Jacek Zieliński debiutował w ekstraklasie ponad 13 lat temu. 10 października skończy 36 lat, ale jeszcze nie myśli o zakończeniu piłkarskiej kariery. Jest żywą legendą i od lat najlepszym, najrówniej grającym zawodnikiem warszawskiej Legii. Wciąż pozostaje też w kręgu zainteresowań selekcjonera reprezentacji Polski.
Jakie cele stawia przed sobą zawodnik, który od 11 lat reprezentuje barwy klubu z Łazienkowskiej?
Jacek Zieliński: Każde miejsce gorsze od pierwszego będzie porażką Legii. Nie wyobrażam sobie, żeby nie mogło naszego zespołu drugi rok z kolei zabraknąć w europejskich pucharach. Jednak udział w rozgrywkach byłby małym pocieszeniem , takim na otarcie łez.
- Problemy finansowe mogą być usprawiedliwieniem gorszych wyników? Do dziś nie wypłacono przecież legionistom premii za mistrzostwo z 2002 roku.
- Ten fakt nie powinien mieć żadnego wpływu na naszą grę. Klub ma zaległości wobec piłkarzy, ale dotyczą one głównie wspomnianej premii. W wypłatach kontraktów poślizgi nie są wcale duże. W ubiegły czwartek ustaliliśmy nowy progresywny , regulamin płacowy. W rozpoczętym sezonie Legii będzie się opłacało wygrywać. Jeśli jednak będziemy dużo przegrywali to nasze premie meczowe będą bardzo niskie.
- Kto będzie bronił w Legii w obecnym sezonie?
- Nie ma to wielkiego znaczenia, bo Andrzej Krzyształowicz i Artur Boruc prezentują zbliżoną, wysoką klasę. Naprawdę nogi nie będą drżały mi przy interwencjach. Wiem, że za mną na boisku zawsze będzie stał dobry fachowiec.
- Którą opinię pan woli – że Legia ma najstarszą czy może najlepszą parę obrońców?
- Pierwsza sprawa jest ewidentna, razem z Markiem Jóźwiakiem do młodzieniaszków już się nie zaliczamy. Ale postaramy się udowodnić, że wiek nie jest ważny i zostaniemy najlepszym duetem stoperów w lidze.
- Wasi rozgrywający, Łukasz Surma i Aleksandar Vuković, to piłkarze zdecydowanie gorsi od Leszka Pisza oraz Radosława Michalskiego, którzy kierowali grą Legii w Lidze Mistrzów?
- Absolutnie, uważam, że wcale nie są gorsi. Cała czwórka została obdarzona talentem, który potrafiła wykorzystać. Postawiłbym znak równości ze wskazaniem na... Radka Michalskiego. Gra z Kruchym to była wielka przyjemność. Równie dobrze spisywał się w ofensywie jak i w obronie. I potrafił pociągnąć zespół w bardzo trudnym momencie, w spotkaniu z silnym rywalem, gdy większość kolegów zwieszała już nosy na kwintę.
- Pan pierwszy przewidział powtórną eksplozję talentu Marka Saganowskiego – już zimą, podczas zgrupowania na Cyprze.
- Zgadza się, bo już wtedy Sagan prezentował się niczym terminator. To świetny, dynamiczny napastnik, który wie o co chodzi w polu karnym. Mając go w składzie nie musimy się martwić o to, kto będzie strzelał bramki.
- Nie ma pan już dość występów w lidze?
- Nie. Piłka to moja wielka pasja, nadal strasznie mnie kręci. Dlatego chciałbym kontynuować karierę jak najdłużej. Ile? Dokładnie nie wiem. Kontrakt z Legią mam jeszcze ważny przez rok, ale to nie będzie jeszcze moment pożegnania z boiskiem. Będę biegał za piłką dopóki nie będę odstawał od znacznie młodszych kolegów. Na razie mam rewelacyjne wyniki badań, więc nie myślę nawet o sportowej emeryturze. Trochę niepokoją mnie jedynie powtarzające się problemy zdrowotne.
- Nowe czy to nadal ten uraz, którego nabawił się pan jeszcze przed mistrzostwami świata.
- Cały czas dokucza mi to samo ścięgno Achillesa. Tyle że po ostatnich zabiegach czuję się już dobrze, a momentami nawet rewelacyjnie. Wcześniej noga bolała mnie przy mocniejszych uderzeniach, co uniemożliwiało zaprezentowanie pełni umiejętności. Wzięliśmy się więc z lekarzem za genezę tych problemów, mam nowe wkładki w butach, więc wszystko powinno być już w porządku.
- Chyba jednak nie problemy zdrowotne zdecydowały o tym, że nie chciał pan zostać kapitanem Legii?
- Nie. Uznałem po prostu, że opaska nie zmieni mojej roli w zespole. Nie zamierzam unikać odpowiedzialności, jako członek rady drużyny aktywnie uczestniczę w rozwiązywaniu wszystkich problemów, których w Legii ostatnio nie brakowało.
