jednej strony oczekujemy od PZPN drastycznych cięć, z drugiej chcielibyśmy, iżby te cięcia dotknęły sam PZPN albo dosięgły tylko niektórych np. Szczakowiankę. Tymczasem świst ostrza reformatorsko-destruującego trafia tych sercu bliskich. Że tak powiem zasłużonych nawet dotyka. Tak, mam na myśli fakt, że Łęczna ma licencję, a Warszawa nie ma. I wszystko gra, wszak teraz Grodzisk i Wronki potęgą są, a Łódź, Gdańsk i Warszawa będą robić za outsiderów. Jak nie przestawimy nóg w tym kuriozalnym ułożeniu zawsze jakaś belka na łeb zleci lub trzonek w jaja rypnie.
Bo licencje, proszę Państwa, miały sprawy porządkować, oczyścić środowisko z elementów przypadkowych, prowizorycznych, tymczasowych, wyeliminować śmiesznych i groteskowych. Tymczasem w polskim wydaniu licencje to popis groteski w wydaniu mistrzów absurdu. Okazało się, że system licencyjny w naszym wydaniu wyeliminował trzech mistrzów Polski z ostatnich dziesięciu lat. I to za jednym zamachem. Zaakceptował natomiast drużyny pastwiskowe. I co Państwo na to? A to Polska właśnie. Panie Ionesco, pan jesteś królem absurdu? Przyjedź pan do nas...
Furmanka na autostradzie
Oczywiście jest wyjście z sytuacji. Na jakiś czas można zamknąć się w grajdole i pod przewodem Zarzecznego snuć bajania o potędze krajowej młodej i rozwijającej się piłki (ze szczególnym wskazaniem piłki ligowej). W tak prężnych ośrodkach jak Łęczna, Polkowice, Grodzisk czy Jaworzno. Niemniej UEFA czy FIFA - nie rozumiejące przaśnej specyfiki nad Wisłą - zmuszają nasz młody rozwijający się futbol do nierównych pojedynków z krajami bardziej futbolowo rozwiniętymi. Po zmaganiach z klubami z Kazachstanu albo nawet Irlandii Północnej, że o takich Szwecji czy Burkina Faso nie wspomnę - cały misternie budowany sielankowy błogostan idzie się chędożyć mało wybrednie za winkiel. Jak bumerang powraca oczywistość. Że dysponujemy futbolem, owszem, ale zwijającym się. Że system licencyjny zaowocował powstaniem trybuny krytej na stadionie Polonii, że mecze rozstrzyga się za pomocą wykrywacza kłamstw, że oświetlenie trzeba budować z pieniędzy publicznych, a na boiskach rośnie dzika trawa, bo murawę dopiero wynajdują i to w samym Krakowie.
Wydawało się wielokroć, że skala absurdu się skończyła, że nic głupszego wymyślić nie można, że metodą prób błędów oraz małpiego przypadku - czas na jakiś ruch rozsądny. Bo wszyscy mają tego dosyć i teraz to albo koniec albo przełom. I nic bardziej mylnego. Otóż worek zawsze wraca na swoje miejsce. A kto powiedział, że jednej i tej same głupoty nie można powtarzać w nieskończoność?
Święte herezje
Który raz obcujemy ze świadomością, że cały nasz piłkarski biznes balansuje na krawędzi całkowitej anihilacji? Który raz inicjatywa służąca uporządkowaniu sytuacji w futbolu zmierza w prostej (jeśli u nas cokolwiek można nazwać prostym) linii do autoparodii?
Zastanawiam się już nie po raz pierwszy czy nie przyjemniej byłoby dać naszej lidze wykitować lub miłosiernie jej pomóc, czyli uśmiercić ją zawczasu, iżby nie kompromitowała jeszcze bardziej tego kraju i tego narodu, żeby nie męczyła nas i siebie przy okazji, żeby nie psuła nerwów i nie robiła złudzeń. Rozdawanie licencji sprzyja temu jak najbardziej. Jest pretekst, można obwieścić światu, że niestety polskie kluby nie są w stanie w ciągu najbliższych dziesięciu lat spełnić wymagań licencyjnych, nie mówiąc już o wymaganiach gry w profesjonalną piłkę. Te wydają się bardziej odległe niż planeta Mars dla furmanki.
