"Każdy sukces rodzi się w bólach. Klub ma kłopoty finansowe jak większość polskich drużyn. Trzeba jednak wierzyć, że dla Legii nadejdą lepsze czasy. I to bardzo szybko" - mówi Marek Saganowski.
Robert Błoński: Czy to, że gra Pan w Legii w koszulce z numerem 10, ma jakieś znaczenie?
- To mój "magiczny" numer. Z nim występowałem w ŁKS. A tu zdaję sobie sprawę, kto z nim grał. To zobowiązuje do oddania serca na boisku, by w złych momentach odwrócić losy, prowadzić do zwycięstw.
Uważa się Pan za egzekutora, takiego jak np. Stanko Svitlica?
- Nie do końca. Potrafię jednak grać skutecznie. Kiedy byłem w optymalnej dyspozycji, nigdy nie mogłem rozegrać sezonu do końca.
Wiosną Legia grała w ustawieniu 3-5-2. Teraz - 4-4-2. Ma to dla Pana jako napastnika znaczenie?
- Niewielkie. Zawsze jest nas dwóch z przodu. Teraz trochę łatwiej nam i pomocnikom. Już nie musimy wracać za kryjącymi obrońcami pod swoje pole karne. Mamy się skupić na odbiorze piłki, grze na połowie rywala i zdobywaniu goli.
Co Pan sądzi o Manuelu Garcii?
- Mało go znam. Ma potencjał, umie wykorzystać sytuacje sam na sam, dojść do nich. Problemem jest brak komunikacji, ale przyda się Legii. On jest w jeszcze trudniejszej sytuacji niż ja, kiedy wyjeżdżałem za granicę. I w Feyenoordzie, i w HSV spotykałem rodaków. Poza tym radziłem sobie z angielskim. A z Garcią rozmawiać się nie da. Wchodzi do szatni, przebiera się, trenuje i wychodzi. To jest problem. Nie ma z nim żadnego porozumienia. Coś tam próbujemy sobie tłumaczyć, ale rezultaty są mizerne.
Czy to ma wpływ na grę?
- Na pewno. Lepiej mi się grało z Marcinem Mięcielem, rozumieliśmy się świetnie. Swobodnie rozmawialiśmy, gdy graliśmy przeciwko obcokrajowcom...
Jednak Mięciela już nie ma. Jest za to Stanko Svitlica, który niemal całe lato przesiedział w Warszawie.
- Rzeczywiście. Nie grałem z nim w ani jednym sparingu. Rozumiemy się dobrze, choć dawno nie graliśmy razem. Łatwiej z nim porozmawiać niż z Garcią. Ale to nie moje zmartwienie. Skład ustala trener. Ciężko mi mówić, z kim lepiej się gra.
Chciałby Pan zostać królem strzelców?
- Każdy by chciał. Tak samo jak być najlepszym piłkarzem polskiej ligi. To moje marzenie. Ale nie za wszelką cenę. Myślę, jak by to było fajnie, ale o konkretach porozmawiamy za pół roku. Zobaczymy, ile goli będę miał po rundzie jesiennej. Jeśli 12-13, to na wiosnę powalczę o koronę. Na razie chcę, by Legia wygrywała i żebym miał w tym swój udział.
Będzie Pan strzelał karne?
- Chyba tak. Podczas przygotowań się nie myliłem. Dam radę i w lidze.
Bardzo był Pan rozczarowany tym, że Legia nie gra w pucharach?
- Tak. Z ŁKS-em wywalczyłem awans do pucharów, ale w nich nie grałem. Do Legii przyszedłem, ale po latach gry w Europie, teraz nie udało się wywalczyć awansu. Z polskim klubem w pucharach jeszcze nie grałem, z zagranicznym tak - z Feyenoordem. Boli mnie to. Bardzo bym chciał, poza tym kibice zasługują na to, by tu przyjeżdżały najlepsze kluby Europy.
Jak Pan przyjął zatrudnienie Jerzego Engela w Legii na stanowisku dyrektora sportowego?
- Ucieszyłem się, bo to fachowiec, dobry trener, doświadczony. Wie, jak wygląda profesjonalny klub. Ostatnio rozmawiam z panem Engelem bardzo często. O Legii, kontrakcie, o wszystkim.
O przedłużeniu umowy?
- Tak. W pewnym momencie dojdziemy do porozumienia, przedłużę umowę.