- Dlaczego zatem zrobił pan unik?
- Było to podyktowane... wygodą. Ciągle nie ma mnie w domu – mecze, treningi i zgrupowania pochłaniają wiele czasu. Chciałbym już więcej czasu poświęcać rodzinie, a wiadomo, że funkcja kapitana pociąga za sobą również obowiązki reprezentacyjne. Trzeba uczestniczyć w spotkaniach, bywać w szkołach – słowem poświęcać wolne chwile, które po tylu latach kariery należą się już żonie i, zwłaszcza, córce. Ola skończyła już 12 lat, nie dziwne więc, iż ma swoje zdanie. Zdarza się, że przed wyjazdem na kolejny obóz oświadcza, że mnie już nigdy więcej nigdzie nie puści. Sprawia, że mam wyrzuty i gdy tylko jestem w Warszawie to wszystkie wolne chwile poświęcam swoim dwóm ukochanym kobietom.
- A nie jest to czasami dyplomacja? Karierę skończy pan już niedługo, więc nie chce pan teraz zadzierać z działaczami. Po to, żeby móc spokojnie zostać w Legii po zakończeniu kariery, już w roli trenera.
- Nie myślę jeszcze o tak odległej przyszłości i naprawdę angażuje się w rozmowy z działaczami. Można o to spytać dyrektora Jerzego Engela.
- Ma pan już uprawnienia trenerskie?
- Nie. Co prawda kurs już ukończyłem, ale muszę jeszcze obronić pracę, którą właśnie kończę pisać. Mam już mniej więcej trzy czwarte tekstu, teraz czeka mnie jego wyszlifowanie. Mam nadzieję, iż do końca sierpnia wprowadzę wszystkie korekty, a we wrześniu postaram się zdać końcowy egzamin w Kuleszówce.
- A nie jest panu przykro, że nie został pan grającym asystentem Dariusza Kubickiego? Tomasz Łapiński już dostąpił zaszczytu w Widzewie.
- Nie. Kubicki też zresztą uznał, że nie jest to dobre połączenie funkcji.
- Długo rozmawialiście na ten temat?
- Wcale. Trener sam doszedł do wniosku, iż nie jest to dobry pomysł. Poważnie zastanawiał się nad moją kandydaturą, ale ostatecznie wybrał inne rozwiązanie, które również mi odpowiada.
- Dlaczego przez tyle lat nie wyjechał pan do innej, lepszej ligi?
- Nigdy nie miałem menedżera, więc nie miał kto naciskać działaczy Legii. Gdy pojawiały się propozycje, to ja nie byłem wówczas na sprzedaż. A gdy już mogłem zostać wytransferowany to zabrakło wystarczająco bogatych kontrahentów. I jakoś tak minął czas, w którym ktokolwiek interesował się moją osobą. Inna sprawa, że towarem na sprzedaż stałem się bardzo późno, bo dopiero w wieku 28 lat zadebiutowałem w reprezentacji Polski.
- Wspomniał pan o reprezentacji. Rozmawialiście na temat powołań z Pawłem Janasem?
- Nie. Zdaję sobie sprawę, iż będę szedł w odstawkę. Koncentruję się na występach w Legii, chcę być w jak najwyższej formie. Jeśli jednak selekcjoner Janas uzna, iż jestem w którymś momencie potrzebny, to na pewno mu nie odmówię. To nasz niepisany układ. Postanowiłem ewolucyjnie rozstać się z zespołem narodowym. I naprawdę nie będzie dla mnie porażką jeśli już nigdy nie wystąpię w reprezentacji. Uznam, że po prostu zadziałało prawo... naturalnej selekcji. I wcale nie będę się tego wstydził.
- Wielka Legia trenowana przez Janasa, która grała w Lidze Mistrzów, znana była z alkoholowych balang. Nie chodził pan na popijawy? Czy wybierał pan dobre alkohole?
- Nie stroniłem od towarzystwa kolegów. Spotkaliśmy się często po treningach w Garażu. Wspólne imprezki integrowały nas, aczkolwiek z perspektywy czasu widzę, iż nie wszystkim wyszły na zdrowie.
- Gustował pan w piwku czy wolał whsiky?
- Bywało tak, że wypiliśmy po jednym piwie i rozchodziliśmy się każdy w swoją stronę. Zdarzało się jednak, przy jakiejś szczególnej okazji, iż po pierwszym piwku było drugie i trzecie. A potem dochodziliśmy do wniosku, iż nie ma dalej sensu katować się browarem i przechodziliśmy na łychę. Mocniejsze alkohole piliśmy jednak rzadko.
- W obecnej Legii jest inaczej – mniej się pije, ale i integracja jest mniejsza.