Od kilku sezonów podczas przerw letnich czy zimowych odnoszę wrażenie, że nieobecność naszej ligi coraz mniej mi przeszkadza. Start rozgrywek kojarzy się nieodparcie z męką, dogorywaniem, mozolnym doczołgiwaniem się do końca sezonu, walką o przetrwanie... unikaniem spektakularnych zwycięstw, co by nawałnica premii i świadczeń nie wbiła ukochanego klubu w glebę.
Po co – trzeba postawić pytanie. Przecież futbolu nie wynaleziono, by paru masochistów przebywało sezon w sezon nieludzko ciernistą drogę przez mękę, żeby krwawili, nie dojadali, grali w brudzie, wśród bluzgów i na wertepach. W futbolu od zawsze chodzi o to tylko, żeby piłkarze sformowani w drużyny dostarczali ludziom rozrywki i emocji piłkarskich, żadnych innych.
I dostarczają! – zakrzyknie ktoś. Owszem – emocji mamy w bród - największych emocji liga dostarcza właśnie w przerwie letniej – kiedy nie gra. Toczą się najbardziej dramatyczne boje i postępowania wyjaśniające sprzedaż końcówki poprzedniego sezonu, spektakle przy użyciu najnowszych wynalazków techniki, akcje oskrzydlające ze strony prokuratury, rozpaczliwe wybicia pomysłów z głowy i gwałtowne ataki amnezji wśród broniących się. Następują przydziały stadionu do klubów, klubów do stadionu, a to piłkarze wyprowadzają kontry przeciw dziennikarzom, a to ofiarami sporów padają Bogu ducha winne auta. A to kupiono piłkarza sprzedanego gdzie indziej, a to sprowadzono bezgotówkowo innego, za którego trzeba jednak wyłożyć pieniądze.
Nic to - powiadam, grunt że liga nie gra i nie muszę zaciskać zębów obcując z popisami asów naszych boisk. Tyle tygodni bez wirtuozerskich popisów Jacka Magiery, bez puent największego mieszczanina ligowego Jóźwiaka, bez paralityzmu niespotykanego pod inną szerokością geograficzną, Kazik Staszewski nazwał kluczowe dla naszej ligi zagadnienia – pierdolnikiem. Coż, być może po naszej lidze spodziewał się atrakcji piłkarskich...
Wcale mnie to nie dziwi, że Legia nie dostała licencji. Dziwi mnie natomiast, że takie licencje ktoś u nas w ogóle dostał. Wszak należy pamiętać, że to licencje UEFA, a nie PZPN. A wedle wymogów tej pierwszej, klub to powinna być odpowiednia infrastruktura, standard dla widzów itd. a nie marchewkowe pole, paru pijaków występujących w rolach graczy. Wszak trudno przydzielać licencje futbolowe klubom, którym brakuje piłkarzy... nie wspominając o braku zdobyczy cywilizacji, które występują na świecie od kilkudziesięciu lat typu stadion, oświetlenie, szatnie, czyste WC w pobliżu itd.
Wstręt do szkolenia piłkarzy wydaje się u nas genetycznie przekazywany z pokolenia na pokolenie. Co sprowadzimy trzeciorzędnego cudzoziemca w stylu Guliano, Vukovica czy Zeigbo, okazuje się, że bije umiejętnościami naszych suto opłacanych orłów na głowę. I nie ma nikogo, kto by się zawstydził z tego powodu. Paru towarzyszy Szmaciaków - destruktorów naszego piłkarstwa - pełni sobie funkcje w związkach, strukturach, komitetach - gdzieś w oparach absurdu. Udają, że widać tak musi być. Jak mus to mus. I tak do następnego odcinka.
Felieton
Bezligon
wtorek, 22 lipca 2003 21:25
Genezyp Kapen