Nie denerwuje Pana to, że w klubie takim jak Legia są opóźnienia w wypłatach? Czy to może zniechęcić do gry?
- To nie jest tylko utrapienie Legii. Dla mnie to nie jest komfortowa sytuacja. Ale w czasie meczu nie myślę sobie: "Legia mi nie płaci, to dziś trochę mniej sobie pobiegam". Po meczu, po końcu ligi, kiedy są problemy, może czasem dochodzić do bojkotu. Nie chcemy zaległości, ale one są elementem polskiej rzeczywistości piłkarskiej.
Nie mówię o zniechęcaniu do gry, tylko do polskiej ligi. Dlatego wszyscy chcą stąd wyjechać. Byle dalej.
- Mało jest u nas klubów bez problemów. Za granicą zarabia się więcej, poza tym nikt się nie martwi o terminy wypłat.
Pan chce wyjechać?
- Kiedyś na pewno. I nie chodzi tylko o pieniądze. W najlepszym polskim klubie już gram. Przyjdzie czas, by zagrać w dobrym klubie w Europie.
Jednak polscy piłkarze wyjeżdżają do przeciętnych albo nawet słabych klubów. Kamil Kosowski, zamiast walczyć o Ligę Mistrzów, wybrał klub będący na skraju bankructwa...
- Jego wybór, jest dorosły. Wiedział, co robi. Poza tym okazuje się, że to, co wypisywano o jego transferze, zainteresowaniu z Serie A, było nieprawdą. Ja uważam, że jeśli jakiś klub bardzo chce piłkarza, to mimo problemów ekonomicznych pozyska go. Z polskiej ligi nie jest ciężko kupić piłkarza, nie jesteśmy konkurencją dla Zachodu. Widać, Kaiserslautern było najbardziej konkretne.
Cezary Kucharski odszedł do przeciętnego klubu przeciętnej ligi greckiej. To samo Marcin Mięciel. Kłopoty ekonomiczne w Legii zniechęciły ich do gry na Łazienkowskiej. Inni jeżdżą do Rosji, na Ukrainę.
- Kiedyś w Łodzi ukazała się wypowiedź, bodaj Antoniego Ptaka, by obniżyć polskim piłkarzom kontrakty. Takie podejście zniechęca. Stąd taki exodus. Ja nie wiem, czy bym wyjechał na Wschód. Zależałoby to od mojej sytuacji w Legii. W takiej jak teraz nie zdecydowałbym się na to. Jednak rozumiem tych, co ruszają w nieznane. Nasza kariera nie trwa długo. Poza tym w Polsce wokół piłki, wokół zawodników robi się gorszy klimat. Kiedyś lepiej traktowano piłkarzy.
Jeśli w klubie jest źle, wina jest tylko po naszej stronie - że jesteśmy słabi, że się nie nadajemy, że za dużo zarabiamy. Jak jest dobrze, zasługi przypadają działaczom, trenerom i ewentualnie tym, co strzelają gole. Piłkarzy traktuje się bardzo przedmiotowo.
Dlaczego?
- Nie wiem. Kiedy zaczynałem grać w ŁKS, inaczej się czułem. Teraz ważniejsi są inni, tylko nie ci, co grają. Tak było przede wszystkim w Płocku. Tam jest niedobry klimat do futbolu. Nieprzypadkowo nie odnalazło się tam wielu dobrych graczy.
Kto jest lepszy - Saganowski czy Żurawski?
- Jesteśmy kompletnie różnymi zawodnikami, ale oddam cześć Maćkowi. Jest lepszy.
A Saganowski czy Frankowski?
- Obaj zaczynamy od nowa. Tomek leczył kontuzję, potem nie łapał się do składu Wisły, bo był Marcin Kuźba. Teraz obaj piszemy nowe rozdziały.
Gdyby kibica zapytać, kto będzie gwiazdą rundy jesiennej, na pewno znalazłby się Pan w pierwszej trójce.
- Bardzo się cieszę, chcę to potwierdzić w lidze. Wyszedłem z dołka, a takie rzeczy mnie mobilizują. Pochwały, dobre słowa, wsparcie, wzmacniają mnie psychicznie, przywracają wiarę we własne umiejętności. To ważne, ja już się o tym przekonałem.