- To prawda, inna jest mentalność zawodników. Wymusiły to zmiany, które zaszły w futbolu. Teraz trzeba mieć straszne zdrowie, wybiegać na maksymalnych obrotach dziewięćdziesiąt minut, więc nikt nie przesadza. Każdy dba o siebie, bo zdrowia nie da się oszukać. To jednak nie oznacza, że teraz w Legii są słabsze więzy między zawodnikami. Atmosfera w drużynie jest obecnie naprawdę sympatyczna.
- To dlaczego Legia nie gra w europejskich pucharach? Bo trener Dragomir Okuka zajechał was podczas zimowych przygotowań?
- Nie wiem czy wolno całą winą obarczać szkoleniowca? Zdobyliśmy sześćdziesiąt punktów, a taki dorobek we wcześniejszym sezonie gwarantowałby miejsce w pucharach. Inna sprawa, że brakowało w naszej grze polotu, czuliśmy się naprawdę przemęczeni.
- Jako przyszły trener będzie pan korzystał z metod podpatrzonych u Okuki?
- Wydaje mi się, że będę miał zupełnie inny warsztat i koncepcję gry. Natomiast Drago jedną rzecz opanował do perfekcji – umiał się znakomicie ze wszystkiego wytłumaczyć. Okuka miał też charyzmę i potrafił utrzymywać zdrowy dystans do zawodników.
- Kubicki też przygodę z Legią zaczął od wprowadzenia dystansu. I szybko zakończył kadencję pierwszego trenera.
- Niezręcznie wypowiadać mi się na ten temat, ale... rzeczywiście Kuba chciał wówczas w sztuczny sposób zbudować autorytet. Nie wiedzą trenerską i sposobem prowadzenia drużyny, tylko na siłę. Dlatego nie miał wyników. Nasz trener od tamtego czasu bardzo się zmienił na plus.
- Mówicie sobie na ty?
- Nie. I to jest zdrowe, bo musi być zachowany dystans.
- Jest pan zabezpieczony na wypadek niespodziewanego końca kariery?
- Mam pewne obawy związane ze sportową emeryturą.
- To grając w Legii nie można było odłożyć na godziwą starość? Ile kasy ma pan na koncie?
- Wcale. Wszystko wydałem.
- Rozumiem, że zainwestował pan pieniądze zarobione na boisku w jakiś biznes?
- Nie mam głowy do robienia interesów. Dlatego kupiłem kilka mieszkań w Warszawie, które wynajmuję.
- Jak pan postrzega rozwój wypadków w aferze z udziałem Świtu i Szczakowianki?
- Uważnie śledzę wszelkie doniesienia w tej sprawie. I czekam na przedstawienie konkretnych dowodów, na podstawie których nałożono tak surowe kary. Jeśli rzeczywiście mecz został sprzedany, to uważam, że PZPN postąpił słusznie. Teraz każdy, komu przyjdzie do głowy handlowanie punktami zastanowi się trzy razy. Bo afery absolutnie nie są polskiej piłce potrzebne, odstraszają sponsorów od klubów.
- Niech pan nie mówi, że sam nigdy nie grał w ustawionych meczach!
- Jako młody zawodnik – jeszcze w barwach Igloopolu Dębica – występowałem w sprzedanych spotkaniach. Dowodów do dziś nie mam, ale stuprocentową pewność, że starsi koledzy niweczyli mój wysiłek. Pamiętam, iż kiedyś w przeddzień meczu miałem gorączkę sięgającą 39 stopni. I lekarze bardzo się natrudzili, żeby zbić tę temperaturę. Niepotrzebnie, bo straciliśmy dwie bramki w taki sposób, że nikt nie mógł mieć wątpliwości, iż gra nie była czysta. Odchorowałem to strasznie, ale jeszcze gorzej wyszli na tym, ci którzy moim zdaniem maczali palce w handlowaniu punktami. Żaden nie zrobił kariery. To była dobra lekcja dla mnie już na początku przygody z piłką. Już wtedy wiedziałem, że nigdy nie sprzedam meczu, bo stracę motywację do gry i o wielkim poziomie będę mógł tylko pomarzyć. I dotąd nie sprzedałem.
- Ale za to kupił pan! W 1993 roku, gdy Legii odebrano mistrzostwo po rekordowo wysokiej wygranej z Wisłą w ostatniej kolejce.
- A właśnie, że nie! Przecież prokuratura prowadziła śledztwo i nikomu nic nie udowodniono.
- To jak pan wytłumaczy fakt, że gole padały na telefon?
- Wisła była po prostu beznadziejnie słaba. Pamiętam jak przy stanie 0:2 krakowianie podbiegali do nas i prosili, żeby nie strzelać im już więcej bramek. Chcieli bronić wyniku, więc na pewno go nam nie przehandlowali.
Rozmawiał Adam Godlewski
Wywiad
Nie sprzedawałem!
środa, 13 sierpnia 2003 16:49
Jacek Zielińskiźródło: Piłka Nożna