Liga jest zmniejszona do 14 drużyn. To oznacza ledwie 13 meczów o punkty i być może trzy w Pucharze Polski.
- Martwi mnie to bardzo. W lidze powinno być 16 drużyn, szkoda tego wszystkiego. Wokół piłki nie ma dobrej atmosfery. Afera goni aferę, do tego zmniejszono liczbę meczów.
Jednak wiosną grało tak naprawdę 14 zespołów. Pogoń i KSZO się nie liczyły.
- Ale mecz to mecz. Teraz jest może dziesięć drużyn, które stać na ligę. Gdybyśmy cztery raz w sezonie grali z tymi samymi drużynami, to w końcu by się to kibicom znudziło. Tak jak mecze Ligi Mistrzów. Kiedyś oglądały je tłumy kibiców, stadiony były pełne. Teraz często nie są wypełnione nawet w połowie. To samo po pewnym czasie byłoby w Polsce, gdybyśmy cztery razy w roku grali z Wisłą czy Groclinem. Zamiast zmniejszać liczbę drużyn, lepiej znaleźć sposób na pozyskiwanie sponsorów.
Co Pan sądzi o rywalach?
- Nie było za dużych zmian w klubach jak rok temu. Nikt nie kupował jak wtedy Groclin czy Zagłębie. Liga będzie jeszcze ciekawsza, bardziej wyrównana.
Ciężko będzie zastąpić Cezarego Kucharskiego?
- Tak, wiele zrobił dla tej drużyny. Kiedy był w optymalnej formie, był nie do zastąpienia.
Jednak teraz go nie ma.
- Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale tak czy inaczej w sytuacji, w jakiej Legia jest teraz, Czarek by się nam przydał i to bardzo.
Z klubu ma odejść Stanko Svitlica. Jest chyba w ciężkiej sytuacji. Działacze chcą go sprzedać i zarobić, bo za rok kończy mu się kontrakt z Legią. Pieniądze mają załatać ogromną dziurę w budżecie. Przez to Stanko nie pojechał z Wami do Francji. Zamiast myśleć o grze, trenował sam i czekał na sygnał do wyjazdu.
- To nie jest dobra sytuacja dla piłkarza. Nie chciałbym nigdy znaleźć się w takiej sytuacji, w zawieszeniu. Jeśli miałbym odejść, to marzę, by transakcja była szybka i bezbolesna. Poza tym nie chciałbym, żeby kiedykolwiek ktoś wypychał mnie z klubu na siłę. Wiem, że takie są realia w polskiej piłce, bo nie ma pieniędzy, ale nie zmienia to tego, że kiedykolwiek chciałbym znaleźć się w takiej sytuacji. Zresztą o finansach klubu nie chcę się wypowiadać. Ja jestem piłkarzem, chcę grać jak najlepiej. I być może swoimi golami przyciągnę kibiców na trybuny i sponsorów do klubu.
Co może być siłą Legii w tej rundzie?
- Kolektyw. Na tym bazuje większość klubów. Gwiazd jest mało. Właśnie grając kolektywnie, Legia zdobyła mistrzostwo.
Ale miała indywidualności...
- Siłą była drużyna. Teraz też walczyć musi każdy. I tak będzie. Nie ma zawodnika, który wybijałby się ponad przeciętność.
Kto zagra obok Pana w Wodzisławiu?
- Ja się martwię, żebym ja zagrał. Najwięcej przemawia za tym zawodnikiem, z którym ostatnio grałem najwięcej. Tym piłkarzem był Stanko.
Wiosną mało było meczów, w których obaj strzelaliście gole. Najczęściej raz Svitlica, raz Saganowski.
- Bo jak Stanko zdobywał gole w kilku kolejnych meczach, to obrońcy pilnowali jego, a ja miałem więcej swobody i strzelałem. Kiedy ja trafiałem, po paru spotkaniach przeciwnicy pilnowali mnie, a skuteczność odzyskiwał Stanko. Jeśli jest dwóch dobrych napastników, korzysta na tym klub.
Czy Legię mimo kłopotów ekonomicznych stać na walkę o tytuł mistrza Polski?
- Sukces często rodzi się w bólach.
Ile jednak ten ból może trwać?
- W niektórych klubach jest gorzej. Cieszmy się z tego, co mamy. Nikogo nie chwalę za to, że Legia nie płaci na czas, ale trzeba wierzyć, że nadejdą lepsze czasy.